czwartek, 28 stycznia 2016

W klatce autodestrukcji - Agnieszka Lis "Pozytywka"




„Monika nie będzie już potulna. Jej też będę musiał coś udowadniać – jak w pracy. Nie mam ochoty już więcej nic nikomu udowadniać! Chcę, żeby ktoś mnie bezwarunkowo podziwiał, tylko za to, że jestem. Był mi oddany i już. Dlatego wziąłem sobie tę wiochę! – Uderzył w umywalkę kantem dłoni, syknął z bólu. – Nie, nie dlatego ją sobie wziąłem – oddychał głęboko. – Pokochałem ją, chciałem być z nią zwyczajnie szczęśliwy. I wszystko się pokomplikowało”. – s. 43
           
Ślub miał być bajkowy, a wyszedł przytłaczający. Ogromna suknia, naręcza kwiatów, czerwony dywan. Koszty znacznie przekroczyły możliwości rodziców, ale czego się nie robi dla jedynej córki. Ceremonia, która nawiązywała do zaręczyn księżnej Diany, była wstępem do cudownej przyszłości, wszak Monika wychodziła za bogatego mężczyznę z dobrej rodziny. Gdy emocje opadły i zaczęło się codzienne życie, okazało się, że dziewczyna nie odnajduje się w nowej rzeczywistości. Robert był jej miłością, ale czuła się obco w wielkim domu. Namiętnie sprzątała, unikała towarzystwa teściów, którym nie chciała przeszkadzać, a którzy odbierali ją jako dziką wiochę, która nie potrafi się zachować. Z czasem Teresa zaczęła nawiązywać nić porozumienia z synową, której przecież miała nigdy nie polubić za zabranie jej ukochanego syna. Wszystko zaczynało się układać. Pojawiły się nowe możliwości, pomysły, na które dziewczyna sama by się nie zdecydowała, w końcu ujawniły talenty, których istnienia nawet nie podejrzewała. Wszystko to w cieniu cierpienia. Smutek splatał się z dobrymi wieściami, perspektywy rozwoju z pragnieniem rzucenia się w wir pracy, pozwalający zapomnieć o wszystkim.

Bohaterka to zakompleksiona dziewczyna, która miała dbać o dom i rodzić dzieci. A te jak na nieszczęście nie chciały się pojawić. Za namową Teresy, która całe życie żałowała, że nie stała się kimś, podjęła pracę w biurze znajomego teściów, a następnie rozpoczęła studia. Po początkowych trudnościach, zaczynała radzić sobie z wszystkim. Zdawała egzaminy, coraz lepiej rozumiała zagadnienia i czuła się dobrze. W końcu udało się jej także zajść w ciążę. Monika parła do przodu niczym burza, choć sama dziwiła się, że potrafi studiować, pracować i znosić częstą nieobecność męża. Czekała na dziecko, które miało niedługo pojawić się na świecie. Życie potoczyło się jednak inaczej niż planowała. Nieoczekiwana tragedia na zawsze zmieniła pokorną i niepewną siebie dziewczynę i wytyczyła drogę, o której nawet nie śniła... Czy będzie to jednak szczęśliwa ścieżka?

