poniedziałek, 28 września 2015

Dotknąć duszy - Tove Janson "Wiadomość"


„Jeszcze tylko jedno; i teraz, moja droga przyjaciółko, niech pani słucha bardzo uważnie. Właściwie chodzi wyłącznie o to, żeby nie poddać się zmęczeniu, nigdy nie dopuścić do braku zainteresowania, do obojętności, nigdy nie zagubić swej bezcennej ciekawości, bo wtedy człowiek sam sobie pozwala umrzeć”. – s. 228


 
    Pamiętacie, jak w dzieciństwie słuchając lub czytając baśnie, świat z kart książek niemal ożywał? Postaci stawały się realne, słychać było szum morza czy rzeki, liście kołyszące się na wietrze, kruki lub wilki. Jak zieleń rozpościerała się dookoła, miasta wyrastały przed oczami, grała muzyka, a fantastyczni bohaterowie paradowali wprost przed nami? Wszystko było na wyciągnięcie ręki, żywe, prawdziwe, wspaniałe. Pomyślcie, że jako dorośli dostajecie do ręki książkę, która zabiera was na wspaniałą przygodę i to nie taką z wyobraźni, ale prawdziwą, która może stać się waszym udziałem. Że trzymacie w rękach dzieło wyjątkowe, piękne, klimatyczne, porywające was do całkiem innego miejsca.

   „Wiadomość” to kompilacja tekstów pisanych przez Tove Jansson zarówno na początku jej pisarskiej kariery, jak i w jej końcowym etapie. Autorka tworząc ostatnią książkę, zaprosiła czytelników na spacer przez wszystkie etapy swojej literackiej twórczości. Wyciągnęła rękę, by zabrać odbiorców na wyprawę śladami ludzkich tęsknot, fascynacji, uczuć, marzeń, pragnień, relacji międzyludzkich, poszukiwania siebie, a czasem ciemniejszej strony ludzkiej duszy. Z wielką wprawą łapała i utrwalała ulotne fragmenty życia, zamykając je w literackiej formie. W przejmujący sposób ukazała obraz swojej mroźnej, surowej, melancholijnej ojczyzny. Przeniosła czytelników wprost do Finlandii, gdzie czekają na nich nagie skały, klify, przejmujący zimnem wiatr, wiejący od morza, deszcz, długie wypełnione pustką zimowe dni, letnie wycieczki w słońcu czy niespokojne morze. Czytając kolejne teksty, czułam jakbym tam była. Razem z bohaterami wybierałam się na rejs łódką, szukałam żywego wilka, starałam się zrozumieć budowę domu dla lalek, obserwowałam relacje między kochającymi się, a jednocześnie nieumiejącymi się dogadać postaciami, wkraczałam w świat sztuki i marzeń, podróżowałam. Tove Jansson dała mi się poznać jako wnikliwa obserwatorka nie tylko świata, tego najmniejszego i najbliższego człowiekowi, ale również emocji i uczuć, rodzących się w ludziach. Jako jedna z nielicznych twórców zdobyła moje serce klimatem opisywanych historii. Pewne książki czytamy dla akcji i treści w nich zawartych. Innym razem szukamy mądrości, rozrywki.  W tym wypadku jednak chodzi o coś innego.  Razem z autorką wędrujemy i jesteśmy przy bohaterach, czujemy to co oni i właśnie to zajmuje naszą uwagę. Jesteśmy w stanie wejść w świat wewnętrzny postaci bez najmniejszych problemów i poczuć atmosferę północnej krainy.

   Zadziwiająca jest magia, którą raczy nas Tove Jansson. „Wiadomość” jest jak dobre wino, trzeba się nią raczyć powoli i z namysłem, dopiero wówczas można docenić cały bukiet emocji i refleksji w niej zawartych. Lektura zbioru opowiadań fińskiej autorki była niczym podróż do czasów dzieciństwa, gdy książki tętniły życiem i czarem, była jak wycieczka do innej rzeczywistości! Pisarka z malarską precyzją i polotem odmalowała miejsca i bohaterów, małe sytuacje, które często pomijamy w ferworze dnia codziennego, a które są szalenie ważne. Pięknym i poetycki językiem nakreśliła świat, który jest na wyciągnięcie ręki, majestatyczny, realny, klimatyczny.

   „Wiadomość” Tove Jansson to książka, którą trzeba przeczytać. Nawet nie po to, by poznać ciekawe historie, ale przenieść się do Skandynawii i ruszyć szlakiem ludzkiej duszy, marzeń, pragnień, uczuć. Gorąco polecam każdemu bez wyjątku J.



Tove Jansson, Wiadomość, przeł. Teresa Chłapowska, Justyna Czechowska, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2015.

piątek, 25 września 2015

The Name Book Tag

Marta i Kacper z Książkoholizmu zaprosili mnie do wzięcia udziału w zabawie. 

The Name Book Tag - to tag, który polega na tym, by wybrać książki, których tytuły zaczynają się na kolejne litery z naszego imienia. Co do wyboru, to pole manewru jest dość szerokie, bo nie muszą to być lektury, które się przeczytało czy bardzo lubi. Można zaprezentować pozycje, które czekają na przeczytanie lub które kupiliśmy bądź zamierzamy kupić, słowem co tylko chcemy :). Pamiętam jak oglądałam filmiki na zagranicznym yt i zastanawiałam się, jakie pozycje bym wpisała, zwłaszcza że moje imię mi sprawy nie ułatwia ;) ale na szczęście Remigiusz Mróz i Beck Weathers pospieszyli mi z pomocą i będę mogła się z Wami podzielić moimi propozycjami :) A zatem, zabawę czas zacząć :)

EWELINA

E jak "Ekspozycja" Remigiusz Mróz a jak! :D

Oczywiście, od czego mogłam zacząć ;)? Przecież wiadomo, że od Remigiusza Mroza :D. "Ekspozycja" to lektura wielce niebezpieczna, przy której nikt nie wychodzi cało. Wszelkie sporty ekstremalne to grzeczny spacerek w porównaniu z tym, co odnajdziemy na kartach tej książki, bo co strona to coraz wyższe ciśnienie, większe wrażenia, spotęgowane napięcie, palpitacja serca, nerwowe obgryzanie paznokci i nadzieja na to, że bohaterowie wyliżą się z tarapatów :). Słowem ogromna dawka akcji, emocji, ciekawej kryminalnej historii opakowana w mrozowy humor :).






W jak "Wiadomość" Tove Jansson"

Ta książka nie należy do pozycji, które można zaszufladkować. Sama dojrzewam do tego, by ją zrecenzować, gdyż wcale nie jest to takie łatwe. Jest to zbiór opowiadań, które są całkiem inne od tego, co zazwyczaj czytam. W zasadzie mogę powiedzieć, że spotkałam w życiu tylko kilka książek, które silniej oddziaływały na mnie swoim klimatem niż treścią. Tove Jansson to mistrzyni wpuszczania czytelników do świata tworzonego w swojej wyobraźni. Rzecz naprawdę wspaniała i godna uwagi.







E jak "Everest na pewną śmierć" Beck Weathers, Stephen G. Michaud


Wczoraj byłam na filmie i powiem szczerze, że jestem ogromnie ciekawa tej książki!!! Jeśli jest coś od czego jestem uzależniona tak jak od książek, to zdecydowanie są to góry. Historia opowiedziana przez człowieka, który o mało nie stracił życia i był uczestnikiem oraz świadkiem tego, co działo się 10 maja 1996 roku, musi być wciągająca. Zwłaszcza, że podejmuje próbę odpowiedzi na pytanie, po co chodzimy po górach. A znalezienie takiej odpowiedzi to w pewnym sensie łapanie ulotnego... Liczę na wspaniałe, pełne przeżyć 308 stron :)






L jak "Lotnisko w Monachium" Greg Baxter

Lubię wgląd w ludzką duszę. Pociągają mnie tematy związane z emocjonalnością człowieka. O "Lotnisku w Monachium" słyszałam same dobre rzeczy. Powieść o samotności, utracie, byciu outsiderem. Wniknięcie w kondycję współczesnego człowieka, zagubionego i żyjącego w świecie fast, świecie konsumpcjonizmu i wyobcowania. Rzecz, która mam nadzieję, okaże się jeszcze lepsza niż podejrzewam.








