piątek, 26 sierpnia 2016

Wyprawa po szczęście - Piotr Durak "Dzienniki rowerowe"


 „Więc można żyć u podnóża góry, nigdy na górę nie wchodząc; więc można marzyć, nigdy nie realizując marzeń; pragnąć czegoś dla samego pragnienia, które jest piękne dlatego, że nie może się spełnić, a nie może się spełnić dlatego, że jest piękne, tak piękne, że wydaje się poza zasięgiem, a przecież… (…) Rozumiem pęd życia, który jest silny, który więzi, porywa, ale nigdy nie zrozumiem rezygnacji z marzeń, nie zrozumiem niedosięgniętego nigdy z własnej woli snu na jawie, który zakończy dopiero najdłuższy i najrealniejszy ze snów – śmierć. Przecież człowiek musi nauczyć się oswajać ze swymi marzeniami, nazywać je po imieniu, urzeczywistniać.” – s. 40-41




Za tę książkę powinnam się zabrać już dawno temu. A jednak leżała na półce z przemiłą dedykacją, wspomnieniami, które nadal trwają w pamięci i tajemnicą, która miała zostać w końcu odkryta. Można powiedzieć, że to wszystko przez życie, ta wyprawa, zapiski, wybór miejsca, sposób w jaki lektura do mnie przywędrowała, czas, w którym ją czytam. Teorii jest co niemiara.

Gdyby tak rzucić wszystko, obrać trasę, ruszyć przed siebie z obmyślonym planem, skromnym budżetem, ufnym w swoje siły i umiejętności a przede wszystkim z nadzieją w sercu, że coś się zmieni, że u końca drogi pojawi się dawno poszukiwane światło. Wybór pada na Rugię, a dokładniej na klify, które Caspar David Friedrich przedstawił na swoim obrazie „Skały kredowe Rugii”. Ale fizycznie trudna podróż czy chęć przeżycia przygody podczas wędrówki trasą Rzeszów-Mielec-Kielce-Łodź-Włocławek-Toruń-Bydgoszcz-Szczecin-Świnoujście-Rugia to tylko cześć opowieści zawartej w tej książce. Polska widziana oczami rowerzysty, noclegi w schroniskach, ośrodkach wczasowych, nawet w noclegowni dla bezdomnych. Ludzie poznawani na drodze, z całkiem zwyczajnymi problemami, tacy normalni przedstawiciele kraju, który mimo wszystko pozostaje jakoś szary i niedostosowany. Niebezpieczna i wijąca się w nieskończoność droga, zmaganie się z pogodą, niebezpieczeństwami, własnymi myślami.

Dzienniki rowerowe” mówią nie tyle o samej Polsce i jej wyglądzie, co ludziach i bohaterze-narratorze. Piotr wyrywa się wręcz z ciemności małego pokoju, odzwierciedlającego idealnie jego stan psychiczny. Pomieszczenia ciasnego, dusznego, z zasłoniętymi przed światłem oknami, w którym myśli wędrują w złym kierunku a wspomnienia mieszają się z bólem. W takim oto stanie rodzi się pomysł a może warto rzec przymus, by uciec, odnaleźć siebie, radość życia, spokój, ciszę. By ukoić nerwy, zaleczyć zranioną duszę. Odejść od mrocznych diagnoz lekarki, która wieszczy nadejście złego i wyolbrzymia alienację młodego chłopaka zawiedzionego życiem. Wysiłek przejechania całej Polski staje się zatem lekiem na całe zło, cudownym środkiem kojącym cierpienie. Czy tak rzeczywiście jest? Przemierzając kraj czytelnik wgłębia się w psychikę narratora. Poznaje ból straty przyjaciela, utraconą wiarę, zawody miłosne, rozczarowanie studiami i kształtem współczesnej rzeczywistości. A jednak coś skłania go i przyciąga, by książki nie odkładać i dalej towarzyszyć Piotrowi, mimo że wiele w nim gniewu, żalu, braku zgody na świat.

Bohater to idealista, ten najczystszy przypadek marzyciela-idealisty o romantycznych zapędach. Człowiek wrażliwy, którego łatwo zranić, który wierzy w miłość idealną, mającą trwać zawsze, która zdolna jest przezwyciężyć wszystko. Tymczasem życie okazuje się bardziej brutalne. Dobrzy ludzie mogą zginąć, jak wspomniany przyjaciel, kobieta bawić się uczuciami, a świat być miejscem nieprzyjaznym. Trudno orzec, czy to lektury czy wrodzony idealizm i wrażliwość sprawiają, że w głowie bohatera powstaje obraz świata, który jest równie piękny, co nierealny. Wychowany na tekstach Edwarda Stachury przypomina trochę tego niedzisiejszego człowieka, szukającego ludzi w ludziach i piękna na ziemi. Widać to nawet w sposobie pisania autora, ten zachwyt prostymi rzeczami, język zbliżony do opowiadań Steda, jego zauroczenie najmniejszym. Kontrastuje to mocno z goryczą słów wywołanych zawodem ludźmi i światem. Gniew, złość, brzydota mieszają się tutaj z pięknem, spokojem, harmonią. Ucieczką od miasta, które choćby nie wiem, jak było urzekające, jest natura. Od pełnych niezrozumienia i złej woli ludzi samotność i jednostki podobnie „inne” i wyobcowane, co bohater. Wystarczy wspomnieć młodego poetę, którego narrator spotyka w pobliżu domu Stachury. Indywidualizm i ponadprzeciętność to alienacja. Wybijanie się z ustalonego szablonu staje się powodem kłopotów i niezrozumienia, zdaje się mówić bohater, ale mimo wszystko nie porzuca samego siebie. Nie stara się dopasować do reszty, przekonany, że myli się większość, nie on. Mimo czarnych myśli, potrafi docenić dobrych ludzi i łaski losu. Nie boi się realizować swoich marzeń. Jest silny, a jednak zbyt łatwo go zranić. Nie wierzy już w czystą i silną miłość, a jednak wbrew temu, co mówi, pożąda jej. Szuka spokojnej przystani, pełnej troski, ciepła, zrozumienia i akceptacji. Przypomina trochę rozbitka, nie w tych czasach, co trzeba.



Czytelnik im dalej wędruje, tym bardziej zastanawia się, ile tu kreacji literackiej, ile prawdziwego autora. W głowie kłębią się pytania, narasta ciekawość, do czego doprowadzi czasem lekkomyślne zachowanie bohatera, bo i z tirami na drodze niebezpiecznie i z igraniem z własnym zdrowiem nieroztropnie. A jednak wciągniętym do tego specyficznego świata, podróżuje się dalej, myśląc, czy u końca drogi jest remedium na wszystkie bóle.

Dzienniki rowerowe” to bardzo charakterystyczna książka. Do bólu szczera, odsłaniająca rozczarowania i ból, nawet jeśli będące jedynie kreacją, to w pełni przekonującą. To opowieść o mocnej indywidualności i odrębności. O byciu innym wśród swoich. A taka inność rodzi samotność. To rzecz o zbytniej wrażliwości na czasy, w których trzeba rozpychać się łokciami i za dużym idealizmie, gdy ważniejsze zdaje się mieć a nie być. To wyraz buntu wobec traconych złudzeń i kształtu świata. A jednocześnie tli się na kartach jakaś nadzieja, na to, że są miejsca jak dom przyjaciółki bohatera, gdzie wszystko jest jak być powinno, oazy wyrwane niemal z rzeczywistości, nierealne aż do bólu a jednocześnie dotkliwie wręcz prawdziwe. Są odłamki światła i dobroci, które każą dostrzegać, że nie wszystko jest czarno-białe, bo przecież to co piękne nie jest głośne. Są w końcu ludzie bliscy, ratujący z najgłębszych ciemności, jak Anioł. Z książki Piotra Duraka wyłania się świat dualistyczny, zróżnicowany. Zawierający w sobie i dobro i zło. Przepełniony tym, czego nie chce przyjąć narrator i tym, czego poszukuje. To rzeczywistość, w której jest miejsce dla wszystkich i na wszystko, choć nieraz ogromnie ciężko to dostrzec i zrozumieć. Choć nieraz tak ciężko żyć…

Dla mnie podróż na Rugię to przygoda, ale będąca jedynie pretekstem do oceny świata i ważniejszej wewnętrznej podróży, którą kiedyś każdy musi odbyć. To zapis odkrywania i budowania siebie. Trochę tu żermoszczyzny, trochę Tuwima, odniesień literackich, tych książkowych „zboczeń”, których nie sposób przecież uniknąć poloniście ;) (o czym sama aż za dobrze wiem). To refleksyjno-gawędziarska opowieść, która urzeka i wciąga. Z jednej strony przesycona duchem Edwarda Stachury, z drugiej pełna odniesień do historii i spraw bieżących, ale też wypełniona szarzyzną i łaciną podwórkową. A mimo to czyta się ją zaskakująco dobrze, komuś kto rower lubi, ale nie szaleje za nim, kto nie pożera powieści drogi i niespecjalnie lubi czytać przekleństwa. Kto widzi więcej dobra niż zła, choć wydaje się mieć pod pewnymi względami więcej realizmu w sobie niż bohater. A jednak książkowy Piotr staje się bliski, wywołuje wiele emocji i mimo wszystko darzy się go sympatią.