Powieść Agnieszki Lis uderzyła mnie swoim gorzkim tonem. Zaczyna się jak w bajce, choć czytelnik od razu widzi, że to tylko pozory. Jednak bohaterka kocha swojego wybranka, który niby się stara, pragnie być dobrym mężem i zależy mu na niej, ale coś podpowiada odbiorcy, że jest też druga strona medalu. Robert jest w zasadzie dużym dzieckiem. Żona ma go wielbić, zachwycać się nim, spędzać z nim upojne noce i dać mu swobodę robienia tego, na co ma ochotę. A on cóż..., lubi wyjazdy integracyjne, niezobowiązujący seks i absolutnie nie może znieść tego, że małżonka ma aspiracje i może okazać się inteligentną i kreatywną dziewczyną, a nie wiochą, za jaką mają ją teściowie i mąż. To lekkoduch, który nie dorósł do dojrzałego związku i nie potrafi odnaleźć się w roli męża i ojca. Tymczasem Monika to jego zupełne przeciwieństwo. Z osoby, która miała być sprzątaczką i matką i która z trudem przedarła się przez pierwszą książkę, wyrasta na studentkę, sekretarkę, potem jednego z najlepszych pracowników, jakiego przełożony może sobie zażyczyć. Pracoholizm, będący wynikiem przebytej tragedii czyni z niej świetną specjalistkę. Co prawda gubi siebie po drodze, ale nie można zarzucić jej braku skuteczności i stawania na wysokości powierzanych jej zadań. Skwapliwie korzysta z rad modowych udzielonych jej przez teściową.  Umie świetnie wykorzystać wszystko, czego się nauczyła. Podczas trwania akcji obserwujemy ogromną przemianę, którą przechodzi bohaterka. Autorka na jej przykładzie udowadnia, że ciężką pracą można osiągnąć sukces, że nie ma rzeczy niemożliwych, choć czasami zdobycie wysokiej pozycji sporo kosztuje. Teresa, chyba najbardziej niejednoznaczna dla mnie postać tej powieści, bo w zasadzie trudno mi stwierdzić, jaka naprawdę jest. Niby lubi synową, ale nie przestaje myśleć o niej per „wiocha”. Stara się uczyć ją życia na własnych błędach i to właśnie dzięki niej dziewczyna staje się całkiem inną osobą, choć stale obecne kompleksy i niepewność siebie musi maskować profesjonalizmem, pracowitością i szorstkim charakterem, ale w głębi duszy nadal nie ma o niej zbyt dobrego zdania. W końcu Damian, kolega ze studiów. Chłopak, który moim zdaniem bardzo pasuje do Moniki. Żałuję, że nie poznałam go bardziej i że jest to postać raczej epizodyczna niż główna, gdyż chętnie przeczytałabym coś więcej o relacji bohaterki z tym mężczyzną.

Pozytywka” to opowieść o złudzeniach szczęścia, utracie, przemianie, dojrzewaniu, nieumiejętności budowania trwałych i głębokich więzi, ale także o nienawiści i zagubieniu. Autorka świetnie pokazuje mechanizmy obronne człowieka, jego przemianę, na którą mają wpływ czynniki wewnętrzne i zewnętrzne. Ciekawie przedstawia proces adaptowania się do nowej sytuacji i przemiany kary w styl życia, pogrążania się w obowiązkach, które z czasem stają się całą rzeczywistością. Uwidacznia, jak pod maską perfekcjonizmu, ogromnej gorliwości i pomysłowości kryją się ból, strach, autodestrukcja i odraza względem siebie. Jak brak więzi domowych rodzi problemy z budowaniem własnego rodzinnego gniazda. Agnieszka Lis prowadzi czytelnika przez zmagania głównej bohaterki z żalem, samotnością i rosnącym poczuciem winy oraz autoagresją. Wprowadza w świat pozbawiony ciepła, troski, miłości, pozytywnych uczuć. Rzeczywistość, w której szuka się ucieczki od wszechobecnej samotności, niezrozumienia, w której bliźni jest obcy, a relacje z bliskimi płytkie i powierzchowne. Poznajemy zatem realia wielkiej korporacji, w której człowiek jest tylko trybikiem, nawet jeśli okazuje się złotym dzieckiem. Wart jest tyle, ile można na nim zarobić i dopóki można to zrobić. W powieści brak nadziei. Wszystko toczy się ustalonym torem w myśl zasady czas leczy rany, choć jest to proces długi i wypełniony żmudną i trwającą niemal całą dobę pracą. Obserwujemy jak zmienia się człowiek pozbawiony oparcia i choćby jednej życzliwej osoby, kogoś, kto rozświetli jego świat. Obcość, samotność, gorycz i smutek to uczucia, które wysuwają się na plan pierwszy w powieści. Nawet samo zakończenie nie jest dla mnie takie optymistyczne jakby mogło się wydawać, jest po prostu na wskroś życiowe. A jednak nie sposób oderwać się od tej książki. Czaruje, zniewala, porywa, właśnie dlatego, że jest szczera do bólu.