I jak "Igrzyska śmierci" Suzanne Collins

Cóż, ciężko znaleźć coś na literę "i" ;). Wybrałam "Igrzyska śmierci" i myślę o nich jako o całej trylogii. Książki wciągnęły mnie i z zapartym tchem śledziłam losy Katniss. Sam pomysł przypadł mi do gustu, akcja była wartka, a sentyment pozostał po tym, że było to moje pierwsze spotkanie z dystopią i to początkowo za sprawą filmu. Książka Suzanne Collins pobudziła moją wyobraźnię, znalazłam swoje sympatie i antypatie, szukałam odpowiedzi na pojawiające się pytania. Od "Igrzysk śmierci" zaczęło się poszukiwanie książek o podobnej tematyce i przygoda z young adult :)






N jak "Niewierna" Reyes Monforte

Kiedy przeczytałam blurba, byłam zaintrygowana. Nie spodziewałam się jednak, że trafię na książkę, która ogromnie mnie zaskoczy. Nigdy nie podejrzewałabym, że miłość może w pewien sposób zaślepiać tak, że nie widzi się niebezpieczeństwa, że są oszuści doskonali, o których się niektórym nawet nie śniło, a radykalizm i fundamentalizm istnieje w najgorszej postaci całkiem blisko. "Niewierna" to wstrząsająca historia kobiety, która pragnęła kochać a znalazła się na samym dnie piekła, z którego nie ma wyjścia. Potężna dawka emocji oparta na prawdziwej historii.






A jak "Antipolis" Tomasz Fijałkowski

Największe zaskoczenie dla kogoś, kto nie jest fanem fantastyki. Tu Autor taki sympatyczny, dedykacja urocza a blurb ogromnie intrygujący. Miałam nadzieję, że mi się spodoba, a tu po prostu, bum! Czytałam jak zaczarowana, pytania mnożyły mi się w głowie, klimat przenikał do głębi, historia niemal namacalna, po prostu świetna książka! Nie podejrzewałam, że tak mocno wsiąknę w "Antipolis" i że po skończeniu będę od razu chciała więcej!!! Jeśli fantastyka pisana jest w takim stylu, to proszę o więcej!!!






To by było na tyle :). Jeszcze raz dziękuję Marcie i Kacprowi za zaproszenie, link do Ich tagu znajdziecie tutaj, a ja zapraszam do zabawy Agnieszkę z Obsesyjnej Biblioteczki i wszystkich, którzy chcieliby przyłączyć się do zabawy :).

poniedziałek, 21 września 2015

Jesienny kącik czytelniczy czyli kilka lektur na złotą polską czy deszczową jesień




Nieważne czy mamy złotą polską jesień, z pięknymi słonecznymi dniami czy też za oknem leje deszcz, a wieczory są szare, zimne i melancholijne. Czytać zawsze warto. Postanowiłam zatem przedstawić kilka książek, które umilą Wam czas podczas jesiennych dni :-).









1. Deborah Install, Robot w ogrodzie, przeł. Zbigniew Zawadzki, Wydawnictwo WAM, Kraków 2015.
(recenzja tutaj)

"Ben jest dobrym i miłym facetem, ale uciekającym wciąż przed odpowiedzialnością. Nie chce mieć dzieci, unika pracy, niczego nie kończy. W pewnym momencie jego życia Amy traci cierpliwość i postanawia od niego odejść.
W ich ogrodzie niespodziewanie pojawia się uszkodzony robot. Ben decyduje się nim zająć i naprawić go. Ich niezwykła przyjaźń pozwoli zmierzyć się Benowi z przeszłością i dostrzec to, czego zabrakło w jego relacji z ukochaną."


2. Sue Monk Kid, Sekretne życie pszczół, przeł. Andrzej Szulc, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2005.

"Kilkunastoletnia Lily jest wychowywana przez chłodnego i agresywnego ojca. W dodatku żyje w poczuciu winy, podejrzewając, że w dzieciństwie przyczyniła się do śmierci matki.
Jej los odmieni się jednak, gdy w poszukiwaniu akceptacji i ciepła ucieknie z domu. W miasteczku Tiburon w Karolinie Południowej - u boku trzech czarnoskórych kobiet pracujących jako pszczelarki, niepospolitych i mądrych - znajdzie prawdziwą rodzinę. A może także miłość swego życia..." 


3. Sofia Caspari, W krainie kolibrów, tłum. Paulina Filippi-Lechowska, wyd. Otwarte, Kraków 2015. 

"Latem 1863 roku Anna i Viktoria zaprzyjaźniają się na statku do Argentyny - ówczesnej ziemi obiecanej dla tysięcy Europejczyków. Młode kobiety dzieli prawie wszystko. Zakochana Viktoria płynie do swego męża Humberta, syna bogatego właściciela ziemskiego. Nie martwi się o swój los, rozkoszuje się luksusową podróżą, śmieje się głośno i odważnie patrzy życiu w oczy. Anna jest służącą - ma dołączyć do bliskich, którzy już od roku mieszkają w Buenos Aires. Jej serce wypełnia obawa przed nieznanym.
W odległym kraju, z którym obie kobiety wiążą wielkie nadzieje, ich drogi z początku się rozchodzą. Przyszłość Viktorii będzie pełna zaskoczeń, Annę zaś czekają złe wieści..."

4. Magdalena Wala, Przypadki pewnej desperatki, seria z babeczką, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań 2015. 
"Narzeczony Julii to ideał: kocha dziewczynę na zabój i ofiarowuje jej miłość do grobowej deski, a ponadto jest spadkobiercą starego pałacyku. Materiał na scenariusz o księżniczce i rycerzu na białym koniu? Na wielkie love story z happy endem?
W pałacyku narzeczonego Julia znajduje pamiętnik pensjonarki, służącej na dworze księżnej Izabeli Czartoryskiej. Kryminalna zagadka relacjonowana przez autorkę pamiętnika coraz bardziej pochłania uwagę dziewczyny i rozbudza jej detektywistyczne zacięcie."

5. Sarah Waters, Za ścianą, przeł. Magdalena Moltzan-Małkowska, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

"Londyn 1922 rok. Świat jeszcze się nie otrząsnął z wojennej zawieruchy, a już zbierają się nad nim kolejne chmury. Ludzie stracili złudzenia i domagają się zmian. Tymczasem na południu miasta, w eleganckiej dzielnicy Champion Hill, w domu gdzie wspomnienia wojny są wciąż żywe, życie ma się zmienić z dnia na dzień nie do poznania. 
Owdowiała pani Wray i jej dwudziestosześcioletnia córka Frances - niezamężna, o intrygującej przeszłości i widokach na staropanieństwo - są zmuszone przyjąć lokatorów. Przybycie Lilian i Leonarda Barberów, młodego, nowoczesnego małżeństwa z "klasy urzędniczej", wnosi niespodziewany chaos w ich szarą rzeczywistość: hałaśliwą gramofonową muzykę, atmosferę nieustannej zabawy i koloryt. Zaintrygowana Frances zagląda do ich życia przez uchylone drzwi i nasłuchuje odgłosów zza ściany. Kiedy nieoczekiwanie zaprzyjaźnia się z Lilian, lojalność obu kobiet wobec bliskich staje pod znakiem zapytania. Rodzi się wiele pytań, jedna strona wraca do przeszłości, druga otwiera zupełnie nowy rozdział. I nikt nie jest w stanie przewidzieć, jaki to wszystko znajdzie finał."

6. Jandy Nelson, Oddam ci słońce, tłum. Dominika Cieśla-Szymańska, wyd. Moondrive, Kraków 2015.

"Jude - Pełna energii buntowniczka zabiegająca o uwagę matki. Samotna i skrycie romantyczna. Podjęła wiele złych decyzji, których skutki musi ponieść. Kiedyś brat bliźniak był jej najlepszym przyjacielem...
Noah  jest nieśmiały i delikatny. Skonfliktowany z ojcem, silnie związany z matką. Zakochany w sztuce. Marzy o tym, żeby zostać artystą. Jednak staje się kimś, kim nigdy nie chciał być. Kiedyś on i Jude jego siostra bliźniacza byli nierozłączni..."



7. Reyes Monforte, Okrutna miłość, przeł. Zbigniew Zawadzki, Wydawnictwo WAM, Kraków 2014. 
(recenzja tutaj)

"To był moment. Reszta muzyków stroiła instrumenty. Peter uniósł rękę do węzła krawata i rozluźnił go. Odchylił głowę z lewej strony na prawą i rozpiął górne guziki białej koszuli. Pomyślała: chcę spędzić z nim resztę życia. 
Wystarczyły cztery lata, aby zmienił jej życie w piekło. 
-Mami, mami - krzyknęła słodko Victoria, zbliżając buzię do słuchawki. - Mami, kocham cię. Gdzie jesteś? Dlaczego nie przyjeżdżasz?
Okrutna miłość to prawdziwa historia o poświęceniu i odwadze kobiety, której miłość do dziecka nie zna granic. Po latach upokorzeń, oszustw i przemocy doświadczanej ze strony męża, María postanawia zrobić wszystko, by ochronić przed nią swoją córeczkę. Prawdziwy dramat rozpoczyna się jednak, gdy prawo, zamiast je bronić, zaczyna im zagrażać."