Piotr Durak stawia przed czytelnikami ciężkie zadanie, gdyż trudno powiedzieć, do kogo kierowana jest ta książka. Do miłośników przygód, rowerów, literatury pięknej, opowieści o idealistach, zderzeniu marzeń z rzeczywistością, tych lubiących literackie smaczki i dobrą powieść? Myślę, że do każdego po trochu. Wystarczy usiąść i przeczytać, dać się ponieść, pozwolić wybrzmieć ostatnim słowom i wtedy orzec, czy to powieść, która zostanie we mnie na dłużej. We mnie tak, choć wywołała zadziwiające uczucia i przemyślenia…


Za egzemplarz powieści serdecznie dziękuję Autorowi, za zdjęcie też :)


Piotr Durak, Dzienniki rowerowe, wyd. NDL, Kraków 2011.


środa, 24 sierpnia 2016

Zemsta za przyjemność - M.J. Arlidge "Powiedz panno gdzie ty śpisz"



„Nagle wzdrygnął się; jego nerwy z miejsca napięły się jak postronki. Coś zimnego wylądowało mu na udzie. Coś twardego. Czyżby metal? Nóż? Teraz wędrowało po nodze, w kierunku… Wierzgnął wściekle, ciągnąc z całych sił na sznury. Teraz już wiedział na pewno, że przyjdzie mu walczyć o życie.
Próbował wrzeszczeć ile sił w płucach, lecz taśma trzymała. Więzy też nie chciały puścić. Poza tym… nikt tutaj nie usłyszałby jego wrzasków.” – s. 15


Po ostatnich wydarzeniach Helen Grace potrzebowała nie tylko odpoczynku, ale wręcz cudu. Po śmierci Marianne jej pełne sekretów i utrzymywane w tajemnicy życie stało się pożywką dla mediów. Nikt nie roztrząsał ogromnie trudnej decyzji, jaką musiała podjąć, dziennikarze wspominali jedynie o tym, że jest siostrą potwora i wywlekali brudy na światło dzienne. Ominął ją zasłużony awans, Mark zmarł a Charlie pozostawała na zwolnieniu. Helen udało się wrócić szybko do pracy i rzucić się w wir obowiązków, by zapomnieć, choć to tylko iluzja. Nie chciała powrotu podwładnej, która przypominała o tragedii, ale nie decydowała o tym. Pozostało jedynie pogodzić się z poleceniami przełożonych.

W tych niesprzyjających okolicznościach, z nowym zespołem komisarz zmaga się z zagadką tajemniczych śmierci mężczyzn. Ktoś morduje najpierw szanowanego członka lokalnego zboru, potem kolejnych amatorów płatnej miłości, którzy pragnęli znaleźć przyjemność, korzystając z usług prostytutek. Brutalnie pozbawiani życia oraz serca, które potem wędruje do rodziny czy miejsca pracy klienta kobiety o najstarszym zawodzie świata, mężczyźni stają się nowym newsem. Makabryczne zbrodnie utwierdzają Helen w przekonaniu, że po raz kolejny na do czynienia z seryjnym mordercą. Pogoń za nieuchwytną i krwiożerczą prostytutką prowadzi w najciemniejsze uliczki Southampton i odmęty Internetu. Tajemnicze forum, na którym bywalcy wymieniają się informacjami, staje się szansą na odnalezienie zabójczyni. Czy uda się powstrzymać kobietę nim dojdzie do kolejnej tragedii? Kto stoi za wszystkimi zbrodniami? W końcu, dlaczego giną mężczyźni?

Po raz kolejny całkowicie zatonęłam w mrocznym świecie Helen Grace i jej pracy. Krótkie, pisane oszczędnym językiem rozdziały, narastające tempo, rosnące z każdą chwilą napięcie to zdecydowanie cechy charakterystyczne serii o znanej komisarz. Przeplatanie rozdziałów obejmujących śledztwo z tymi poświęconymi morderczyni i innym bohaterom tworzy ciekawą całość, pozwala na snucie przypuszczeń, kto i dlaczego zabija oraz daje szansę lepszego poznania bohaterów. Tym razem bowiem poza Helen i Charlie, które znamy z poprzedniego tomu, pojawia się Tony Bridges, policjant w ciężkiej sytuacji, który z rodzinną tragedią stara się sobie radzić jak może. Harwood nowa szefowa wydziału nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia i powiem krótko, całkiem zgadzam się ze zdaniem głównej bohaterki, co do tej postaci. Warto wspomnieć, że zagęszcza się sytuacja między Helen i Jake’m. Trudno nazwać to związkiem, ale rodzi się jakaś nić porozumienia i zaufania, choć daleko jeszcze do głębszych relacji. Podobnie Charlie i Steve wkraczają w nowy etap ich związku, który mocno nadwyrężyły zdarzenia z poprzedniego tomu. Nie zmienia się natomiast rządna sensacji Emilia, którą świetnie charakteryzują płaskie i brutalne nagłówki jej tekstów, niby mające świadczyć o jej inteligencji, a tak naprawdę będące jedynie świadectwem brukowego stylu pisania i samej działalności tej osoby. Przyznam, że żaden z bohaterów obydwu tomów nie odstręcza tak mocno jak ta głodna sukcesu i rozgłosu kobieta. Co mnie zdziwiło, to polski wątek książki, po którym śmiało mogę powiedzieć, że autor chyba nie lubi i nie ma najlepszego zdania o Polakach.

Powiedz panno gdzie ty śpisz” zaprasza do świata pełnego ciemności, sekretów, brudu, szemranych interesów, grzeszków i krzywd. To opowieść o brutalności, która rodzi potwory, o ranach zmieniających człowieka. Autor udowadnia, że nawet za najporządniejszymi może kryć się okrucieństwo i sadyzm. Świat jego powieści jest mroczny, przypomina ruiny domów, w których mieszkają prostytutki. Brak tu jakiejkolwiek nadziei czy światła. W zasadzie jedyną jaśniejszą stroną są dzieci, które wydają się bez przyszłości, ale swoją niewinnością rozświetlają to miejsce. Nawet policja nie jest krystaliczna. Nie brak tu korupcji, karierowiczów, spijających śmietankę po ciężkiej pracy innych czy ludzi z przeszłością. Stróże prawa, którzy starają się chronić mieszkańców nie są wolni od błędów i ran. Helen, której zdecydowanie nie można nazwać złą, o czym świadczy troska o nowego bohatera książki i rodziny ofiar, mimo wszystko musi zadawać sobie ból, by jakoś wyrywać się z mroku, który zafundowało jej życie. Zło niszczy, rujnuje, wszędzie go pełno. Nie jest niezwyciężone, jednak tkwi w zakamarkach umysłów, w ludziach zakładających maski porządnych obywateli. M. J. Arlidge buduje świat pełen napięcia, w którym wszystko może się zdarzyć. Trzyma czytelnika w garści od pierwszej do ostatniej strony, podsuwając coraz to nowe informacje, które mylą tropy i sprawiają, że w głowie kłębi się jeszcze więcej pytań. Prowadzi zakamarkami i uliczkami, do których nikt nie udałby się z własnej woli. Kusi emocjonującą lekturą, która przeraża. A jednak nie odczuwa się ciężaru powieści. Czyta się ją szybko, z bijącym sercem, doszukując się odpowiedzi i zżywając z bohaterami, a czasami z nerwami zaciskając palce na stronach.

Jeśli zatem lubicie kryminały, mocno trzymające w napięciu historie, jesteście rządni mrocznej opowieści, gonitwy z czasem, skomplikowanych bohaterów i ciekawych zagadek,  to spokojnie mogę polecić książki M.J. Arlidge’a. Na pewno się na nich nie zawiedziecie.


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.