Jeśli lubicie prawdziwe historie, które nie stronią od trudnych tematów i pokazują siłę ludzkiej woli „Pozytywka” jest zdecydowanie dla Was. To mądra powieść, która porusza warte przedstawienia, niełatwe zagadnienia. Wnika w kobietę pozostawioną samej sobie i skazaną na łatkę „wiochy”. Kobietę, która musi od podstaw zbudować swój świat. Pokazuje również jak bardzo nasze mniemanie o sobie odbija się na innych i jak mimo sukcesów można stracić wiele lat życia. Nie jest to książka lekka, ale wciągająca i niepozwalająca oderwać się od lektury. I choć mam mieszane uczucia, co do finału historii, to ogromnie cieszę się, że ją przeczytałam, gdyż dała mi ona do myślenia, a na takie właśnie książki czeka się najbardziej. Ze swojej strony serdecznie polecam.


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.


Agnieszka Lis, Pozytywka, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2016.

sobota, 23 stycznia 2016

Szaleńczy wyścig z czasem wśród górskich szczytów – Remigiusz Mróz „Przewieszenie”



„Piskliwy przeciągły krzyk rozszedł się echem między stromymi zboczami, kiedy spadała w przepaść. Eliasz wiódł za nią wzrokiem. Czuł ekstatyczne uniesienie, jakby zbliżał się do orgazmu. Jasińska krzyczała aż do momentu, gdy jej ciało trafiło na pierwsze skały. Głowa uderzyła o wystający kawałek kamienia, krew rozbryznęła się wokół. Dziewczyna spadła jeszcze trochę, a potem, ku zawiedzeniu Eliasza, zatrzymała się”. – s. 27

           


Kiedy Wiktor wchodził do szpitala miał nadzieję na rozwój relacji z Olgą Szrebską. Wszystko, co złe było za nimi. Chciał rozpocząć nowy rozdział, który mógł okazać się całkiem ciekawy, bo para ta była iście ognista i intrygowała. Tymczasem bohater zastał martwą dziennikarkę, której morderstwo ewidentnie sugerowało, że zabójca ma się dobrze i jest na wolności. Forst stanął przed widmem kolejnego polowania. Tym razem nie była to jednak tylko sprawa służbowa…

Zaczęło się od wizyty w Krakowie, gdzie schwytany Michał Sznajderman przepowiedział policjantowi iście koszmarny los. Armagedon, plagi egipskie, fatum to nic w porównaniu z tym, co ma spotkać Forsa. Żeby tego było mało w międzyczasie dochodzi do niewyjaśnionych wypadków na tatrzańskich szlakach. Początkowo sprawa faktycznie przypomina zwykłe tragedie, które zdarzają się w górach, zwłaszcza że czasami turyści porywają się z motyką na słońce, nie biorąc pod uwagę swojej kondycji, warunków pogodowych czy też nie posiadając odpowiedniego ekwipunku. Co innego jednak jeden wypadek, a co innego kilka i to praktycznie bez odstępów czasowych. Wśród ratowników zaczynają pojawiać się wątpliwości, a to dopiero początek. Wiktor rusza na szlak, by złapać nieuchwytnego sprawcę i zatrzymać serię morderstw. Zaczyna się wyścig z czasem, który komplikuje się tym bardziej, że oto nagle w centrum podejrzeń staje główny bohater. Wszystkie fakty zdają się świadczyć przeciw niemu i potwierdzać współdziałanie z tajemniczą grupą odpowiedzialną za wcześniejsze zbrodnie. Sznajderman zaczyna mówić, pogrążając policjanta, który miał być członkiem Synów Światłości. Prokurator Dominika Wardyś-Hasnsen i Aleksander Gerc postanawiają wysłać za podejrzanym list gończy. Mimo tego wszystkiego niepokorny i szalony śledczy zdaje się nie przejmować zarzutami i myśli tylko o jednym, dorwać i ukarać tego, kto stoi za tym wszystkim. W działaniach nieoficjalnie pomaga mu jego dowódca. Gdy zostaje porwana córka Osicy, poszukiwania stają się osobistą wendetą obu policjantów. Czy bohaterowie zdążą ocalić Agatę? Kto stoi za wszystkimi zbrodniami? Czy uda się oczyścić Forsta ze stawianych mu zarzutów i złapać szaleńca mordującego niewinnych ludzi?