8. H.J. Rahles, Nieskończoność, przeł. Anna Klingofer, Wydawnictwo Egmont, Warszawa 2013. 

"Jest rok 2264. Mroczna Ziemia już minęła. Średnia długość życia człowieka to sto pięćdziesiąt lat. Większość pracy wykonują roboty. Prawie wszyscy ludzie posługują się mózgołączem, które pozwala im na zapisywanie wspomnień w globalnej bazie danych. Zaimek osobowy "ja" wyszedł z użycia. W tym stechnokratyzowanym społeczeństwie miłość jest czymś niepożądanym.
Finn Nordstrom, dwudziestosześcioletni historyk i tłumacz martwego języka niemieckiego zostaje poproszony o zbadanie tajemniczego znaleziska - dziennika dziewczyny z XXI wieku.
Tymczasem w innej czasoprzestrzeni Eliana odwiedza ulubioną berlińską księgarnię. Spotka w niej przystojnego mężczyznę, który nie wie... do czego służy guma do żucia.
Co połączy tych dwoje? Niezwykła opowieść o uczuciu rodzącym się wbrew rozumowi."

9. Tara Conklin, Służąca, przeł. Justyna i Sławomir Studniarz, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2015.

"Lina Sparrow, młoda i ambitna prawniczka zatrudniona w znanej kancelarii na Manhattanie, otrzymuje zadanie, które może ją wywindować na szczyt palestry: ma przygotować zbiorowy pozew o wielomilionowe odszkodowania dla potomków amerykańskich niewolników.
Podczas zbierania materiałów, Lina natrafia na ślad Lu Anne Bell, XIX-wiecznej malarki. Czy jej obrazy mogły być dziełem ciemnoskórej służącej, siedemnastoletniej Josephine? Jej potomek byłby idealnym powodem w procesie. Lina postanawia dowiedzieć się czegoś więcej na temat losów młodej służącej i odkrywa kolejne sekrety dotyczące również jej własnej rodziny..."

10. Tove Jansson, Wiadomość, przeł. Teresa Chłapawska, Justyna Czechowska, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2015. 

"Wiadomość - książka wydana po raz pierwszy w oryginale w 1997 roku - była pożegnaniem Tove z twórczością pisarską, ostatnią wiadomością wysłaną do czytelników. Wyboru dokonała sama Tove Jansson. Tworzą one swego rodzaju portret jednej z najbardziej twórczych artystek XX wieku."








11. Remigiusz Mróz, Ekspozycja, Wydawnictwo Filia, Poznań 2015.
(recenzja tutaj)

"Pewnego ranka turyści odkrywają na Giewoncie makabryczny widok - na ramionach krzyża powieszono nagiego mężczyznę. Wszystko wskazuje na to, że zabójca nie zostawił żadnych śladów. 
Sprawę prowadzi niecieszący się dobrą opinią komisarz Wiktor Forst. Zanim tamtego ranka stanął na Giewoncie, wydawało mu się, że widział w życiu wszystko. Tropy, jakie odkryje wraz z dziennikarką Olgą Szrebską, doprowadzą do do dawno zapomnianych tajemnic...
Winy z przeszłości nie dadzą o sobie zapomnieć. Okrutne zbrodnie muszą zostać odkupione."



12. Wojciech Werhun, Kwadrans uważności - ćwiczenia duchowe, Wydawnictwo WAM, Kraków 2015. - czyli w ramach książek z duszą coś dla chcących się rozwijać :-)  (zernknijcie tu)

"Potrzebujesz zwolnić? Daj sobie kwadrans. Czas tylko dla Ciebie. Żeby się zatrzymać. Żeby odkryć prawdę o sobie. Żeby znaleźć to, czego pragniesz.  
49 ćwiczeń na uważność to indywidualny program rozwoju osobistego i duchowego. 
Nauczysz się trwać w obecności Boga, staniesz się kimś wdzięcznym i świadomym siebie. Każdy etap ćwiczeń wprowadzi cię na głębszy poziom relacji z Bogiem i samym sobą". 

Cytaty pochodzą z okładek książek :)
Miłego jesiennego zaczytania :)

niedziela, 20 września 2015

Spacer z autorem - Remigiusz Mróz :-)


Remigiusz Mróz jest niewątpliwie jednym z najlepszych współczesnych pisarzy. Żaden gatunek mu nie straszny. Niczym mitologiczny Midas zmienia w złoto wszystko, czego się dotknie. Jego książki zaskakują z pozycji na pozycję. Z każdym nowym tytułem jest lepiej, choć wydaje się to nieprawdopodobne. Mocne, niezwykle żywe i charakterne postaci, wciągająca akcja, która nie daje czytelnikowi złapać oddechu, świetny język i doskonały humor to tylko niektóre z cech książek autora. Jakim jest człowiekiem? O czym marzy? Jak pracuje nad kolejnymi książkami i co chciałby przekazać swoim czytelnikom? Przekonajcie się sami J. Zapraszam na spacer z Remigiuszem Mrozem J




 1. Obserwując Pana na Warszawskich Targach Książki, zastanawiałam się, jakim człowiekiem jest Remigiusz Mróz?

Zwyczajnym. A w tamtym konkretnym momencie zadowolonym, bo siedzącym przy stoliku i cieszącym się z tego, że jego książki wywołują u innych emocje.

2. Niejednokrotnie można zobaczyć Pana zdjęcia z górskich wojaży. Czym dla Pana są góry? Inspiracją? Miejscem wypoczynku? Co daje Panu zdobywanie kolejnych szczytów?

Temat rzeka! Góry postrzegam przede wszystkim na płaszczyźnie osobistej, choć to w naturalny sposób przekłada się na tę literacką. Są więc przede wszystkim miejscem (być może jedynym), gdzie przez dłuższy czas nie myślę o książce, nad którą aktualnie pracuję. Miejscem, które pozwala oderwać się od codzienności i nabrać trochę perspektywy – do życia, pisania, właściwie do wszystkiego.
Jednocześnie trudno je od samego pisania oddzielić, skoro człowiek czuje się z nimi w jakiś sposób związany – Ekspozycja stanowiła jedynie preludium do tego górsko–książkowego związku, ale akcja drugiego tomu rozgrywa się już w całości w Tatrach Wysokich, polskich i słowackich.
Co do zdobywania szczytów – nie ma chyba dobrej, wyczerpującej odpowiedzi na to pytanie. Każdy chodzący po górach wie, dlaczego pnie się coraz wyżej i wyżej, ale właściwie trudno to wytłumaczyć. Gdyby chodziło o same widoki, nie chodzilibyśmy w niepogodę. Gdyby chodziło o stawianie sobie wyzwań, znalazłoby się dużo innych, bardziej wymagających. Jest w tym coś więcej. Coś niedookreślonego – coś, co sprawia, że ludzie od pokoleń próbują zdobywać najwyższe szczyty.



3.  Jakie nieliterackie marzenia ma Remigiusz Mróz?

Chyba takie, jak każdy inny człowiek – być szczęśliwym, żyć spokojnie w otoczeniu bliskich, nie martwiąc się o przyszłość.

4.  Tworzy Pan w książkach świetne duety damsko-męskie, a jednak nie widzimy rozwijających się związków, dlaczego? Czy w kolejnych książkach, np. „Zaginięciu” będziemy mogli obserwować rozwój relacji między bohaterami?

Tam, gdzie sytuacja pozwala, staram się rozwijać i postacie, i związki między nimi. W jednym tomie zazwyczaj trudno to zrobić, stąd na przykład ewolucyjny charakter relacji Chyłki i Kordiana czy równia pochyła, na której znajdzie się Wiktor Forst.
W Zaginięciu rzeczywiście relacja dwójki głównych bohaterów postępuje naprzód, choć bynajmniej nie w linii prostej. Ciekawi mnie ogromnie, jak odbiorą to czytelnicy i jak będą zapatrywać się na to, co dalej będzie czekało duet z kancelarii Żelazny & McVay. Sprawa jest rozwojowa, a dla autora obserwowanie kierunku, w którym zmierza, to czysta przyjemność.

5. Remigiusz Mróz nie zamyka się w jednym gatunku, nie lubi być szufladkowany. Jednocześnie doskonale radzi sobie z różnymi typami książek. Czy ma Pan ulubiony i znienawidzony gatunek literacki?

Thriller lub kryminał, a najlepiej coś pośrodku, gdzie występuje odpowiednia dawka suspensu, ale autorowi udało się wyważyć proporcje na tyle odpowiednio, by poziom zainteresowania czytelnika nie spadł poniżej krytycznej granicy. Znienawidzonego gatunku nie mam, choć gdybym poczytał najnowsze bestsellery literatury erotycznej, może zmieniłbym zdanie.

6. Gdyby miał Pan stworzyć kanon, powiedzmy 5 książek, które koniecznie trzeba przeczytać, jakie tytuły, by Pan wymienił i dlaczego?