M. J. Arlidge, Powiedz pannogdzie ty śpisz, przeł. Agnieszka Brodzik, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2015. 

niedziela, 21 sierpnia 2016

Znaleźć najważniejsze - Dominik W. Rettinger "Wiara i tron"


„Nad nim zniżała się olbrzymia chmura, zasłoniła całe niebo. Chmura pękła i przedarł się przez nią oślepiający blask. Przeniknął go palący ogień, w którym spopieliło się wszystko, kim był, co przeżył, czego się lękał. Zniknęła śmierć, a zło nie miało już do niego przystępu. Rodził się na nowo. Pod nim chwiała się Ziemia, niosła jego ciało i duszę wyżej i wyżej. Leciał z rozłożonymi rękami, z piersią wypełnioną lekkością, jakby nigdy i nic nie ważył. Z wysoka widział dolinę wokół klasztoru, w której wyrastało olbrzymie miasto z mrowiącym się tłumem ludzi. Potem porwał je wicher, pojawiło się dymiące popiołem pustkowie. I znów wyrosła puszcza pełna zwierzyny. I następne miasto, z domami wysokimi jak wieże, i też znikło porwane. Góry zapadły się i znów wzniosły. Słońce stało się wielkie, zajęło cały horyzont. Czas rozpłynął się. Wszystko było dziełem Stwórcy, przepełnione Jego Boską Wolą. On sam stał się częścią tego dzieła. Życie wieczne przestało być przyszłością, stało się teraźniejszością. Wieczność była jego udziałem i radością. I żadna siła już tego nie zmieni. Amen”. –s. 84-85

Średniowiecze, na kontynencie europejskim trwa walka o władzę. Pojawiają się władcy, którzy łączą niezależne dotąd plemiona, podbijają ziemie, rozszerzają swoje wpływy. Coraz większe znaczenie ma poparcie dwóch potęg, papiestwa i cesarstwa. Otton III, młody i mądry cesarz oraz papież Grzegorz V decydują o najważniejszych wydarzeniach. Książę Bolesław Chrobry, zgodnie z przekazanym przez ojca poleceniem, stara się o koronę, która zapewni mu autorytet i ochronę. Marzenia o władzy mieszają się z nowo przyjętą przez Słowian wiarą, która nadal wydaje się dla nich obca i niezrozumiała. W takim właśnie świecie żyje Wojciech, były biskup Pragi, człowiek niezwykły, całkiem inny od swojego otoczenia, pragnący jedynie bliższej relacji z Bogiem.

Wszystko zaczyna się od wizyty u Papieża. Brat Adalbert posłuszny nakazowi pojawia się u Ojca Świętego z nadzieją, że będzie mógł pozostać u Benedyktynów na Awentynie. Dwory europejskie to jednak siedlisko intryg, koneksji, nepotyzmu, żądzy władzy, wielkich namiętności i nierządu. Wiara i władza to największe potęgi świata, a pragnienie ich posiadania rozpala wiele serc. Główny bohater nie przystaje jednak do ogólnego wizerunku dostojników, co przysparza mu wrogów. Jest cichy, wyzbyty pragnień o bogactwie, panowaniu czy rozporządzaniu czymkolwiek. Po dwóch próbach nawrócenia Czechów osiada w klasztorze, gdzie czuje się jak w domu. Nie jest mu jednak dane cieszyć się kontemplacją. Musi udać się z powrotem do kraju, w którym nikt nie chce słuchać jego pasterskich napomnień i ponownie objąć biskupi tron. Udaje mu się jednak wyjednać pozwolenie na pieszą wędrówkę i odwiedzenie kilku grobów świętych. W tej osobliwej wędrówce dołącza do niego ksiądz Benedykt, posłaniec Bolesława Chrobrego, który fiaskiem kończy misję zdobycia dla swojego księcia korony królewskiej.

Rozpoczyna się wędrówka dwóch całkiem różnych od siebie ludzi, postaci tak skrajnych jak to tylko możliwe. Benedykt ucieka przed słusznym gniewem księcia i nie może zrozumieć osobliwego postępowania swojego towarzysza, Wojciech zaś wędruje zagłębiając się w sobie. Podczas postoju u braci benedyktynów dochodzi do dwóch ważnych zdarzeń, w klasztorze pojawia się brat Adalberta Radzim, który informuje go o losie, jaki spotkał jego braci. Następnie zaś podczas modlitwy zakonnik słyszy głos brata Anastazego. Doznaje po nim objawienia, które zmienia go na zawsze. Przepełniony Duchem Bożym nieco przeraża, ale i zjednuje ludzi. Osiedla się na ziemiach Bolesława, gdzie buduje klasztor, a potem w wyniku pewnej intrygi zostaje posłany na misję do Prus.

Historia bohatera przeplata się z dziejami jego rodziny, dążeniami Chrobrego, wydarzeniami na jego dworze oraz z życiem w powstającym klasztorze. Autor w piękny sposób pokazuje jak Adalbert oddziałuje na innych, jak budzi z jednej strony strach, gdyż moc i światło bijące od niego napawają lękiem, a z drugiej zniewala i pociąga. W świcie, w którym wiara jest wypaczona, staje się środkiem do realizacji własnych interesów, odbiega znacząco od tego, czego nauczał Chrystus, Wojciech pokazuje jak powinni żyć prawdziwi chrześcijanie. Wydaje się całkiem oderwany od świata, ludzkich namiętności, a skierowany ku Bogu. Mówi pięknymi lecz zagadkowymi słowami, żyje gdzieś na skraju dwóch rzeczywistości boskiej i ludzkiej. Zna ludzkie dusze i myśli, ale nie odtrąca nikogo, patrzy na świat oczyma Stwórcy i tego naucza swoich braci. Świetnie kontrastuje z porywczym i spragnionym władzy Bolesławem oraz tchórzliwym i pragnącym godności Benedyktem. A jednak każdy z nich zmienia się pod jego wpływem. Nie jest to łatwa ani szybka przemiana, ale coś co ciężko zrozumieć i co musi długo trwać.

Dominik W. Rettinger rysuje dualistyczny świat podzielony na ludzi znajdujących się na właściwym miejscu, postaci poszukujących, otwartych na działanie Boga i tych którzy szukają łatwego, pełnego luksusów i spełnienia życia. Ukazana zostaje przemiana głównego bohatera, który z księcia i duchownego członka dworu, staje się prawdziwym kapłanem i sługą Bożym. Przyznam, że słowa, które wypowiadał przejmowały naprawdę mocno i ogromnie różniły się od straszenia ludzi piekłem i karami. Adalbert ukazywał kochającego Ojca, który rozumie, miłuje, przebacza, wyznacza każdemu drogę, nawet najbardziej zawiłą, niezrozumiałą i wyboistą. Nie odrzucał nikogo, z uczuciem, spokojem oraz z akceptacją przyjmował wszystkich i podchodził do nich z pokorą i ciepłem. Potrafił poradzić sobie nawet z najtrudniejszymi charakterami, zapewniając jednocześnie o akceptacji i uczuciu Pana. Na jego tle inne postaci wydają się bardzo przyziemne, choć kilka z nich można polubić. Spodobały mi się również akcenty humorystyczne zawarte w powieści, szczególnie te związane z przekomarzaniem się młodych braciszków.




Wiara i tron” porywa, wciąga, urzeka. Przede wszystkim pięknym językiem i stylem autora, który zniewolił mnie od pierwszych stron, choć nigdy nie spodziewałabym się, że książka na taki temat, tak bardzo podbije moje serce. Ciekawie wykreowani bohaterowie, zróżnicowani i doskonale się uzupełniający, to kolejny mocny punkt książki. Niezwykły Adalbert będący po prostu chodzącą świętością i dobrem, porywa za serce. Powieść doskonale pokazuje jak z grzesznika można zostać świętym, jak pewne zdarzenia w życiu rzutują na postępowanie i zmieniają nas całkowicie. Dominik W. Rettinger przedstawia historię świętości oraz upadku, świadectwa o wierze i grzechu, walki o władzę i Królestwo Niebieskie. Tworzy niepowtarzalny klimat średniowiecznych czasów, słowiańskich  wierzeń, rodzącego się i rozszerzającego w Europie chrześcijaństwa, początków wielkich państw. To wszystko dzieje się wokół opowieści o jednym, niezwykłym człowieku, który pociągnięty przez Boga, wyrzeka się wszystkiego o czym marzą mu współcześni. Który otrzymuje ogromnie hojną odpowiedź na pytanie, które tliło się w jego sercu. Który w końcu staje się widzialnym znakiem Boga, zmieniając otaczających go ludzi. Piękna, poetycka, uduchowiona, cudowna – tylko tak mogę określić powieść, która zabrała mnie do przeszłości i na duchową wędrówkę.


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.