„- Zadbamy o to, żebyś cierpiał – odezwał się Sznajderman. – W życiu doczesnym zaznasz wielu krzywd komisarzu. (…) Spotka cię więcej cierpienia, niż jesteś w stanie sobie wyobrazić. (…) Zanim spłoniesz w piekle, będziesz błagał o to, by to wszystko wreszcie się skończyło. Będziesz zastanawiał się, czy samemu tego nie zakończyć. Będziesz łkał w samotności jak…” – s. 48


Nie są to zdecydowanie słowa rzucone na wiatr. Forst stanie przed szaleńczym biegiem szlakami turystycznymi, gdy będzie starał się wniknąć w psychikę mordercy, będącego stale o krok przed nim. Próba uchwycenia psychopaty, zmaganie się z lawiną, prokuraturą, zagrożeniami, które czyhają na policjanta oraz wspomnieniami o Szrebskiej, poszukiwanie Agaty, dociekanie prawdy i widmo nieciekawej przyszłości, to wszystko składa się na „Przewieszenie”. Bohater będzie miał ręce pełne roboty, zwłaszcza że licho nie śpi. Tym razem jednak może liczyć na wsparcie przełożonego, który choć niespecjalnie go lubi, to nie wątpi w jego niewinność. Nie jest jednak łatwo oczyścić się z zarzutów, a słowo przeciwko słowu często udowadnia, że wymiar sprawiedliwości może być ślepy jak Temida i iść najkrótszą i najprostszą z dróg.

W drugiej części przygód o komisarzu Forście pojawiają się nowe postacie, które dodają powieści smaku i sprawiają, że akcja przyspiesza. Warto zwrócić uwagę na prokuratorów, którzy prowadzą sprawę zabójstw z pierwszej części i tych, dziejących się w górach. Dwie skrajnie różne osobowości, które doskonale ukazują, jak upływ czasu, chęć pięcia się po drabinie kariery i szybkiego rozwiązywania spraw, może wpłynąć na ludzi. Czytając książkę Remigiusza Mroza miałam wrażenie, że Aleksander Gerc ma niewiele cierpliwości i trochę pasuje na kogoś, kto ma dbać o wymierzanie sprawiedliwości, jak kwiatek do kożucha. Powierzchowne sądy, brak jakichkolwiek wątpliwości, nieczyste zagrania, sprawiają, że postać ta wydaje się antypatyczna i zdecydowanie zajmuje złe stanowisko. W opozycji do niego autor sytuuje Dominikę Wardyś-Hansen, która otoczona łacińskimi sentencjami, spokojna, wyważona, pragnie by ludzie byli bezpieczni, a złoczyńcy ukarani. Jest dużo ostrożniejsza w wydawaniu sądów i rzucaniu oskarżeń. To osoba zdystansowana i może nieco chłodna, ale dużo sympatyczniejsza od swojego współpracownika. Nowym bohaterem, którego polubiłam jest mąż pani prokurator, Gjord, który jako rasowy Skandynaw wydaje się lepiej znać na kryminalnych sprawach niż para prokuratorów. Nie boi się powiedzieć, że coś jest podejrzane i ma w swoim mniemaniu sporo racji.

Lepiej poznajemy również komisarza, który nadal tryska ironią, totalnie lekceważy polecenia przełożonych, gasi pożary, które wybuchły, nie przejmując się przyszłymi. Działa z prędkością błyskawicy, nie ugnie się przed niczym, by dorwać człowieka, który grasuje na tatrzańskich szczytach i jak zwykle ma masę kłopotów. Autor nie oszczędza go, sprowadzając na Forsta wszelkie możliwe strapienia od oskarżeń, przez lawinę po pobicia. Bohater to jednak prawdziwy mężczyzna, który nie poddaje się i jest nie do zdarcia ;-). Choć nie zna tożsamości przeciwnika, nie działa już po omacku. Co więcej, potrafi wniknąć w jego umysł, co przy emocjonalności Wiktora wywołuje u czytelnika dreszcze, bo nie wiadomo jak to wszystko się skończy. Przyznam, że ciężko mi rozgryźć komisarza, ponieważ z jednej strony to człowiek z przeszłością, trochę aspołeczny, mało empatyczny, zamknięty w sobie, kompletnie nieprzewidywalny, można rzec, zdolny do wszystkiego, kierujący się własnym kodeksem wartości a nie poleceniami przełożonych, z drugiej zaś ma mocno ukształtowaną moralność i jest w nim dobro i pokłady uczuć, choć mocno schowane pod warstwą gruboskórności. Jednak pewnie jemu na złość wydostają się one na światło dzienne, przez co nie sposób nie lubić tej postaci. U mnie zdeklasował on nawet Diję Udina, który do tej pory był faworytem wśród mrozowych bohaterów. Obserwując współpracę z Osicą czytelnik ma możliwość poznania przeszłości bohatera i zrozumienia relacji, jakie łączą tych dwóch mężczyzn, dzięki czemu staje się oni mniej tajemniczy i bliżsi.