Nie wiem, czy uda mi się wymienić tylko pięć – a tym bardziej, czy uda mi się wymyślić właściwe kryteria. Może przyjmę koncepcję refleksyjno–rozrywkowo–historyczno–literacką, żeby wszystko było na miejscu.
Traktat o łuskaniu fasoli Wiesława Myśliwskiego – by poświęcić życiu trochę refleksji.
Ostatnie królestwo Bernarda Cornwella – by wyrwać się ze świata na historyczną przygodę.
Dallas ’63 Stephena Kinga – by wyrwać się ze świata, tym razem na przygodę w czasie.
Listy do młodego pisarza Mario Vargasa Llosy – by zanurzyć się w świecie pisania.
Boże igrzysko Normana Daviesa – by sprawdzić, w jakim kraju się żyje.

7. Czytelnicy są stale zaskakiwani książkami, które Pan pisze. Kiedy wydaje się, że nie może być lepiej, nagle okazuje się, że poprzeczka znów została podwyższona. Jaka jest recepta na coraz to lepsze pozycje?

Nie wiem, nikt nie wie! Każdy pisarz liczy na to, że następna książka będzie podobała się czytelnikom bardziej niż poprzednia – właściwie przecież właśnie po to piszemy kolejne pozycje. Ale jak to osiągnąć? Być może się nie da, bo gusta są tak zróżnicowane, że nie sposób wyciągnąć ze wszystkich opinii jednej, obiektywnej prawdy. Z pewnością jednak pomaga ciągła praca nad sobą i próba samodoskonalenia – jeśli choć jedna osoba zobaczy progres, autor ma poczucie, że rzeczywiście się rozwija.

8. Bohaterowie Pana książek są bardzo mocnymi, charakternymi osobowościami, od czego zwykle zaczyna Pan tworzenie takich postaci?

W ogóle ich nie tworzę, podobnie jak historii. Jestem protokolantem zarówno dla bohaterów, jak i rozwijającej się fabuły. W trakcie pracy nad książką mogę mieć tylko nadzieję, że uda mi się opowiedzieć tę historię jak najlepiej – ale nie jest tak, że zamykam oczy, siedzę i ją wymyślam. Ona już gdzieś istnieje, zupełnie niezależnie ode mnie.

9. Stawia Pan swoich bohaterów przez lawiną trudnych wydarzeń. Czasem odnosi się wrażenie, że wprost piętrzy Pan przeszkody i rzuca kolejne kłody pod nogi, czyżby nie lubił Pan tworzonych przez siebie postaci?

Jako protokolant nie mam na to wielkiego wpływu. Czasem dwoję się i troję, by coś nie skończyło się tak, jak życzy sobie tego opowiadana historia, ale ostatecznie po prostu inaczej się nie da. Bywają momenty, kiedy myślę sobie: „Nie, tego nie można zrobić tej postaci. Wszystkim innym tak, ale tej nie”, jednak ostatecznie nie mam wielkiego wyboru. Podobnie jest w sytuacji, kiedy wiem, że jakiś element powinien się w książce pojawić  – i byłoby dla niej znacznie lepiej, gdyby tak się stało. Tyle tylko, że tak się nie stało. A cała rzecz sprowadza się do pisania, a nie dopisywania.

10.   Który etap pracy nad książką sprawia Panu największą radość?

Są dwa takie momenty. Pierwszy przychodzi mniej więcej w jednej czwartej, może jednej trzeciej opowiadanej historii. Czuję wtedy, że książka zaczęła już żyć własnym życiem – i odnoszę wrażenie, że gdybym przestał ją pisać, napisałaby się sama. To miła świadomość, bo zdejmuje z autora całą presję.
Drugi moment jest jednak jeszcze lepszy. To chwila, w której nagle wszystko układa się w logiczną całość. Występuje na różnych etapach pracy, ale sprowadza się do tego samego – wszystkie rozbite elementy układanki układają się w całość tak ciasno, że autor od razu wie, iż widzi cały obraz.

11. Jak Remigiusz Mróz odnajduje się w promowaniu swoich książek? Co w promocji lubi Pan najbardziej?

Spotkania z czytelnikami, bezapelacyjnie. To niesamowita sprawa, bo wówczas spotykają się dwie osoby, które mimo że wcześniej się nie znały, umówiły się między sobą na wyjątkową relację. Autor zobowiązał się do zapewnienia ram opowieści, a czytelnik do wypełnienia ich swoją wyobraźnią. Taka relacja nie występuje przy żadnym innym środku przekazu – w filmach czy serialach mamy obraz, tutaj jedynie słowa, które kształtu nabierają dopiero w czyimś umyśle.

12. Ekspozycja” wywołała masę emocji u czytelników, śmiało można ja nazwać Pana najlepszą książką, skąd pomysł na taki temat?

Zawsze chciałem napisać coś, co poruszałoby tematy zawarte w Ekspozycji – coś związanego z antyczną zagadką, naszą przeszłością czy w końcu coś wpisanego w górski krajobraz. Poza tym potraktowałem to jako pewien eksperyment, bo zacząłem pisać z założeniem, że przyjmę mocno sensacyjne tempo i nie będę stopował rozwijającej się historii. Sam trup na Giewoncie pojawił się w mojej wyobraźni, kiedy pewnego razu przyjechałem do domu z kilkudniowego wypadu w Tatrach. Pewnie było to jakieś odzwierciedlenie górskiej melancholii.

13. Na koniec, co chciałby Pan przekazać swoim czytelnikom?

Że są, bez dwóch zdań, najlepsi.





Serdecznie dziękuję Panu za odpowiedzi i życzę dalszych literackich sukcesów J. Zdjęcia pochodzą z archiwum Autora.

sobota, 19 września 2015

Szalona historyczka w opałach - Magdalena Wala "Przypadki pewnej desperatki"


„Był dziwnym przedstawicielem  swojego gatunku. Miał wszystko: pracę, mieszkanie, dziewczynę (chwilowo byłam to ja), było nam razem dobrze – a jemu zachciało się żenić lub przynajmniej doprowadzić do tego, bym u niego zamieszkała. To ostatnie mogę jeszcze zrozumieć – miałby praczkę, sprzątaczkę i kochankę w jednej osobie, na stałe, na dodatek za darmo! Ale po co ślub? Na miłość boską, miał zaledwie dwadzieścia sześć lat i dużo czasu na stabilizację. W każdym razie ja miałam”. – s. 19

   To moja pierwsza książka z „serii z babeczką” i pierwsza od jakiegoś czasu lekka lektura. Przyznam, że rzadko czytam typowo babskie książki, ale tu zaciekawił mnie tytuł. Pomyślałam, że może być zabawnie, szczególnie po zapoznaniu się z tym, o czym jest lektura i ładnie uśmiechnęłam się do Wydawnictwa Czwarta Strona. Książka doszła i muszę powiedzieć, że to był strzał w dziesiątkę! J

   Julia Mężyk jest na pierwszym roku studiów magisterskich na wydziale historii. Trzeba podkreślić, że badanie przeszłości nie jest tylko kierunkiem jej studiów. Bohaterka autentycznie oczarowana jest tym, co działo się kiedyś i ma ogromne upodobanie do odwiedzania ruin, starych cmentarzy i radosnego buszowania po wszelkiej maści piwnicach i strychach w celu odnajdywania skarbów. Nie, nie chodzi o antyki, biżuterię ani inne cenne rzeczy. Najbardziej interesują ją pamiętniki, stare listy, dokumenty, których nikt nie miał jeszcze w swoich rękach. Odkrywanie tajemnic, które skrywają mroki czasu. Z pasją zagłębia się w dawne historie, którymi żyje pomiędzy uczęszczaniem na zajęcia, prowadzeniem lekcji, zmaganiami z chimeryczną dyrektorką i ze swoim chłopakiem, ogarnianiem domu i tysiącem innych rzeczy.

   Wybryki znajomych głównej bohaterki, szczególnie zaś bliźniaków Wacka i Krzysia dawały mi wiele okazji do uśmiechu i przyprawiały o lekkie ukłucie zazdrości, że takich numerów nie było u mnie na studiach. Choć zastanawiam się, czy by przeszły ;). Zgrana paczka przyjaciół lubiących ploteczki i nabijająca się z Aśki Karpackiej chyba najbardziej infantylnej i pustej postaci w tej książce, która swoimi pomysłami sprawiała, że szczęka opadała mi z powodu braku używania przez nią organu potocznie zwanego mózgiem, zyskała moją gorącą sympatię. W reakcji na poczynania wspomnianej studentki nie byłam osamotniona, gdyż bohaterowie mieli podobnie ;). Szkolne wariactwa szanownej młodzieży, która bywa postrachem nauczycieli i całkiem ciekawe i rozbrajające reakcje historyczki bawiły mnie i sprawiły, że doszłam do wniosku, że nigdy nie można być pewnym tego, co nastolatkowie jeszcze wymyślą. Ten wniosek tylko utwierdziły perypetie Andrii, siostry narratorki. Imprezy organizowane przez rozrywkowego kujona czyli Emilkę, najlepszą przyjaciółkę Julii a do tego kwestia zbliżającego się małżeństwa z Pawłem stanowiły kolejne odsłony tej historii. Dodajmy do tego wątek związany ze znalezionym na strychu w Lubiczy pamiętnikiem niejakiej Agnety i popełnianymi w jej otoczeniu morderstwami i mamy „Przypadki pewnej desperatki”.