Dominik W. Rettinger, Wiara i tron.Święty Wojciech i początki Polski, wyd. WAM, Kraków 2016.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Niebezpieczne gry - "Nieobecna" Agnieszka Olejnik


„Urodziłyśmy się razem, razem stawiałyśmy pierwsze kroki, poznawałyśmy kolory i kształty świata, uczyłyśmy się prawdy o różnicach między ludźmi, o własnej niepowtarzalności – patrząc na siebie nawzajem, tak podobne, a zarazem kompletnie odmienne.Ale teraz jej nie było. Po raz pierwszy nie było jej i zrozumiałam, że już nie będzie. Teraz jestem ja, siostrzyczko. I mam zamiar poukładać sobie wszystko, zamierzam być szczęśliwa. Oszukiwałaś mnie, zabierałaś mi to, czego pragnęłam, co było dla mnie ważne? Teraz ja będę oszukiwać. Nie zrobię nikomu krzywdy, nie, przecież nie jestem tobą. Po prostu wezmę sobie to, co stało się niczyje. Wezmę to, co było twoje. Przykro mi, nieobecni tracą. Takie jest życie”. – s. 96

Opowieści o bliźniaczkach jest wiele. Wystarczy pomyśleć o tych najsławniejszych. Co jednak, gdy historia nie kończy się dobrze? Gdy życie okazuje się zupełnie inne, niż się wydawało, a najbliższa osoba kimś nieznanym? Można wyglądać niemal identycznie, ale różnice zawsze pozostają, czasami wręcz bywają kolosalne. Namacalnie przekonała się o tym Julita bohaterka książki Agnieszki Olejnik „Nieobecna”.

Kolejna przebieranka na kilka godzin. Wszystko miało być jak zawsze - telefon, wizyta w łazience, stylizacja, żeby nikt się nie zorientował, godziny wolności i powrót do wielkiego domu, obowiązków i dziecka. Julia była zakochana po uszy, jak nie ona. Czekała na rozwód, ekscytując się nowym, obiecującym związkiem. Julita po raz kolejny miała zapewnić jej czas dla siebie. Tym razem coś jednak poszło nie tak. Miłosna schadzka zakończyła się tragicznie a bohaterka znalazła w kiepskiej sytuacji, bo nie wiadomo czy ktoś chciał zabić ją czy siostrę. Podjęła decyzję o zachowaniu zamiany w tajemnicy, co przyniosło nieoczekiwane rezultaty. Udawanie zamordowanej, lęk o życie, paraliżujący strach przed konsekwencjami, jakie poniosłaby Julita, gdyby okazało się, że podaje się za Julię, kolejne wydarzenia mrożące krew w żyłach i zagadki, które trzeba rozwikłać, wciągają i nie pozwalają oderwać się od książki.

Narratorka staje przed wyzwaniem poznawania swojej siostry i ma coraz większą świadomość tego, jak obcą była dla niej osobą, choć wydaje się to bardzo dziwne.  Odkrywanie rzeczy, o których Julita nie miała pojęcia, sprawia, że kobieta czuje się oszukiwana i zdradzana przez bliźniaczkę. Mroczne sekrety, ukryte życie, kłamstwa, stwarzanie pozorów, wywołują szok i złość. Wszystko w co wierzyła i wydawałoby się wiedziała Julita okazuje się dalekie od prawdy. Na wolności czai się morderca, który czyha na jej życie. Zagrożenie staje się coraz bardziej realne, dochodzi do kolejnych wypadków, na powierzchnię wypływa sprawa z przeszłości. Nadszarpnięte do granic możliwości nerwy bliźniaczki, która stara się utrzymać swoją tożsamość w tajemnicy, nie stracić małego Kacperka, którego szczerze kocha, zacząć życie od nowa i nie zwariować, sprawiają, że coraz trudniej przyjmować jej prawdę o najbliższej osobie. Prawdę trudną, ciężką, niezrozumiałą i duszącą. Jak poradzi sobie Julita? Kto dokonał makabrycznej zbrodni i dlaczego? Jak skończy się historia bliźniaczki?

Nieobecna” zaprasza czytelnika do świata tajemnic. Prawdy, której nie zna nawet rodzina. Pokazuje, że mimo zamian, przebieranek, bliźniaczki to dwie skrajnie różne osoby. Silnej, stawiającej na swoim, energicznej, egoistycznej, cynicznej Julii, która żyje według dewizy „nieobecni tracą” przeciwstawiona zostaje nieco smutna, cicha, wyważona, wycofana Julita. Autorka wyraźnie zaznacza jak od wieku dojrzewania dziewczyny starały się różnić, w jak odmienny sposób podchodziły do wielu spraw. Ciężko z dnia na dzień stać się kimś całkiem innym, zwłaszcza jeśli okazuje się, że praktycznie nie znało się swojej siostry. Wybryki bliźniaczki, sposób w jaki żyła i traktowała innych, szczegóły z jej życia spędzają Julicie sen z powiek. Okazuje się bowiem, że piękny synek, dobry mąż, dostatek i praktycznie zero obowiązków nijak się mają do tego, co roztaczała przed nią Julia. Jak wiele można ukrywać i jak mało wiedzieć o własnej rodzinie? Przemilczeń i sekretów w „Nieobecnej” jest sporo. Sprawa morderstwa przeplata się z życiem erotycznym, radzeniem sobie z relacjami damsko-męskimi oraz budowaniem życia od nowa. Wszystko to w atmosferze strachu, zdumienia, paniki.

Agnieszka Olejnik świetnie zbudowała napięcie, raz przez rytualną i zaskakującą zbrodnię, dwa przez odkrywanie kart z przeszłości Julii. Groza jaką napawają pojawiające się w powieści maile oraz zdarzenia, sprawia, że czytelnikowi jeżą się włosy a umysł pracuje na pełnych obrotach. Kto jest sprawcą, to pytanie ciągle rozbrzmiewa w głowie. Przez większość książki miałam 100% kandydata i ucieszona czekałam tylko na potwierdzenie moich przypuszczeń. Okazało się jednak, że przysłowiowo trafiłam kulą w płot, a mordercą był ktoś zupełnie inny. Z rosnącą ciekawością przewracałam kolejne strony, zaintrygowana, co jeszcze będzie się działo i czego dowiem się o Julii. Bohaterowie, przyznam, pozostają tajemniczy, częściowo nienakreśleni. Autorka bardziej skupiła się na historii bliźniaczek niż na dopowiedzeniu wszystkiego, aczkolwiek mi to absolutnie nie przeszkadzało, wręcz wzmogło tajemniczość. Spodobało mi się wiele niewiadomych, gdyż otoczenie Julii poznajemy niemal równocześnie z narratorką Julitą. Zadajemy te same pytania, próbujemy skojarzyć fakty. Niewyjawione zostają pewne rzeczy z małżeństwa Kruków oraz przeszłości zmarłej. Cały otaczający bohaterkę świat w jakiś sposób jest jej obcy, musi go oswoić. Najmocniejszym punktem powieści jest pomysł zamienionej i pozostałej bliźniaczki i jej wchodzenia w życie innej osoby. Człowieka, którego de facto nie znała. Zabieg ten jest jeszcze ciekawszy dzięki narracji prowadzonej przez bohaterkę. Przewijające się przez książkę domysły, przeszłość Julii i zło czające się dookoła sprawiają, że „Nieobecną” czyta się z zaintrygowaniem i zainteresowaniem, które nie spada nawet w momentach, gdy mowa o opiece nad dzieckiem. Samo zakończenie, choć odrobinę nierealne i nieco cukierkowe da się zrozumieć i zaakceptować. Poza tym to naprawdę dobra powieść, którą czyta się z przyjemnością.



Jeśli macie ochotę na wciągającą książkę o poszukiwaniu prawdy o drugim człowieku, niezrozumiałej zbrodni, tajemnicach z przeszłości i wchodzeniu w skórę drugiego człowieka, gorąco polecam.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.





Agnieszka Olejnik, Nieobecna, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2016.

niedziela, 14 sierpnia 2016

Wieczny poszukiwacz - Piotr Durak "Wiatrołomny"


Z poezją nie miałam już ogromnie dawno do czynienia. Minęło sporo czasu poświęconego na recenzowanie powieści, kryminałów, dystopii, utopii i wszelkiej maści literatury, a ja za wierszami aż dziwne, nie tęskniłam, choć były mi bardzo bliskie. A jednak przychodzi taki moment, że sięga się po tomik, otwiera serce, czyta się. Nie dla analizy czy interpretacji, ale dla wejścia w relację z poetą. Tak dziwne mogą wydawać się te słowa, ale kto mnie zna, wie że dla mnie poezja to coś bardzo intymnego, bez względu na kreację literacką. To wnikanie w świat przedstawiony w strofach, w wewnętrzną rzeczywistość człowieka, bo zawsze utwory po części odzwierciedlają to, co kryje się w twórcy. To jednym, najprostszym słowem poznawanie duszy człowieka.