„Nie jestem psychopatą” – podkreślił jeszcze raz. „Jestem artystą, a zarazem publicznością dla swoich dzieł. Są moje. Nie dzielę się nimi z nikim”. – s. 81

Iwo..., prawdziwy koszmar, który owiany jest mgłą tajemnicy. Wbrew temu, co pisze, jest rasowym psychopatą. Niezwykle inteligentny, pozbawiony uczuć, wywyższający się, przerażający. Dopiero drugi tom odkrywa nieco człowieka, który stoi za morderstwami, ale autor nie ujawnia wiele. Sama satysfakcja, jaką Eliasiewicz czerpie z zabijania, nie zaspokaja ciekawości czytelnika i rodzących się w jego umyśle pytań. Nie wiadomo do końca, co poza sadystyczną przyjemnością i antypatią do głupiej ludzkiej masy, bo to stwierdzenie idealnie pasuje do poglądów tej postaci, kieruje tym człowiekiem. Powoli wnikamy w jego psychikę i motywy działania, ale to zaledwie uchylenie rąbka tajemnicy. Remigiusz Mróz zdaje się droczyć z czytelnikiem pozwalając mu zaglądnąć przez dziurkę od klucza na ulotną chwilę. Jest ona jednak zbyt krótka, by znaleźć odpowiedzi na dręczące go pytania. To ukłon w stronę odbiorców, ale Autor nadal trzyma wszystko w garści.

Moja polonistka zwykła mawiać o kiepskich książkach, które miały luki logiczne, że są to książki spod znaku „zabili go i uciekł”. Odkąd poznałam Frosta, to stwierdzenie nabrało dla mnie całkiem nowego znaczenia i jak ulał pasuje mi do trylogii o hardym komisarzu. Tu bowiem fabuła zapewnia takie niespodzianki, że wszystko jest możliwe i nie wynika to z braku konsekwencji czy logiki. Autor niczym magik wyciąga nagle królika z kapelusza i mówi, nie zauważyłeś drobnego szczegółu, a przecież to takie oczywiste. Jeśli wydawało mi się, że już nic mnie nie zaskoczy w książkach Remigiusza Mroza to grubo się myliłam. Po raz kolejny autor zapewnia czytelnikom doskonałą rozrywkę, intrygującą i wciągającą fabułę, pełną pościgów, nieprzewidzianych zwrotów akcji a wszystko to w przepięknej górskiej scenerii, która tylko potęguje grozę wydarzeń. Czytając „Przewieszenie” przechodzi ochota na samotne górskie wędrówki. Majestatyczne szczyty, malownicze trasy, pokora i respekt, jaki budzą góry a w tym wszystkim szaleniec, który pozbawia życia innych, by zaspokoić niejasne dla nas popędy. Ścigający go stróż prawa, który nie cofnie się przed niczym, by ustrzec od śmierci kolejną ofiarę. Makabryczne wydarzenia, szaleńcze tempo wydarzeń, zaskakujące rozwiązania i finał, po którym nie można się pozbierać, bo napisać, że opadła mi szczęka a ostatnie zdania wbiły w fotel, to nie powiedzieć nic. Zastanawiałam się czy dobrze przeczytałam, a potem czy przypadkiem czegoś nie poplątałam, nie przeoczyłam, ale nie... Pisarz po raz kolejny wprowadza czytelnika w stan totalnego i permanentnego osłupienia i ogłupienia. Syndorom Mroza w najczystszej i najpiękniejszej postaci kończy przygodę z „Przewieszeniem”.  Po lekturze „Ekspozycji” byłam przekonana, że niemożliwe jest, by tempo akcji mogło być jeszcze szybsze a moje zdumienie większe, ale ogromnie się myliłam i podejrzewam, że w kolejnym tomie znów spotka mnie niespodzianka, spotęgowana i całkiem druzgocąca... Aż strach się bać..., zwłaszcza, że pytania domagają się odpowiedzi a adrenalina rośnie. I mój sentyment do Forsta pragnie więcej...