   Nie mogę powiedzieć, że jestem fanką historii i z zapałem czytałam pamiętnik Agnety. W zasadzie pochodziłam do niego trochę jak sama bohaterka, pewne ustępy przyciągały moją uwagę, inne już nie, choć uświadamianie panien co do obowiązków małżeńskich nieco mnie rozbawiło. Ale takie były czasy ;). Owszem zastanawiałam się, kto jest sprawcą morderstw, które dość szybko się wyjaśniły. Najmocniejszym punktem tego wątku były kartki z cytatami z Pisma Świętego, dodające popełnionym czynom aury tajemniczości i pobudzające wyobraźnię, dlatego nieco szkoda mi, że wątek tak szybko został rozwiązany. Rekompensatą były za to szkolne i osobiste perypetie narratorki, która z humorem i ironią opowiada o swoim życiu.

   Julii nie nazwałabym stanowczo desperatką. Jeśli już to kochaną zołzą J. Trzeba przyznać, że jest to dość barwna postać, która ma ognisty charakterek, co widać na kartach książki. Z finezją potrafi sprowadzić Pawła do parteru, nieźle mu dogryźć, podporządkować sobie niesforną siostrę i szalenie pomysłowych gimnazjalistów. Choć czasami może i przesadza, to nie jest na pewno wredną babą. Ma swoje zdanie i nie waha się go wypowiedzieć. Do tego ma niezwykły dar przyciągania kłopotów, bo a to spadnie w klasie telewizor i tynk posypie się na jej głowę, a to mało uczeń nie zabije jej krzesłem. Poza tym to dość żywiołowa dziewczyna, która jest raczej domatorką i w przeciwieństwie do jej koleżanek wcale nie marzy o ślubie i ustatkowaniu się, a wierzcie mi jej mężczyzna jest kimś, kogo chciałaby mieć przy sobie większość płci pięknej. Z czasem jednak nieco się zmienia i z lekkim zdenerwowaniem i załamaniem stwierdza, że nie jest tak źle jak wydawało się na początku.

   Paweł, cóż jak już wspomniałam niemal chodzący ideał. Ze stoickim spokojem znosi fochy i wszelkie życzenia swojej kobiety. Wysoki, przystojny, silny, zaradny i zawsze gotowy do pomocy. Czasami znajduje się na miejscu, by wybawić ukochaną z opresji, nawet gdy ona nie dzwoni. Po prostu właściwy człowiek, na właściwym miejscu i we właściwym czasie. Opanowany, szarmancki, uroczy, rozpieszczający narratorkę, po prostu doskonały. Trzeba mu przyznać, że jest mocno zakochany w bohaterce i nie szczędzi wysiłków, by postawić na swoim i uczynić ją żoną. Zdarza mu się nieco manipulować lub stawiać ją przed faktem dokonanym, ma też swoje wady, ale jeśli nawet Julia przyznaje, że są nieliczne, śmiało można go zaliczyć w poczet facetów, których chciałoby się spotkać na swojej drodze ;).

   Również pozostali bohaterowie, choć autorka nie poświęca im tak dużo czasu i są to raczej postaci drugoplanowe, wnoszą powiew żartobliwości i oryginalności do książki. Przyznam szczerze, że chętnie spotkałabym się z paczką Julii, a na pewno chodzenie na zajęcia z takimi osobowościami byłoby bardzo ciekawe.

   Magdalena Wala zaserwowała czytelnikom lekką, pełną ciepła i humoru opowieść pisaną prostym, współczesnym językiem. Podobało mi się, że w „Przypadkach pewnej desperatki” odwróciła role i to Paweł jest tym, który pragnie ślubu i wspólnego życia.  Julia zaś nie tyle waha się, co właściwie dochodzi do wniosku, że jest za młoda na małżeństwo, zakładanie rodziny, bycie żoną i matką. Postanawia zatem wszelkimi możliwymi sposobami odwieść swojego partnera od naciskania na zdeklarowanie się i udzielenie odpowiedzi na jego niedawne oświadczyny. Przeplatając wątek miłosny studencko-szkolnymi przygodami, autorka stworzyła naprawdę dobrze czytającą się lekturę, która bez wątpienia poprawia humor i jest świetną pozycją na pochmurne i deszczowe jesienne wieczory. W moim przypadku to właśnie wyżej wspomniane wątki królowały podczas lektury, spychając nieco tajemnicę związaną z pamiętnikiem Agnety, która była miłym, ale jedynie małym urozmaiceniem. Jeśli zatem chcecie odpocząć, poczytać coś przy czym uśmiechniecie się nieraz i lubicie babską literaturę (w końcu seria z babeczką :D) to gorąco zachęcam do zapoznania się z „Przypadkami pewnej desperatki” dobra zabawa murowana ;)!


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuje Wydawnictwu Czwarta Strona



Magdalena Wala, Przypadki pewnej desperatki, seria z babeczką, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2015.

czwartek, 17 września 2015

Milczenie Temidy - Reyes Monforte "Okrutna miłość"


„Wyrzucał wszystko w powietrze, nie mierząc w żadnym określonym kierunku, rozbijał o podłogę albo o ściany, a jeśli coś się opierało jego niszczycielskiej sile, dokańczał dzieła kopniakami. Przy tym straszliwym wysiłku z jego ust wytryskiwały krople śliny niczym pociski. (…) Wściekłość rozpaliła zwykle różowy odcień jego skóry, zamieniając go w czerwień o zabarwieniu pomarańczowym. (…) Ten mężczyzna przemieniony w bazyliszka nie mógł być tym samym, z którym wzięła ślub i którego dziecka się spodziewała. (…) Z tego stanu iluzji, pełnego wymyślonych i nierealistycznych zwrotów myśli i uzasadnień tego, co się dzieje, wytrącił ją cios w twarz, który zadał jej mąż.” – s. 77-78 
   To już moje drugie spotkanie z książką Reyes Monforte i po raz kolejny czuję się niesamowicie wciągnięta w historię, po raz kolejny przeżywam masę emocji i zachodzę w głowę, że takie rzeczy dzieją się na świecie, w cywilizowanym XXI wieku…, bo historie, które opisuje autorka są prawdziwe. Porywają i przerażają jednocześnie, powodują bieganinę myśli, jak to tak? Nagle bowiem staje się wobec całkowitego osamotnienia bohaterki, słusznej walki o dobro dziecka, która przypomina walkę z wiatrakami i wobec przenikającej do głębi bezsilności wszelkich organów, by nie rzec nieprzychylności i nielogiczności ich działania. Przewracam kolejne strony i nie mogę uwierzyć, że to nie fikcja, że można zostać całkowicie zdanym na samego siebie, że system prawny może być nieludzko bezduszny a wołanie o pomoc może przypominać wołanie zza dźwiękoszczelnej szyby.

   María José to dusza towarzystwa. Hiszpanka ma nie tylko południową urodę, gorący temperament, ale jest także niezwykle inteligentną i elokwentną osobą. Tryska życiem i ma 1000 pomysłów na minutę. Prawniczka znana jest z przyjęć organizowanych w swoim apartamencie z imponującym widokiem na miasto, na które przybywają liczni goście. W pogoni za marzeniami, gdy wydaje się, że w życiu zawodowym będzie już tylko lepiej, gdy jej pozycja jest stabilna i zadowalająca, postanawia zapuścić korzenie i znaleźć mężczyznę, z którym stworzy ciepły, pełen miłości dom. Za namową koleżanki zaczyna poszukiwać wymarzonego kandydata w Internecie. Po przedarciu się przez zastraszającą ilość pytań, dostaje odpowiedzi, które przegląda razem ze swoim przyjacielem Davidem. W końcu wybiera jedno niepozorne zdjęcie. Zaczynają się rozmowy, spotkania. Wszystko dzieje się jak w filmach, uderzenie pioruna i już wiadomo, że to właśnie ten człowiek, z którym chce spędzić resztę życia.

   Romantyczna historia przeradza się w związek. Peter i María pobierają się. Pomijając fakt, że teściowa nie lubi swojej synowej i zachowuje się, delikatnie mówiąc niesubtelnie, wszystko układa się dobrze. Co prawda to na kobiecie spoczywa obowiązek utrzymania domu, gdyż mąż dopiero rozwija swój biznes. Bohaterka jest jednak niezrażona, pracuje, wspiera małżonka, czuje się szczęśliwa, zwłaszcza że zachodzi w ciążę. Naładowana pozytywną energią realizuje nowe plany, zakłada kolejne firmy, jednak z czasem dobra passa ulega załamaniu. Poronienie, odkrycie kłamstw męża, pierwsze przerażenie brutalnością Petera sprawiają, że świat prawniczki wywraca się do góry nogami. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia staje ona twarzą w twarz z całkiem obcym człowiekiem, zdolnym do rzeczy, o których nikt nie chciałby wiedzieć. Niekontrolowane ataki furii przeradzają się z powtarzający się rytuał. Sytuacji nie zmienia nawet pojawienie się na świecie córki - Victorii Solenne.