Patrzę na okładkę i myślę, że już dawno nie widziałam tak dobrze dobranej do treści fotografii. Tory i próbujący złapać na nich równowagę chłopak. Podróż przed siebie, bo „Wiatrołomny” jest właśnie o podróży i to jednej z tych trudniejszych. Podmiot liryczny wyrusza na spotkanie świata. Rzeczywistość, która wyłania się z kart tomiku jest niejednorodna, dużo w niej piękna, jak choćby w przestworzach, które koją wszystko „i otworzyły się chmury/ osłoneczniał błękit/ i uniosłem się w ciszy/ przedmieściach  raju/ na zielonej tafli ziemi/ rozkwitły mgły/ niebo nade mną/niebo pode mną/ i niebo we mnie” ( „Skok spadochronowy”), faktycznie zdając się przedsmakiem i przedsionkiem raju. Wiele jednak brzydoty, błota, szarości, budynków bez wyrazu niszczących naturę i wykradających coś z prostego i wydawać by się mogło bliższego człowiekowi świata przyrody. To rzeczywistość, która jest czasami wroga, duszna, nieprzyjazna, a jednocześnie jakoś znana, choć w zasadzie powinno się ją tworzyć od nowa.

Kiedy myślę o wierszach Piotra Duraka pierwsze, co mi się nasuwa to samotność i tęsknota. Dążenie za czymś nieuchwytnym, co można nazwać sensem życia, jego celem. Pogoń za nadzieją, która wyślizguje się z rąk jak niechwytny motyl, bo przecież świat nie zawsze jest taki, jakim chcielibyśmy żeby był. To refleksja nad tym, co boli. Nad miłością, która okazała się piękna, ale i pełna bólu, bo ona przestaje kochać, a odejść można było już na samym początku, nim historia zagościła w sercu i stworzyła wspólną więź, wspomnienia i poczucie pustki. A jednak podmiot liryczny poszukuje tej jedności, jaką stworzyć można z człowiekiem, który zdaje się rozumieć myśli, z którym można stopić się oddechem i znaleźć świat lepszy niż ten otaczający nas wszystkich. Mimo zwątpienia, na przekór wszystkiemu coś pragnie w nim wierzyć w istnienie więzi, której nie da się przerwać, a która czyni życie piękniejszym. Marzenia mieszają się tu z życiem, w którym samotność przychodzi i odchodzi, ale jest jedną ze stałych części historii podmiotu lirycznego. „była przy mnie od zawsze (…)/ potem znikała na chwilę aż odnajdywałem ją (…)/ aż stała się dniem i nocą i snem i marzeniem/ aż stała się lawą powietrzem wulkanem gonitwą/ aż powiedziała spójrz w siebie patrz i zapamiętuj/ i moje oczy stały się jej oczami/a pomięta twarz wygładziła się/ w wyrozumiałym uśmiechu” (z wiersza „Samotność”). Wydawać by się mogło, że takie przyjęcie samotności przynosi ulgę. Jednak jest coś, co sprawia, że można się jedynie pogodzić z faktycznym stanem rzeczy, ale nie daje on ukojenia. Bohater wierszy szuka, tym niespokojnym, drążącym, pełnym napięcia sposobem, który cechuje idealistów. Traci złudzenia, ale nadal tli się w nim nadzieja, przeświadczenie, że musi być coś lepszego.


jesteś lasem skąpanym w porannej rosie
dnia gorącego gdy wszystko paruje oddycha

paprocie podnoszą głowy
by chciwie wsłuchiwać się w Twój zapach
dąb zdejmuje koronę ptaków nakładając sen na Twe źrenice

jelenie uciekają spłoszone nieuważnym krokiem wędrowca
gdy na Twą lnianą skórę pada światło słońca

i ziemia drży i czas zatrzymuje się od ciepła Twojego głosu
blask Twych oczu rozpala
otula mnie wonią malin w samym środku lata

Twój oddech gładzi wierzchołki sosen łagodnym powiewem
ślady Twych stóp na piasku wypełnia ocean

i burzę swym sierpniowym dotykiem uśmierzasz
gdy zatopiony w ciszę zasypiam
przy Tobie.

(„Przystań”)


Takich perełek w tomiku jest nieco mniej. Wypełnia go raczej gorączkowe poszukiwanie odpowiedzi na fundamentalne pytania o sens życia, o miłość, samotność, kształt świata. Nadzieja przeplata się ze zwątpieniem, idealizm z realizmem, bliskość z samotnością. Podmiot liryczny balansuje na granicy wiary i niewiary. Próbuje odnaleźć Boga, który czasami objawia się w najmniejszym, a czasem wydaje mu się wręcz nierealny. Przypomina nieco niewiernego Tomasza, który uwierzy jeśli zobaczy, ale jednocześnie wyraża jakąś wiarę w istnienie dobra i ładu, które można nazwać Bogiem. „lecz choć żyłeś beze mnie – mi powie/ ciągle czułeś ten dotyk bieli piór na dłoni/ ciągle poszukiwałeś i byłeś mi cenny” (z wiersza „Remiedium”). A może to dobro nazywa Wszechmocnym? Wędrówka, którą prowadzi jest przepełniona doznaniami, ale przede wszystkim doświadczaniem, rewidowaniem swoich wyobrażeń. To swoiste zderzenie świata z tym, co wydawało się, że o nim wiemy. Podróż w celu odnalezienia piękna drżącego nieśmiało na końcach rzęs i uczuć skrytych gdzieś na obrzeżach serca.

Nie napiszę, że „Wiatrołomny” to wyraz pesymizmu i pożegnania z dziecięcą wiarą w świat, czy zapis brutalnego zderzenia z rzeczywistością, bo tak nie jest. Owszem to wyraz żegnania się z pewnymi złudzeniami, ale i szukania najdrobniejszego piękna, które jest potrzebne i kojące. To szukanie swojej drogi, doświadczanie zawodów, ale i zanurzanie się w pięknie i zachwycie, które choć go mało wybija się z tomiku, właśnie dlatego. Piotr Durak pisze o życiu które trochę przypomina ową okładkową wędrówkę po szarych torach, utrzymywanie równowagi, ale przecież sama wędrówka obfituje w wiele dobra. Uczy, doświadcza, ale nie łamie, nie niszczy, choć czasem trzeba mocno zacisnąć zęby, przekląć i ruszyć dalej, przełykając łzy i ból. Jednocześnie „ja” liryczne jest zarówno wytrwałym poszukiwaczem jak i doskonałym obserwatorem. Człowiekiem o głębokiej wrażliwości, która jest piękna, ale i zwodnicza, bo sprawia, że świat przeżywa się intensywniej.




Miejscami melodyjny, delikatny, innym razem dosadny i mocny. „Wiatrołomny” to zróżnicowany tomik, który z jednej strony urzeka i prezentuje piękno z drugiej mówi o zwykłych, bolesnych rzeczach. Językowo i obrazowo przypadł mi do gustu, choć trochę w nim dosłowności Skamandrytów, trochę żeromszczyzny, bo świat okazuje się nie miejscem, gdzie odnajdujemy szklane domy, ale skomplikowanym bytem. Mimo samotności, szukania Boga, szarości, jest coś co urzeka w tych wierszach, drobne przebłyski światła, którymi usiane jest życie, które gdy nauczymy się je doceniać, dają nadzieję i piękno, pozwalają przetrwać, a których szuka podmiot liryczny.




Piotr Durak, Wiatrołomny, Biblioteka Frazy, Rzeszów 2008.

piątek, 12 sierpnia 2016

Deszcz mężczyzn - Zuzanna Jędrzejewska "Nie do wiary!"


„- Ale przecież sam powtarzasz, że, tego… Że miłości się nie szuka, sama przychodzi.
- Niby tak, ale jak nie przychodzi, a się za nią tęskni, to może trzeba szerzej otworzyć oczy albo wziąć sprawy w swoje ręce i jednak rozejrzeć się troszkę dokładniej. – Posłał wnuczce promienny uśmiech, a w jego oczach pojawiły się dobrze znane iskierki zwiastujące nadejście uszczypliwości. – Zawsze lepsze to niż pijaństwo. Poza tym musisz się czymś zająć, bo moje zapasy likierów nie są niewyczerpane, a poezji, o ile mi wiadomo, pisać nie umiesz”. – s. 38

Podobno od przybytku głowa nie boli, ale jeśli po latach posuchy nagle rzeczywistość zaczyna być w za bardzo różowych barwach, a cały wszechświat sprzyjać w niewyjaśnionej i wręcz nielogicznej hojności, można po prostu oszaleć ;). Bo jak wytłumaczyć szczeniacki wygłup sylwestrowy i wiarę w spełniające się życzenie wykrzyczane ku radości młodocianych sąsiadów do księżyca w noc ostatniego dnia roku, które zdaje się działać? A jednak w życiu Eufrozyny Maliniak zaczynają dziać się przedziwne rzeczy.