Kończąc - krótko, musicie to przeczytać!!! Innej opcji nie ma :-). Satysfakcja gwarantowana.


Remigiusz Mróz, Przewieszenie, t.2, wyd. Filia, Poznań 2016.

środa, 13 stycznia 2016

Długa droga ku jasności - Agnieszka Olejnik "A potem przyszła wiosna"


„Mówiłam o tym, jak poszliśmy wieczorem na piwo, jak kochaliśmy się zawzięcie jakby to był pierwszy raz w życiu. I jak się do mnie wprowadził. O tym, że skończyły się moje pieniądze, a pracy nie było i bywaliśmy głodni, a wtedy rysowaliśmy sobie na skrawkach papieru, co zjemy, gdy już zarobimy parę groszy – bo kupowaliśmy tylko chleb i najtańszą pasztetową. (…)
Paliliśmy jednego papierosa na spółkę, piliśmy wspólną kawę, bo nie było nas stać na dwie. Ćwiczyliśmy razem role, kiedy już była praca, natrząsaliśmy się z siebie, przedrzeźnialiśmy, ale poszlibyśmy za sobą do piekła, gdyby było trzeba. Jego niepowodzenia były moimi, jego sukces uskrzydlał mnie jak własny – i wiedziałam, że tak samo było z nim. Po prostu byłam tego pewna, czułam jego wsparcie i ono dawało mi siłę”. – s. 222-223.


Świat z okładek kolorowych czasopism porywa wielu. Niektórym wydaje się, że życie celebryty jest wspaniałe. Nawet jeśli goni cię grupa wścibskich fotografów czyhających jedynie na każde, nawet najdrobniejsze potknięcie. Rozmazany makijaż, upadek, niedobrane ciuchy, rozwichrzona fryzura, łzy, problemy, wszystko to pada łupem głodnych plotek ludzi. Śmiem zaryzykować stwierdzenie, że znajdą się i tacy, którzy z uwypuklania niedoskonałości czy ludzkich nieszczęść się cieszą. Bo nagle okazuje się, że gwiazdy wcale nie mają tak dobrze, że ich świat to nie tylko splendor i błysk fleszy, pieniądze i same przyjemności. A czasami to takie małe ukłucie zadowolenia, że w końcu ktoś demaskuje jakąś stronę pustki tego świata. Pola Gajda jest właśnie jedną ze ściganych wszędzie celebrytek. Występuje w popularnym serialu, ma doskonałą figurę, jest w związku ze znanym aktorem i wydawać by się mogło, że żyje jak w bajce, ale to tylko pozory. Cena za to wszystko jest naprawdę wygórowana...

Kiedy w Internecie pojawią się zdjęcia, dokumentujące zdradę Grzegorza, z którym aktorka jest związana, wszystko runie jak domek z kart. Z fasady baśniowego świata zaczyna odpadać farba, ukazując prawdziwe oblicze pustki i cierpienia, jakie towarzyszą bohaterce. Zdrada przechyla czarę goryczy i sprawia, że Pola postanawia się zabić. Upija się i kładzie na torach, czekając na jak najszybsze i bezbolesne opuszczenie padołu łez i bólu. Od śmierci ratuje ją jednak paparazzo, który zrobił zdjęcia jej ukochanego z kochanką. Zabiera on pijaną dziewczynę do siebie. Kiedy aktorka trzeźwieje, opuszcza tajemnicze mieszkanie. Przez jakiś czas dochodzi do siebie, by nabrać sił do podjęcia kolejnej próby samobójczej, która również nie udaje się przez wspomnianego fotografa. Konrad powodowany nie tyle ciekawością, co wyrzutami sumienia, po raz kolejny udaremnia wysiłki Poli i w wyniku impulsu zabiera ją do swojego rodzinnego domu. Wierzy, że jeśli coś może jej pomóc to tylko pobyt w miejscu, gdzie on zawsze odnajduje spokój i jest w stanie nabrać dystansu do świata. Bohaterka trafia zatem w ręce pana Stefana, który stara się jej pomóc stanąć na nogi pełnym ciepła, troski i wyrozumiałości milczeniem. Pobyt w szpitalu, problemy z jedzeniem, dnie spędzane na spaniu i odseparowaniu od świata, brak kontaktu z kimkolwiek to początkowo cały świat Kasi, bo tak naprawdę ma na imię celebrytka. Potem jedno zdarzenie, zmienia uśpioną i przepełnioną bólem, lękiem i marazmem rzeczywistość bohaterki. Wraca mowa i pojawiają się myśli o tym, co dalej. A wszystko za sprawą psa i gojącego rany czasu. Przez śnieg zaczynają przebijać się pierwsze oznaki wiosny. Nie tylko świat zdaje się budzić do życia. Powrót jednak nie jest tak prosty jakby się wydawało. Miesiące spędzone w małym wiejskim domku wywarły zbawienny wpływ na życie Kasi, która skrywa w sobie mroczny sekret, ledwo wyglądający zza jej wierszy. Tymczasem Konrad próbuje poskładać swoje życie i znaleźć odpowiedzi na rodzące się w nim pytania. Czy jego związek z Anetą ma szansę przetrwać? Czy miłość może być oparta o seks i przywiązanie z dawnych lat, marzenie o nieistniejącej już dziewczynie? Jaki sekret skrywa owiana tajemnicą przeszłość Katarzyny? Czy wraz z wiosną można zacząć nowe życie?