   Po przepełnionym przemocą czasie, w którym prawniczka uzyskuje status kobiety prześladowanej małżonkowie dochodzą do wniosku, że lepiej zakończyć nieudane małżeństwo. Zostaje podpisane porozumienie, które Peter jednak łamie, wobec czego jego żona uznaje je za nieważne. Zabiera córkę do Hiszpanii i tu zaczynają się kłopoty. Sąd w Stanach Zjednoczonych nakazuje Maríi i Victorii powrót, gdyż dziecko zostało wywiezione z kraju nielegalnie, bez poinformowania o tym partnera. Wszelkie próby wyjaśnienia sytuacji spełzają na niczym. Ponieważ bohaterka nie dostosowuje się do polecenia sądu, staje się osobą poszukiwaną przez policję. Nie pomagają dowody, które świadczą o tym, że ojciec dziewczynki jest niebezpiecznym, mogącym jej zrobić krzywdę człowiekiem czy orzeczenia sądów hiszpańskich, które nakazują pozostanie dziewczynki w kraju. Amerykański wymiar sprawiedliwości jest nieugięty i całkowicie głuchy wobec wszelkich faktów. Zmęczona sytuacją Hiszpanka udaje się do Ameryki, by osobiście dopilnować swoich spraw. Powrót do domu kończy się fiaskiem. Walencjanka musi się ukrywać przed aresztowaniem a jej siostra zostaje zatrzymana i z wielkim trudem udaje się jej wrócić do Hiszpanii.

   Sytuacja zagęszcza się. María z kryjówki u znajomych stara się nagłośnić swoją sprawę i znaleźć pomoc. Absolutnie nie chce, by córka wracała w ręce człowieka, który próbował pozbawić ją życia. Dokumenty medyczne opisujące jej przypadek czy nawet fakt, że mąż jest na bakier z prawem, zdają się nie mieć znaczenia. Wszyscy stają się absolutnie głusi na wołanie kobiety, która pragnie jedynie sprawiedliwości i spokojnego życia z córką. Po nerwowych i wprawiających ją w coraz gorszy stan dniach, dochodzi do jej zatrzymania. Dostaje się do jednego z najgorszych więzień w kraju, gdzie musi sobie radzić o własnych siłach. Rikers Island mimo złej opinii, zdaje się być jednak jedynie zaprawą do tego, co będzie się działo w więzieniu w hrabstwie Bergen…

   „Okrutna miłość” to historia o toksycznym związku i nieludzkich decyzjach. To opowieść o tym, jak człowiek, który może pociągać za sznurki i ma znajomości zarówno wśród wyższych sfer jak i w świecie przestępczym, może zniszczyć inną osobę. Wraz z rozwojem akcji widzimy degradację osobowości bohaterki. Z żywiołowej, świetnie zorganizowanej, pełnej pasji kobiety, która potrafiła zorganizować wszystko, staje się znerwicowaną, złamaną, pełną bólu i cierpienia, a przede wszystkim niezrozumienia oraz niecierpliwości osobą. Nie pojmuje bezduszności wymiaru sprawiedliwości, który zamiast jej bronić, ignoruje krzyk o pomoc i logiczne argumenty, które wysuwa. Który z ofiary czyni zbrodniarza. Wszelkie jej działania i kroki prawne są torpedowane przez ludzi za którymi stoi Peter. Utrata wiary w wymiar sprawiedliwości jest tym dotkliwsza, że bohaterka jest przecież prawnikiem. W historii tej najbardziej dziwi jednaki obojętność mediów i władz. Niby podejmują jakieś starania, ale nie prowadzą one do niczego konkretnego. Zdumiewa już samo to, że zainteresowanie mediów sprawą walencjanki wymaga wielu wysiłków ze strony jej a także jej bliskich. Przy tak wielkiej sile oddziaływania, jaką przypisuje się prasie, radiu, telewizji i szukaniu chwytliwych tematów brak reakcji wobec takiego  zdarzenia jest nader dziwny. Zwłaszcza, że w postępowaniu prawnym widać rażące błędy. To także książka o człowieku o dwóch twarzach, który kieruje się wyłącznie nienawiścią i pragnieniem niszczenia. Peter Innes jest wyjęty wprost z najgorszych koszmarów. Na pierwszy rzut oka miły, ciepły mężczyzna, który tak naprawdę jest niezwykle brutalnym furiatem, zmieniającym życie żony w piekło. Zło w nim tkwiące zdaje się nie mieć granic i rodzić w czytelniku pytania, skąd tyle nienawiści?

   Reyes Monforte prostym a zarazem przejmującym językiem opowiada historię, która wywołuje całą paletę emocji od niedowierzania, przez gniew, bunt, lęk, odrazę po współczucie i smutek. Od sielskiego życia bohaterki wędrujemy przez nieudane małżeństwo przepełnione upokorzeniem, lękiem i przemocą, do zmagań z bezduszną maszyną prawną, więzienną i biurokratyczną. Czytając tę książkę nie mieściło mi się w głowie, że rząd nie może pomóc swojej obywatelce, że system prawny bywa niewzruszony na twarde argumenty i nie przyjmuje do wiadomości, że za kratkami znajduje się zupełnie nieodpowiednia osoba, a media i opinia publiczna nie są w stanie wywrzeć nacisku na przyjęcie bardzo ważnych dowodów. Również praktyki prowadzone w więzieniu jeżyły włos na głowie. Upokarzanie, dehumanizacja i złośliwa zabawa ludźmi, które pojawiły się na kartach książki nie miały nic wspólnego z resocjalizacją. Stanowiły jedynie obraz wyładowywania negatywnych emocji, frustracji i sadystycznych zapędów strażników. Lektura wciągnęła mnie mocno, choć bardziej opiera się na budowaniu emocji niż na wartkiej akcji. Ta dziennikarska relacja przykuwa uwagę i pozwala zżyć się z bohaterami. Czytelnik śledzi losy Maríi i jej rodziny z nadzieją na happy end i zastanawia się, czemu znaleźli się w takiej sytuacji i jak daleko sięga zło, które ich dotknęło. Ogromnie przejmuje również los małej Victorii Solenne, która nie potrafi zrozumieć, czemu nie może być z matką jak jej koleżanki i doskonale pamięta zdarzenia z domu rodziców. „Okrutna miłość” to naprawdę mocna powieść, która potrafi wstrząsnąć czytelnikiem i którą należy przeczytać, tym bardziej, że to autentyczna i dziejąca się niemal teraz historia.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu WAM.

Reyses Monforte, Okrutna miłość, przeł. Zbigniew Zawadzki, wyd. WAM, Kraków 2014.


niedziela, 13 września 2015

O "Ekspozycji" Remigiusza Mroza prosto z gór w stylu yyyodłowania ;-)

Mój pierwszy filmik robiony na "żywo" z prawdziwą reakcją przechodzących turystów, przy niskiej temperaturze i pierwszych krokach związanych z obróbką, więc proszę o wyrozumiałość ;-).




piątek, 11 września 2015

Szybciej niż prędkość światła do granic wytrzymałości - Remigiusz Mróz "Ekspozycja"



Komisarz Forst po odsunięciu od śledztwa postanowił zacząć współpracę z dziennikarką NSI Olgą Szrebską: „Taki mam plan (…). Jestem gotów ruszyć z tobą ramię w ramię, o ile zagwarantujesz mi, że nie puścisz żadnego materiału bez mojej zgody. (…). Kolejne warunki są natury osobistej. Ale przedstawię ci je, kiedy się lepiej poznamy (s. 37)”.

Wiktor Forst nie sprawia dobrego wrażenia. Współpracownicy nie mają o nim zbyt dobrego zdania, a co dopiero komisarz, którego córkę niewygodny współpracownik uwiódł. Nie mniej jednak trzeba przyznać, że policjant zna się na rzeczy i całkiem nieźle kombinuje. Gdy dostaje zawiadomienie o tym, że na Giewoncie wisi nagi denat ze starożytną monetą w ustach, rusza górskim szlakiem, by odnaleźć prawdę o tym makabrycznym zdarzeniu.

Widok na naczelnym szczycie Tatr wywołuje dreszcze, jednak bohater kontempluje go, starając się ustalić, jak doszło do tego zdarzenia. Wszystko wskazuje na to, że nie jest to samobójstwo, a jednocześnie nie ma śladów potwierdzających tezę, że ktoś zaciągnął tu zmarłego siłą. Z biegiem czasu pojawiają się kolejne przesłanki. Groza jedynie rośnie, śmierć nie była przypadkowa i krótka, ktoś napawał się jej widokiem i przeciągał męki, tak długo jak to tylko możliwe.