Po dość ciężkiej pobudce w pierwszy dzień nowego roku rzeczywistość staje na głowie. Jeśli dotąd singielka, bynajmniej nie z wyboru a z konieczności, mogła narzekać na uczuciową posuchę, tak od tego czasu sytuacja diametralnie ulega zmianie. W życiu Zoey jak grzyby po deszczu wyrastają potencjalni kandydaci na narzeczonego. Wielki bukiet wspaniałych róż, pojawienie się przystojnego i intrygującego sąsiada, który ratuje ją z nudnego niczym flaki z olejem balu sąsiedzkiego, pomoc uroczego ojca jednej z uczennic, który szarmanckim zachowaniem przyprawia o szybsze bicie serca, liścik od tajemniczego wielbiciela, spotkanie z dawną miłością czy pociągający wicedyrektor wyraźnie zainteresowany bohaterką, to tylko część historii „Nie do wiary!”. Perypetie niecierpiącej swojego imienia Eufrozyny, która staje przed nie lada wyzwaniem wybrania jednego jedynego, szkolne potyczki, do tego szalone przyjaciółki, które nie znoszą się wzajemnie i po prostu kosmiczny dziadek, stale wywołują uśmiech na twarzy! Jak z nadmiarem niespodziewanych kandydatów poradzi sobie bohaterka? Kto kryje się za bukietem kwiatów? Czy można dwa razy wejść do tej samej rzeki i komu można ufać?

Zuzanna Jędrzejczak podbiła moje serce swoimi bohaterami, a szczególnie Eufrozyną i Damazym. Zacznijmy od tego, że same imiona są już na tyle charakterystyczne, że nie sposób ich zapomnieć a przecież to dopiero początek. Odjazdowy dziadek głównej bohaterki to zdecydowanie człowiek orkiestra o niespożytej energii, której mimo wieku mu nie brakuje, powiem więcej jest żwawszy niż niejeden nastolatek. Dystans do świata, mądrość życiowa, przy tym poczucie humoru i nadal niezwykle aktywny tryb życia, sprawiają, że Zoey czuje, że nie da mu się dorównać. I wcale nie ma się czemu dziwić, gdyż to tak niezwykła i żywiołowa postać, że pozostałe wydają się przy niej oazą spokoju i to one nabierają lat i nieco bledną. Jego wnuczka żyjąca z piętnem dziwnego imienia, które jej zdaniem ma przyciągać wszelkie możliwe niepowodzenia i katastrofy, zwana niegdyś żabą, nie jest pewna tego, czego pragnie. Utknęła w jakimś punkcie, z którego nie umie się wyrwać. Z otwartymi ramionami przyjmuje odmianę w życiu miłosnym, jednak ma problemy z rozpoznaniem własnych uczuć i wyczuciem, jakie zamiary ma fotograf i podróżnik Robert, szarmancki wicedyrektor Szymon, przystojny i nieprzewidywalny Marcin czy tajemniczy Jacek. Dużym plusem jest to, że mimo iż postaci męskie nie są nakreślone bardzo szczegółowo, to jednak różnią się od siebie, co ubogaca książkę. Smaku powieści dodają również szalona Alicja i uporządkowana Kaśka, które nieustannie toczą ze sobą boje.

Nie do wiary!” to przyjemna, szalenie zabawna, wciągająca powieść, która przysporzy wam wiele śmiechu. Niesamowici bohaterowie, których nie da się nie lubić, miłosne zawirowania, poszukiwanie swojej drogi do szczęścia, przyjaciółki, które są zdolne naprawdę do wszystkiego i jedyny w swoim rodzaju starszy pan tworzą niezwykłą atmosferę. Akcja obfitująca w przedziwne zdarzenia i wpadki, a wszystko to w napisanej z dużą dawką humoru i lekkości, sprawiają że to powieść, od której nie będziecie się chcieli oderwać. Seria z babeczką to literatura typowo kobieca, ale jeśli tak mają wyglądać wszystkie książki, biorę je w ciemno. Zuzanna Jędrzejewska podbiła moje serce cudownym, letnim, uroczym, relaksującym klimatem i świetnym ujęciem tematu. Wszystkim serdecznie polecam! I czytając aż ma się ochotę zaśpiewać...






Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona





Zuzanna Jędrzejewska, Nie dowiary!, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2016.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

25 książkowych faktów o mnie


Spodobało mi się, więc przedstawiam moją wersję. Zapraszam także do Mai K. i Rude recenzuje 




* Mogę czytać kilka książek jednocześnie i często tak robię :)
* Książki muszę mieć ułożone od największej do najmniejszej
* Nie ułożę książek kolorystycznie, to nie dla mnie
* Mam dużo zakładek, ale korzystam z kilku ulubionych
* Jest kilka książek, które przeczytałam kilka razy, ale rzadko wracam do tekstów, które już znam
* Mam mało czytających znajomych, ale grono się powiększa :)
* Książki kupuję głównie przez internet, korzystając często z promocji
* Nigdy nie czytam recenzji innych blogerów nim sama nie zrecenzuję książki (wyjątek, książki na które trafiam dzięki Wam :) )
* Mam masę nieprzeczytanych książek w biblioteczce ;)
* Dojrzewam czytelniczo przerzucając się ostatnio na reportaże :)
* Lubię czytać poezję :)
* Najczęściej czytam w łóżku :)
* Gdy idę do pracy wstaję po piątej, by przed wyjściem poczytać pół godziny, to zapewnia mi dobry humor i pozwala lepiej zacząć dzień
* Przy czytaniu czasami piję kawę z dużą ilością mleka lub herbatę
* Nie słuchałam jeszcze audiobooka, ale kiedyś przyjaciel czytał mi kawałek książki ;)
* Powoli przekonuję się do ebooków, ale nadal nic nie zastąpi mi papierowych książek
* Uwielbiam dostawać książki w prezencie
* Czytam też literaturę religijną
* Robię notatki z poradników i książek rozwojowych
* Kocham rozmawiać o literaturze, dlatego uczęszczam na Dyskusyjny Klub Książki
* Na moim biurku zawsze leżą książki, które czytam, egzemplarze recenzenckie i książki, które przeczytałam i mam zrecenzować
* Spisuję cytaty, które mi się spodobały
* Jeśli jestem zmęczona to po prostu zostawiam książkę, nawet gdy dzieje się coś ciekawego
* Zazwyczaj kończę czytać rozdział lub urywam w jakimś charakterystycznym miejscu
* Często najpierw oglądam film, potem czytam książkę i nie mam z tym żadnego problemu

A jakie są czytelnicze fakty o Was? Piszcie!!! Jestem ciekawa, co to wygląda :).


niedziela, 7 sierpnia 2016

Jego decyzja - Jojo Moyes "Zanim się pojawiłeś"


„Położyłam się i myślałam o Willu. Myślałam o jego gniewie i smutku. O tym, co powiedziała jego matka – że jestem jedną z nielicznych osób, które potrafią do niego dotrzeć. Myślałam o tym, jak starał się nie śmiać z "Pieśni o Molahonkey" tamtego wieczoru, kiedy za oknami fruwały złote płatki śniegu. Myślałam o ciepłej skórze, miękkich włosach i rękach kogoś żywego, kogoś, kto był dużo inteligentniejszy i zabawniejszy, niż ja kiedykolwiek będę (…). I wreszcie, przyciskając głowę do poduszki, rozpłakałam się, bo moje życie nagle stało się dużo bardziej mroczne i skomplikowane, niż kiedykolwiek sobie wyobrażałam, i żałowałam, że nie mogę cofnąć się do tamtych czasów, kiedy moim największym zmartwieniem było to, czy zamówiliśmy z Frankiem wystarczająco dużo bułeczek”. – s. 133

Przeciwieństwa się przyciągają, wiemy o tym wszyscy. Są jednak ludzie, którzy pewnie nigdy by się nie spotkali, gdyby nie określone okoliczności. Will Traynor miał u swych stóp cały świat. Pracował w zawodzie, który przynosił mu nie tylko zyski, ale i satysfakcję. Spotykał się z piękną kobietą. Żył pełnią życia, uprawiając wiele sportów i korzystając z każdej chwili. Wiódł żywot, którego mógł pozazdrościć mu każdy, choć trzeba przyznać, że ciężko pracował i stale dbał o to, by pokonywać kolejne bariery. Wszystko zmieniło się jednak, gdy mężczyzna uległ bardzo poważnemu wypadkowi. Louisa Clark uwielbiała swoją prostą i ciepłą pracę w kawiarni. Znała klientów, ich upodobania, czuła się bezpiecznie mając stabilizację, zwłaszcza że w domu było ciężko pod względem finansów. Nadszedł jednak dzień, w którym musiała stawić czoła życiu i znaleźć inne zajęcie. 