Agnieszka Olejnik odziera z blichtru świat, o którym marzą nastolatki. Ukazuje powierzchowność relacji, zmieniające się upodobania i dojrzewanie bohaterów. Czytając „A potem przyszła wiosna” zastanawiałam się, co działo się w życiu bohaterki, że podjęła tak desperacji krok? Jakie tragedie czaiły się w przeszłości? Niczym Mikołaj Rej autorka zwraca uwagę, że na wsi, w miejscu, gdzie świat nie pędzi na złamanie karku, można leczyć wszelkie rany. Proste życie bez zbędnych wygód, biegających dziennikarzy, szaleńczego tempa stanowi nie tylko receptę na ukojenie nerwów, ale jest lekarstwem na zranioną duszę. „Wsi spokojna” powtarzałam za Janem Kochanowskim śledząc losy bohaterów. A właściwie wchodząc w ich historię, bo książka Agnieszki Olejnik to opowieść bardziej o tym, co dzieje się w duszy człowieka niż historia z wartką akcją. Wkraczamy w świat zmagania się z przeszłością, bardzo głębokimi ranami psychicznymi. Bohaterowie nie są mocarzami. To zwykli ludzie, którzy przeżyli mniejsze lub większe tragedie i są żywymi przykładami, że można żyć dalej na wiele sposobów. Mamy zatem ucieczkę w marzenia, a może mrzonki, podążanie za miłością, przemilczane i wyklęte tajemnice, załamania psychiczne, szukanie swojego miejsca na ziemi, wracanie do życia i walkę ze światem. Spodobało mi się skontrastowanie postaci Kasi i Urszuli. Z jednej strony bohaterki wiele łączyło, z drugiej były inne, jednak różnorodność ta wynikała z podejścia do życia. Urszula jako kobieta po przejściach znała to, z czym bohaterka dopiero się zmagała, zatem co naturalne stała się mentorką Katarzyny. Jej pogodne podejście i mądrość, które wyrosły na bazie tragicznych i przerażających doświadczeń sprawiają, że nie da się jej nie lubić. Kolejna postać, która budzi sympatię to Konrad. Mało w literaturze spotkałam mężczyzn, którzy lubią czytać książki o miłości, bardziej przejmują się innymi niż sobą i mają wysoko rozwiniętą wrażliwość. Paparazzo to mężczyzna silny, ale i czuły, inteligentny i gotowy poświęcić wszystko dla ukochanej osoby. Jednak nie może uwierzyć w przemianę, jaką przeszła Aneta. Z jednej strony widzi jej nowe oblicze, z drugiej ciągle ma w głowie obraz dziewczyny, którą pokochał, a której jak dobitnie widać, już nie ma. W końcu pan Stefan – człowiek milczenia, oaza spokoju i cierpliwości i osoba, która zdaje się znać prawdy życia. Nie odzywa się często, ale sama jego obecność jest wystarczająca. To ona zdaje się mówić, czas leczy rany, a ja czekam z pomocą. Jeśli tylko zechcesz, możesz do mnie przyjść.