-Ta moneta to ślepy zaułek – skwitowała. – Ktoś, kto zadał sobie tyle trudu, nie zostawiłby w gardzieli trupa poszlaki, która może do niego doprowadzić. To tylko podpis. Makabryczny, ale wciąż tylko podpis. (s.37)

Olga Szrebska przystaje na warunki współpracy. Zaczyna prywatne śledztwo z odsuniętym z niewiadomych przyczyn od postępowania policjantem. Czyjeś niejasne posunięcia zataczają coraz szersze kręgi. Działanie tajemniczej osoby błyskawicznie zagęszcza sytuację, a to dopiero początek problemów w prawem…

Szaleńczy bieg ku tarapatom

Rozmowa ze znanym profesorem nie wyjaśnia wiele. Do tego policja zaczyna poszukiwać Forsta. Szrebska i Wiktor starają się zgubić nadciągający pościg i samodzielnie dokończyć śledztwo. Trafiają do lasu, gdzie babinka-poczciwinka dzięki naczelnemu radiu Polski wzywa posiłki, a następnie ulega genialnej manipulacji policjanta. Dalszy bieg wypadków to ekstremalnie karkołomny sport obejmujący pościgi, łapanki, tortury, rozmowy przez skype’a z uznanym uczonym, tajemnice, uwięzienie, sprawę sądową, pobyt w najgorszym z możliwych więzień, bijatyki, rozmowy z adwokatem, ucieczki, współpracę z ministrem.

- Teraz pozostawało tylko unieruchomić alfę i jak najprędzej się stąd oddalić. Przestrzelenie opon nie wchodziło w grę – takie bzdury działały tylko na filmach. Guma była gruba i potrafiła odbić nawet pocisk. By ją przebić, trzeba było trafić pod dobrym kątem lub w odpowiednie miejsce, gdzie bieżnik był najcieńszy. Albo mieć coś ostrego. (s.81)

Bohaterowie zostają rozłączeni, od tego czasu akcja będzie przez dużą część toczyć się w dwóch rożnych miejscach. Spotkania z adwokatem i rzeczywistość więzienna. Dwa całkiem absurdalne światy, do których trafiają w wyniku tego, że ktoś nie potrafi słuchać. Nagłe zwroty akcji postępują jeden po drugimi. Ciągłe problemy zdają się nie mieć końca, adrenalina rośnie z każdą sekundą, serce bije coraz szybciej i mocniej, tętno i ciśnienie krwi wzrasta, zęby zaczynają nerwowo szczękać, drżą ręce a gdy już wydaje się, że po wszystkim, że będzie spokojniej, czytelnik dostaje obuchem w głowę. Nie mój drogi, to dopiero początek, zdaje się mówić Autor. I tak, pędzi się za bohaterami zostawiając daleko za sobą światło, bo przy tym, co dzieje się w tej książce prędkość światła, wydaje się zaledwie powolnym spacerkiem.

Poszlaki, z początku wydarzeń, nabierają nowych znaczeń. Trop wzbogaca się, ale jednocześnie nie zostaje wyjaśniony do końca. Dochodzą nowe okoliczności, które rzucają na morderstwa, bo tak moi drodzy, trupów przybywa, ścielą się gęsto nie tylko przez mordercę, całkiem inne światło. Ofiar pozornie nic nie łączy, brak jakichkolwiek pomysłów, ale z biegiem czasu, coś zaczyna się klarować. Autor zdumiewa. Każe czytelnikowi kroczyć ścieżką wątku religijnego, historycznego, osobistą tragedią. Tajemnicze monety, stare rękopisy, okrutna karta z polsko-ukraińskiej historii, a w tym wszystkim bohaterowie, którzy zostali wrzuceni wprost w ocean, a nie na głęboką wodę. Aurę tajemniczości dopełniają krótkie odniesienia do pewnego starca, który zdaje się znać rozwiązanie tajemniczych morderstw i nic z tym nie robi…

„Bo w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz” – Tadeusz Boy Żeleński :-)

Postaci w „Ekspozycji” jest wiele i Remigiusz Mróz zadbał, by były dopracowane, szalenie realne, żywe, ekspresyjne i ciekawe. Wiktor Forst powala swoim urokiem i ciągłym nagabywaniem Szrebskiej. Jego ironiczny ton i żarty, nawet w najmniej spodziewanych chwilach po prostu powalają. Jest niezwykle inteligentny, trzeźwo ocenia sytuacje i w myśl swojej zasady „by gasić trwające pożary i nie przejmować się tymi, które dopiero wybuchną” (s.108) odnajduje zawsze jakieś rozwiązanie problemu, nawet gdy wydaje się to niewykonalne. Jest w nim jednak pewna mroczniejsza struna, której nie poznajemy do końca…

-Gdybym miała obsadzać kogoś w roli Jamesa Bonda to obsadziłabym Wiktora Forsta – przyznaje blogerka Ewelina ze Spaceru wśród słów – choć, nie to byłaby ujma dla tego człowieka, bo Bond to pikuś przy Forście. Takich mężczyzn nam trzeba, silnych, nieprzewidywalnych, a jednak potrafiących się zachować.

Policjant jednak ma swoje słabości. Zostaje poddany przeróżnym próbom, które wpływają na jego psychikę. To człowiek, który zmienia się w czasie trwania akcji. Doznaje wielu krzywd, które odbijają się w jego duszy. Nie jest to postać statyczna. Wiktor nie tyle dojrzewa, bo jest ukształtowanym człowiekiem, co przechodzi przemianę, po wydarzeniach i czynach, które musi popełnić, ale odnosi się wrażenie, że wychodzi z tego cały, choć zakończenie mocno sugeruje nadciągającą ciemność.

Olga jest jego doskonałym uzupełnieniem. Twarda, nieustępliwa, nieufna wobec szaleńczego i nieobliczalnego partnera, z czasem przywiązuje się do niego, choć stanowczo temu zaprzecza. Los łączy ich a nawiązana współpraca owocuje nicią sympatii. Ten niezwykły duet jest po prostu wybuchowy i kibicowałam mu przez całą książkę.

„Zastrzelić łatwo, podłożyć ładunek wybuchowy łatwo, pewnie nawet zadźgać kogoś łatwo. Ale żeby zatłuc na śmierć? Trzeba być wyjątkowo zdeterminowanym”. (s.310)

Pod względem językowym „Ekspozycji” nic nie można zarzucić. Wszystko jest tu przemyślane. Język jest dostosowany do postaci, miejsc, sytuacji. Kiedy trzeba Remigiusz Mróz serwuje brutalność, innym razem ironię, humor czy encyklopedyczną wiedzę. Nie ma tu pustosłowia. Rozdziały są klarowne, przemyślane, akcja urywa się w najciekawszym momencie i  czytelnik zostaje przeniesiony do kolejnej odsłony historii, by tylko wzmocnić w nim uczucie napięcia i oczekiwania. Autor niczym wirtuoz prowadzi akcję i czytelnika, wodzi go za nos, doprowadza na skraj wytrzymałości czytelniczej, by potem z uśmiechem i gracją, powiedzieć „mój drogi, wszystko jeszcze przed tobą”. Czytając tę książkę, nie można czuć się bezpiecznie, ale historia tak wciąga, że nie sposób oderwać się od niej. Jest niczym narkotyk, którego ciągle mało, a gdy dochodzisz do końca…, chcesz więcej.

-Przyznam, że zakończenie było dla mnie totalnym zaskoczeniem a zarazem złamało mi serce. Nie tego się spodziewałam! Miałam ochotę tupać, krzyczeć, rzucać książką, zrzucić ją z Giewontu a jednocześnie błagać o więcej. Tak nie można robić z człowiekiem!!! – płacze wspomniana blogerka.

Jeśli zatem macie na tyle odporności psychicznej, nie boicie się doskonale prowadzonej akcji, która wzniesie was na wyżyny odporności psychicznej, nie pozwoli ruszyć się z fotela do końca, będzie przerażać, bawić, zadziwiać, wodzić was za nos. Jeśli jesteście na tyle odważni, by zmierzyć się z prawdziwą literaturą w najlepszym wydaniu, przygotujcie zapas kawy, herbaty, kanapki, koc, żarówkę i wygodny fotel i powędrujcie od szlaku na Giewont, przez Polskę, Białoruś, Rosję, po mroczne miejsca w historii i ludzkiej duszy. Ja gorąco polecam!!!


Remigiusz Mróz, Ekspozycja, t. 1., wyd. Filia, Poznań 2015.  

czwartek, 10 września 2015

środa, 9 września 2015

Kwadrans Uważności - etap czwarty WDZIĘCZNOŚĆ - dzień czwarty - DOBRO WPRZESZŁOŚCI




Dzisiejsze ćwiczenie było związane ze wspomnieniami. Nie jest trudno wracać do wspomnień, szczególnie gdy dotyczą ludzi ważnych w naszym życiu. Powędrowałam zatem nie tylko szlakiem górskim, ale rownież szlakiem pamięci. 