Szukanie nowej pracy nie przyszło jej łatwo, zwłaszcza, że Lou nie jest osobą pewną siebie, na co ma też wpływ trochę jej rodzina. Koniec końców biuro pośrednictwa wysyła ją do posiadłości Traynorów, którzy szukają opiekunki dla swojego sparaliżowanego syna i nie wymagają prawie żadnego doświadczenia. Sama rozmowa nie przypomina rekrutacji, którą zna każdy. Opiera się na zasadzie, proszę mnie przekonać, że powinniśmy zatrudnić właśnie ciebie i Lousie się to udaje. Musi dotrzeć do Willa, który ma ogromnie ograniczone możliwości, jest praktycznie całkowicie sparaliżowany, a do tego od czasu wypadku stał się dość nieprzyjemny. Początkowo dziewczyna nie radzi sobie za dobrze, więcej ma ochotę uciekać gdzie pieprz rośnie, ale za namową siostry zostaje. Sprowokowana stawia się zgorzkniałemu bogaczowi i w ten paradoksalny sposób nawiązuje się miedzy nimi nić porozumienia, która z czasem przeradza się w uczucie. Opiekunka stara się zrobić wszystko, by wprowadzić do jego życia nieco słońca i radości, choć to niełatwe. Clark, jak często zwraca się do niej Will, ma nie tylko dotrzymywać mu towarzystwa czy pomagać, ale spełnić pewne zadanie, o którym dowiaduje się całkiem przypadkowo. Czy uda się jej zmienić życie młodego mężczyzny? Czy miłość między tak różnymi osobami jest prawdziwa? I czy szczęście przychodzi niezależnie od tego, w jakim jesteśmy stanie?

Zacznę od tego, że polubiłam zarówno uszczypliwego i rozgoryczonego Willa, któremu w wyniku wypadku załamał się cały świat, jak i oryginalną Louisę i kibicowałam tej parze. On wykształcony, odważny, głodny życia, z doświadczeniami, których nie ma większość osób, staje się jej przewodnikiem. Cały czas namawia dziewczynę, by zrobiła coś ze swoją przyszłością i nie tkwiła w sennym miasteczku, które jest dobre jedynie dla emerytów i ludzi bez aspiracji. Przypomina jej, że życie jest tylko jedno i należy przeżyć je najlepiej jak tylko można. Widzi w niej dużo więcej niż ona sama. Tymczasem Lou wydaje się dobrze czuć w swoim małym, poukładanym świecie. Nieco czyta, lubi telewizję, ma chłopaka, który wręcz szaleje za sportem. Jedyne o czym marzyła to projektowanie ubrań i tu należy wspomnieć, że dziewczyna naprawdę nosi ekstremalnie oryginalne stroje. Począwszy od butów aż po swetry. Nie uważa siebie za nikogo inteligentnego, jej rodzina też bardziej skupia się na jej siostrze (przez co rodziła się we mnie wątpliwość, czy bohaterka nie ma o sobie takiego a nie innego zdania również przez to, jak wyglądają domowe relacje), która jest mądrzejsza. Mimo wszystko ma cięty język, kiedy trzeba i ogromne serce. Postaci drugoplanowe również są dobrze nakreślone. Patrick to człowiek, który nie widzi świata poza sportem i zaniedbuje przez to swoją ukochaną i można nawet powiedzieć, jest nieco niedojrzały do związku. Nathan, choć niewiele o nim wiadomo, urzeka przywiązaniem i troską o Willa. Zarówno rodzice Lou jak i Willa są bardziej pobocznymi bohaterami, natomiast Katrina jest swoistą mieszanką troskliwo-upierdliwej siostry ;-).

„Potencjał. Tak. Potencjał. I za nic nie mogę pojąć, jak możesz być zadowolona z takiego małego życia. Życia, które nie sięga dalej niż pięć mil od twojego domu, w którym nie ma nikogo, kto kiedykolwiek cię zaskoczy albo sprowokuje, albo pokaże ci coś, od czego zakręci ci się w głowie i nie będziesz mogła zasnąć w nocy.” – s. 216

Myślałam, że „Zanim się pojawiłeś” będzie po prostu dobrą historią miłosną, ale książka mnie zaskoczyła. To bowiem nie tylko opowieść o uczuciu, jakie rodzi się między bohaterami. To rzecz o realnym i mądrym przeżywaniu swojego życia. Kształceniu się, realizowaniu, poznawaniu świata. Will, który mimo środków finansowych, nie może już żyć pełną piersią, nakłania do tego swoją opiekunkę. Uporczywie przypomina, że czas jest ograniczony i nie można go cofnąć a należy korzystać ze swoich umiejętności. Chce zapalić w niej ciekawość świata i pragnienie czegoś więcej. I trzeba przyznać, że mu się to udaje, Louisa zmienia się, otwiera, on również odnajduje w sobie ciepło, tęsknotę. Jojo Moyes opowiada również o relacjach międzyludzkich, związkach, przyjaźniach, domowej atmosferze. Zestawia dwie całkiem różne rodziny i pokazuje czego w każdej z nich brakuje. W końcu mówi o decyzjach, które zapadają, a z którymi nie każdy chce się zgodzić. Powiem tak, nie spodobało mi się zakończenie, moim zdaniem było egoistyczne i nie fair i to jedyna rzecz, która nie podobała mi się w lekturze. Więcej nie napiszę, ponieważ nie chcę spoilerować, ale nie godzę się z takimi rozwiązaniami.

Książka Jojo Moyes porusza, czaruje, łapie za serce. Pisana prostym, przyjemnym stylem i językiem wciąga w historię, której koniec chce się poznać. Bohaterowie wzbudzają sympatię i naprawdę łatwo się do nich przywiązać. To powieść o poświęceniu, odkrywaniu siebie i życia, trosce o drugą osobę, ale także o decyzjach, które nie przychodzą łatwo. „Zanim się pojawiłeś” jest trochę zwodnicza, najpierw otula ciepłem i humorem, potem rozgrzewa serce, by w końcu wycisnąć łzy i wywołać bunt. A jednak jest coś, co sprawia, że chce się poznać dalszą część historii, mimo niezgody na to, co się wydarzyło. Chyba najmocniejszą stroną książki jest Lou, zwykła dziewczyna, podobna do większości ludzi, która nagle dostaje szansę i zaczyna wierzyć, że coś może się zmienić, że jej życie przy wysiłku stanie się lepsze. Jak pisałam, choć nie zgadzam się z przekazem, to nie żałuję przeczytania tej powieści i jestem ciekawa ciągu dalszego.




Jojo Moyes, Zanim się pojawiłeś, przeł. Dominika Cieśla-Szymańska, wyd. Świat Książki, Warszawa 2016.

środa, 3 sierpnia 2016

Podsumowanie lipca


Kolejny dobry czytelniczo miesiąc, choć zapowiadało się średnio. Dużo przeczytanych książek, kilka recenzji, coś nowego na półce :).




Recenzje:


* Janusz Koryl "Urojenie" - czyli pościg za znikającym zabójcą i śledztwo pełne niewiadomych - recenzja
* Reyes Monforte "Ukryta róża" - porażająca i ściskająca za serce powieść o wojnie na Bałkanach, wielkim okrucieństwie i ciężkim życiu - recenzja
* Janusz Koryl "Układ" - rzecz o tym, do czego jesteśmy zdolni, by osiągnąć to, czego pragniemy - recenzja
* Małgorzata Rogala "Dobra matka" - historia ku przestrodze tym, którzy niefrasobliwie opowiadają światu o swoim życiu - recenzja
* Maria Miduch "Biografia Ducha Świętego" - książka o najbardziej tajemniczej Osobie Trójcy Świętej w kolejnej odsłonie książek z duszą - recenzja
* Bp Grzegorz Ryś "Moc słowa" - króciutko o pięknych i mądrych rozważaniach na każdy dzień - recenzja
* Waldemar Ciszak, Michał Larek "Mężczyzna w białych butach" - przedpremierowo o naprawdę mocnej książce opartej na faktach - recenzja


Przeczytane książki:

* Piotr Durak "Wiatrołomny"
* Zuzanna Jędrzejewska "Nie do wiary!"
* Jojo Moyes "Zanim się pojawiłeś"
* M. J. Arlidge "Powiedz panno gdzie ty śpisz"
* Jennifer Klinec "Tymczasowa żona"
* Piotr Durak "Dzienniki rowerowe"
*Waldemar Ciszak, Michał Larek "Mężczyzna w białych butach"
* Magdalena Wala "Marianna"


Zaczęłam czytać:

* Michał Książek "Nauka o ptakach"
* Michał Książek "Jakuck"
* Zygmunt Miłoszewski "Bezcenny"


Książki, które się u mnie pojawiły w lipcu:



Egzemplarze recenzenckie:

Czwarta Strona




* Agata Przybyłek "Takie rzeczy tylko z mężem"
* Waldemar Ciszak, Michał Larek "Mężczyzna w białych butach"
* Magdalena Wala "Marianna"

Serdecznie dziękuję za porcję wrażeń :*


Książkoholizm nieuleczalny... czyli co się robi jak blog ma urodziny...