Skomplikowane i naznaczone nieszczęściem życie. Wpływ jednej osoby na inne. Uczucia skrywane głęboko na dnie duszy, duszące i obezwładniające. Złe milczenie, które niszczy rodzinę i przyszłość jej członków. Tragedia odbierająca radość życia. Ponowne uczenie się oddychania i egzystowania w świecie. Zmaganie się ze sobą i pokonywanie koszmarów przeszłości. Galopada uczuć od przerażenia, przez miłość, nienawiść, obojętność po nadzieję i radość. Wszystko to odnajdziecie na kartach „A potem przyszła wiosna”. Tutaj akcja dzieje się w człowieku, którego poznajemy, z którym zżywamy się i podążamy, nie wiedząc co przyniesie przyszłość. Mnie klimat książki Agnieszki Olejnik ogromnie przypadł do gustu. Autorka zaserwowała mi to, co lubię najbardziej w literaturze, możliwość wniknięcia w uczucia drugiego człowieka. Zapoznania się z nim i nawiązania więzi. A o takich książkach się nie zapomina. Z nich uczy się zrozumienia bliźniego, cierpliwości, postępowania. Z mojej strony, serdecznie polecam!!!


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.



Agnieszka Olejnik, A potem przyszła wiosna, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2015.

niedziela, 10 stycznia 2016

Nie trać czasu, działaj! - Austin Kleon "Twórcza kradzież. 10 przykazań kreatywności"



„Praca, którą wykonujesz, kiedy się obijasz, prawdopodobnie jest pracą, którą powinieneś się zajmować przez resztę swojego życia”. (Jessica Hische) – s. 64

"Nihil sub sole novum" – nic nowego pod słońcem, rzecze autor natchniony w księdze Koheleta i warto zastanowić się nad tymi słowami. Od wieków ludzie sięgają po różne motywy, tropy, tematy. Niby nic się nie zmienia, bo dzieła cały czas mówią o tym, co w naszym życiu najważniejsze, ale za każdym razem w inny sposób. Co jakiś czas pojawia się pytanie o oryginalność. Dzieła, które noszą w sobie powiew świeżości, oddech nowego. Tymczasem czy faktycznie jesteśmy w stanie stworzyć coś czego jeszcze nie było? Czy w ogóle jest taka potrzeba? Jak tworzyć i być kreatywnym? Jak korzystać z kopalni cudowności, którą dają nam wieki kultury? Na te oraz inne pytania odpowiada w książce „Twórcza kradzież. 10 przykazań kreatywności” Austin Kleon.

Burzy on powszechne podejście do kradzieży, wypowiadając najprostszą prawdę, każdy ma jakieś inspiracje, zaczyna od zera, uczy się, ma swoich mistrzów i nim stanie się samodzielnym twórcą, właśnie na nich się wzoruje. Wskazuje na to, że sięganie do nieograniczonego dorobku wieków to nic złego. Dzieła istnieją po to, by z nich korzystać. To one nas rozwijają, kształtują, sprawiają, że stajemy się tym, kim jesteśmy. Ważne, by z głową karmić się tym, co najlepsze i brać pełnymi garściami, to co oferuje nam przeszłość i teraźniejszość. Możliwości mamy wiele, w dzisiejszym świecie są one tym większe, że niemal nieograniczone. Co prawda lepiej zobaczyć na żywo monumentalne zabytki w Rzymie, ale jeśli nie stać nas na luksus wyprawy do Włoch, zawsze pozostają książki i Internet. Świat jest w zasięgu ręki. Możemy znacznie więcej niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Pora zatem rozwinąć kreatywność i twórczość w nas drzemiącą…




Autor w krótkich ilustrowanych rysunkami, diagramami czy zawierających cytaty rozdziałach daje proste i przejrzyste rady jak wykorzystać śpiący w nas potencjał i stworzyć coś swojego. Przyznam, że z chęcią i uśmiechem czytałam tę książkę, pieczołowicie notując kolejne punkty, które sprawiły, że inaczej popatrzyłam na proces twórczy. Austin Kleon zdecydowanie zmienia nasze spojrzenie na inspirację i twórczość i choćby dlatego warto sięgnąć po tę pozycję a potem skraść nieco rad i wcielić je w życie.



Austin Kleon, Twórcza kradzież. 10 przykazań kreatywności, tłum. Maksymilian Gutowski, wyd. Helion, Gliwice 2013.