Przypomniałam sobie wszystkie okoliczności, dni przeżywane z pewną osobą, którą niezwykle lubię. Nasze pierwsze spotkanie, rozwijającą się sympatię. Rozmowy, które odbylismy. Oczekiwanie na spotkanie z tym człowiekiem. Wszelkie uśmiechy, miłe gesty, nić porozumienia, która się między nami pojawiła. Każde zdarzenie.



Spacerowałam pośród wspomnień i w końcu zatrzymałam się na jednym. Na pewnej wycieczce w góry, która była dla mnie prezentem najpiękniejszym, gdyż minęło kilka lat od mojego pobytu w tym miejscu. Nowa trasa, piękna pogoda, wspaniałe widoki, miła rozmowa i wskazówki, z których korzystam do dziś. A nade wszystko pewna wyjątkowa osoba. Wszystko było po prostu pięknie i ogromnie lubię wracać do wspomnień tego jednego, wyjątkowego dnia.

Moja wędrówka przez wspomnienia nie zawierała wyłącznie dobrych chwil. Nie brakło oczywiście smutnych i trudniejszych momentów, ale pokazywały one, że życie nie jest czarno-białe. Że obok szczęścia istnieje rownież smutek. Moje radosne wspomnienie rozświetliło jednak wszelkie mroki dawnych dni. Po pierwsze ogromnym darem jest sam człowiek, który mi towarzyszył, po drugie jego mądrość, ciepło, cierpliwość oraz uczynność. Poczucie humoru a także dobroć, którą w sobie nosi. Do tego piękno i kojące działanie gór. No i oczywiście wiele innych sytuacji. Dobrych i cięższych doświadczeń, które wiele mnie nauczyły. 

Ciężko mi opisać, czym jest wdzięczność. To piękne i głębokie docenienie tego, co stawia przed nami Bóg. To radosne przyjęcie każdego Jego daru i pokorne postępowanie z nim. 



wtorek, 8 września 2015

Kwadrans Uważności - etap czwarty WDZIĘCZNOŚĆ - dzień trzeci - DOBRO W LUDZIACH




Zimno się zrobiło, ale pomimo chłodu pogoda sprzyja wędrówkom. Zza chmur wyszło słońce, a ja wybrałam się do Doliny Chochołowskiej ;-). Zachwycił mnie sam widok, kiedy wyszłam z kwatery. Część gór jest w szacie jesiennej, na części leży śnieg, po prostu bajka :-).



Dzisiaj miałam skupić się na ludziach. Znalezienie ich nie jest tu trudne, zwłaszcza że większość grzała się w schronisku przed dalszym etapem trasy. Usiadłam sobie z herbatą i patrzyłam. Część miała nietęgie miny, to pewnie przez zimno. Inni uśmiechali się, po niektórych było widać zmęczenie. Ale tutaj mało kto się spieszył. Ja wiem, że Ci ludzie albo byli już na emeryturze albo mieli wakacje, ale miło było popatrzeć, że nikt nie pędzi, nie przepycha się, że nie jest to jakiś pęd do nie wiadomo czego. To naprawdę napawa optymizmem, że ludzie potrafią się zatrzymać :-).

Moją uwagę przykuł pewien malec, który nie dość, że był ciągle uśmiechnięty, ciekawy wszystkiego, to jeszcze co jakiś czas odwracał się do mnie z uśmiechem. Podobało mi się, jak pytał i słuchał mamy. To jak wszystko go interesowało tak, że nie mógł po chwili usiedzieć i tata musiał go zabrać do okna i pokazywać góry. Wiem, że dzieci zawsze wywołują dobre myśli. Że właśnie takiego dziecięcego zachwytu nam trzeba, tego uśmiechu, zaufania, zdumienia.



Owszem może dzieciaki bywają czasem nadpobudliwe, może czasem marudzą, bywają uparte, ale czyż Jezus nie powiedział, że jeśli nie staniemy się jak one, nie wejdziemy do Królestwa Niebieskiego? Kiedy chodziłam na relolekcje prowadzone przez Witka Wilka opowiadał on o człowieku imieniem Jawes. Modlił się on do Boga słowami: "Obyś mi skutecznie błogosławił"! Nieco zuchwałe, prawda? Ale czy to też nie przekonanie, że Bóg go kocha i ma być przy nim? Dzieci mają w sobie uroczą kokieterię, stają przed człowiekiem, uśmiechają się, starają się zwrócić na siebie uwagę, bo chcą czuć się wyjątkowe, doceniane. Tak samo jest w Kościele. Pchają się najbliżej Pana, bo tam jest najlepiej :-). Obyś mi skutecznie błogosławił, bo jestem wyjątkowy i Twój, zdaje się mowić ich uśmiech. 

Nie musiałam szukać dobra w gestach tego malca, bo on jest dobrem. Za to dostrzegłam go dużo w cierpliwości, wyrozumiałości rodziców, w ich mądrym podejściu do chłopczyka. Co we mnie wywołał? Tęsknotę za tą dziecięcą cząstką, którą powinien zachować każdy z nas. Za czystym pogodnym spojrzeniem, które oczekuje rzeczy najważniejszych i najprostszych. Za uśmiechem, którym obdarza się każdego na szlaku, a którego tak mało w codziennym zabieganiu, choć on nic nie kosztuje. Warto uczyć się od dzieci, to mądrzy nauczyciele :-).


poniedziałek, 7 września 2015

Kwadrans Uważności - etap czwarty WDZIĘCZNOŚĆ - dzień drugi PIĘKNO - PRZYRODA




Nie musiałam się starać, gdziekolwiek bym się nie udała, no może poza Krupówkami ;-), przyroda na wyciągnięcie ręki. Dolina Strążyska należy do jednej z moich ulubionych, gdyż można się rozgrzać w niej przed dłuższą trasą i jest dobrym wyborem na złą pogodę ;-)  i przede wszystkim widać z niej Giewont w pięknej odsłonie.

Zamknęłam oczy i powoli oddychałam. Powietrze jest mokre, czuć wilgoć, ale i zapach drzew. Pogoda w ostatnich dniach jest kapryśna i co rusz funduje deszcz. Jest zimno, jeśli nie ma się ciepłych ubrań, można solidnie przemarznąć. Klimat jest nieco ostry, różni się od tego, który mam w mieście, ale uwielbiam go za to wszystko co mi daje :-). 



Poza turystami, którym żadna pogoda nie straszna, słońce, deszcz, śniegi, wiatr, plus czy minus 30 stopni ;-), wsłuchałam się w szum rzeki i wiatru. Mam małego fioła na punkcie wszelkiej maści potoków i uwielbiam je fotografować i po prostu wsłuchiwać się w odgłos płynącej wody, który koi i uspokaja. 

Po otwarciu oczu przypatrywałam się Giewontowi a właściwie spektakularnemu przedstawieniu przyrody. Patrzyłam na przesuwające się nad górami mgły. Nie widziałam jeszcze takiej scenerii. Mgły niczym tancerki spowijały szczyty, otulały je a za jakiś czas rozpraszały się, by znów zacząć swój majestatyczny taniec. Warto było to zobaczyć nawet kosztem tego, że nie mogłam wybrać się nigdzie wyżej, gdyż pogoda nie wróżyła niczego dobrego. Patrzyłam zachwycona i nie miałam już ochoty oglądać drzew wokół. Wodziłam wzrokiem za mgłą, upajałam się widokiem Śpiącego Rycerza z tęsknotą patrząc na krzyż, do którego nie dotarłam. 

Zawsze zachwycają mnie góry. Te większe i mniejsze. Mają w sobie majestat i magię. Poruszają najczulszą strunę duszy i budzą w człowieku respekt i pokorę. Zachwyt, radość, wdzięczność. Czuję się oczarowana a jednocześnie mała. Co jednak ciekawe, chodzenie po szlakach uczy wytrwałości, uzmysławia, że jest w nas siła, o której istnieniu nie zawsze wiemy, choć wobec gór jesteśmy znikomi. Trwałam więc w tym wszystkim, patrząc na jeden z tatrzańskich szczytów, którego widoku niecierpliwie oczekuję przy każdym urlopie. 



Jestem wdzięczna Bogu za ten cud natury. Za piękno, które mnie otacza, które tak kocham i za którym tęsknię w ciągu roku. Ktoś kiedyś powiedział, że kiedy pierwszy raz zobaczysz góry to albo się w nich zakochasz i będziesz tu wracał albo już nigdy do nich nie przyjedziesz. Zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy. Góry to mój drugi dom, miejsce, gdzie jestem prawdziwie wolna i szczęśliwa, takie moje miejsce na ziemi  :-)