Zamówienie od Mariana z nieprzeczytane.pl
* Guy Grieve "Zew natury"
* Robert Ostaszewski "Zginę bez ciebie"
* J. Maarten Troost "Na haju do raju"

i zakładki z Epikboxa :)



Promocja ze Znaku po taniości:




* Robert Foryś "Gambit hetmański"
* M. R. Carey "Pandora"

Piękności z nieprzeczytane.pl



* Paolo Rumiz "Legenda żeglujących gór"
* Alastair Bonnett "Poza mapą"
* Michał Książek "Nauka o ptakach"



Na blogu pojawił się również


A jak Wam minął lipiec? Co przeczytaliście, co pojawiło się na Waszych półkach?

Buziaki :*

Nieustraszona - Magdalena Wala "Marianna"


PREMIEROWO


„ – Posłuchaj mnie uważnie – rozpoczęła stanowczo – Losem każdej kobiety jest złożyć śluby. Wyjścia są dwa: albo złożysz je Bogu, albo mężowi. Nie sądzę, abyś ze swoim zamiłowaniem do przygód była szczęśliwa za klasztorną furtą. Od dziecka bywałaś nieposkromiona i nawet częste lania, które brałaś od ojca, nie złamały twojego ducha. Inaczej dalej siedziałabyś w klasztorze, przygotowując się do ślubu z którymś z wybranych przez niego Rosjan. I na pewno nie ruszyłabyś zaciągnąć się do oddziału powstańczego. Na dodatek teraz, kiedy tylu mężczyzn zginęło lub zostało wywiezionych… Wiele panien czeka staropanieństwo i pobyt na łaskawym chlebie u rodziców, a potem rodzeństwa”. – s. 25


Gdy myślę o tym, jakie były zajęcia kobiet w XIX wieku, jak wiele ograniczeń miały w życiu, nadal nie mogę sobie tego wyobrazić. Panny kształcone jedynie w kilku dziedzinach, często przez siostry zakonne w klasztorach, pozbawione szerszej wiedzy o świecie, o polityce już nie wspominając. Często wyrywające najdrobniejsze informacje z rozmów innych. Młode kobiety zmuszane do zawierania aranżowanych małżeństw lub o zgrozo mające głowy nabite poszukiwaniem idealnego kandydata, pojedynkami, cudownym życiem polegającym na nic nierobieniu. Niestety tak wyglądała kiedyś rzeczywistość.

Tytułowa bohaterka Marianna Pawłowska jest jednak całkiem inna. Zamiast tracić czas na marzenia o księciu na białym koniu, potrafi wyśmiać pojedynek w obronie podartej chusteczki, wzdychanie nad planami matrymonialnymi rodziców czy lekkomyślne postępowanie, bez szacunku do życia, podczas gdy ojczyzna jest w potrzebie. Ta młoda, inteligentna, odważna i stanowcza kobieta, postanawia opuścić klasztor, w którym pobiera nauki i wziąć udział w powstaniu. Wymyka się zatem i udając mężczyznę broni ojczyzny. Po klęsce, w przebraniu chłopa, wraca do domu, gdzie zastaje zdenerwowaną matkę. Okazuje się, że jej odwaga i patriotyzm ściągnęły na nią kłopoty. Po okolicy bowiem krążą plotki, że uciekła z mężczyzną, całkowicie rujnując swoją reputację. Prawda również nie brzmi dobrze, gdyż może sprowadzić na rodzinę poważne kłopoty ze strony Rosjan i nadal nadszarpuje obyczajność panny. Rozgniewany ojciec postanawia wydać nieposłuszną córkę za jednego z zaborców, czemu sprzeciwia się matka Marianny. Potajemnie aranżuje małżeństwo dziewczyny z synem przyjaciółki i wysyła ją jak najszybciej do klasztoru, by przygotowała się do nowej roli i nie rzucała się ojcu w oczy. Bohaterka początkowo nie wie, co ją czeka. Zastanawia się nad hojną ofertą arystokraty i jej przyszłym losem, który wydaje się już przesądzony. Mimo początkowych niepowodzeń i sprzeciwu ojca, w końcu udaje się doprowadzić do ślubu. Ceremonia z zastępcą narzeczonego, nieprzychylność i chłód męża, gafy, które popełnia kobieta, początkowo nie wróżą niczego dobrego. Z czasem jednak między małżonkami nawiązuje się nić porozumienia. Marianna nie rozumie jednak dziwnego zachowania służby i sąsiadów. Owiane tajemnicą przeszłe małżeństwa Michała Sierawskiego i dziwny duch zjawiający się w sypialni młodej mężatki to dopiero początek kłopotów. Jakie tajemnice skrywa przeszłość i czemu żadna z poprzednich hrabin nie dożyła 21 roku życia? Czy po posiadłości grasuje duch poprzedniej ukochanej, mordujący kolejne żony hrabiego?

Marianna” zauroczyła mnie po pierwsze piękną, oniryczną okładką. Jest to jednak jedynie przedsmak tego, co dostaje czytelnik. Powieść osadzona w XIX wieku opowiada bowiem nie o kobiecie, która marzy o próżniaczym życiu, dobrym zamążpójściu i byciu arystokratką. To historia niewiasty, która nie wahała się walczyć o wolność umiłowanego kraju i to nie jako chroniona zewsząd kobieta, ale jako ktoś nieznany, jeden z mężczyzn. To także rzecz o odnajdywaniu się w świecie intryg, niemiłych dam, sekretów oraz urocza historia miłosna. Autorka zawarła na ponad 300 stronach naprawdę wiele wątków, które świetnie się ze sobą splatają i uzupełniają, tworząc frapującą i lekką całość.

Główna bohaterka jest osobą, której nie da się nie lubić. Nieco zagubiona w świecie arystokracji kobieta o ciepłym i dobrym sercu, a jednocześnie potrafiąca wbić szpilę, głośno wyrażać swoje zdanie, walczyć o swoje, dobrze rozgrywać wszelkie zarówno małżeńskie jak i towarzyskie potyczki, to właśnie Marianna. Właściwa kobieta na właściwym miejscu. Michał zdaje się być jej całkowitym przeciwieństwem, cichy, zamknięty w sobie, nieprzystępny, gniewny, porywczy, kryje w sobie jednak pokłady ciepła i uczuć. Czasem udaje mu się okazać prawdziwą twarz skrytą za maską bólu i poczucia winy. Natomiast Adam jest niezwykle antypatyczną postacią, pełen uprzedzeń, pogardy, wyższości, aż emanuje nieuprzejmością i czymś złowrogim. Władcza i obrotna Elżbieta, która jak ulał pasuje do powiedzenia, że mężczyzna to głowa, a kobieta szyja, która tą głową kręci, budzi sympatię i podziw. Warto podkreślić, że autorka stworzyła również ciekawe postaci drugoplanowe, które pokazują różnorodność panien z bogatszych i arystokratycznych domów, co dodaje powieści smaku.

Świetne połączenie wątków historycznego, kryminalnego, miłosnego oraz intryg wśród wyższych sfer, do tego duża dawka humoru, który podbił moje serce, urzekający bohaterowie, ciekawe i szczegółowe oddanie realiów tamtej epoki, wciągający i oryginalny temat sprawiają, że „Mariannę” czyta się jednym tchem. Magdalena Wala po raz kolejny udowadnia, że potrafi pięknym językiem napisać powieść, poruszającą temat relacji międzyludzkich w ciepły i delikatny sposób, a do tego wywołać na twarzy czytelnika uśmiech i spowodować wybuchy szczerego śmiechu . Ja ze swej strony naprawdę serdecznie polecam wszystkim a szczególnie tym, którzy szukają niebanalnej lektury obfitującej w emocje, poprawiającej mocno humor i dającej prawdziwą przyjemność czytania. Jeśli podobały się wam „Przypadki pewnej desperatki”, będziecie zachwyceni „Marianną”.




Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.





Magdalena Wala, Marianna, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2016.