wtorek, 30 czerwca 2015

Podróż przez piekło – Gabriel Glinka „Bandyta”


„I już nie przestałem, gdy zacząłem nabierać anielskich mocy. Najpierw wytrzymałość na ból. Ćwiczyłem zawsze w samotności, tak jak na łączce za schronami. Biłem się pasem i kablem od żelazka. Nie zapomniałem o florecie i gumowym wężu… Waliłem pięściami już nie tylko w trawę, ale również w drzewa. Wkrótce spróbowałem ściany. (…) Gdy nikogo nie było w domu, rozsypywałem klocki, kanciaste zabawki i leżałem na nich do momentu, aż prawie powbijały się w ciało. Stałem pod zimnym prysznicem do utraty tchu. Zakręcałem wodę dopiero wtedy, gdy skostniały nie mogłem oddychać. Nacinałem ciało żyletką, wbijałem w nie igły – te zwykłe i te od strzykawek.    W końcu któregoś dnia wpadłem na pomysł zmierzenia się z ogniem. (…) Mało nie oszalałem, ale udało mi się utrzymać dłoń nad płomieniem zapalniczki do chwili, kiedy poprzez zwęgloną skórę dostrzegłem piekące się, białe mięso swojej ręki”. – s. 151-152


   
Ciągle zastanawiam się, jak zacząć. Książka, którą mogłam przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa WAM po prostu mnie poraziła, ponieważ to nie żadna fikcja, ale powieść autobiograficzna. Przywołała kaskadę emocji, zrodziła wiele pytań, nie tylko wciągnęła, ona po prostu wbiła mnie w fotel i jeszcze raz kazała utrwalić sobie w głowie prawdę starą jak świat, człowiek nie jest czarno-biały, nie jest przekreślony raz na zawsze, dopóki żyjesz masz czas, możesz coś zmienić, możesz zacząć od nowa. 

   Mruk był zwykłym radosnym chłopcem, który miał swoje marzenia. Chodził do szkoły, wiódł na pozór normalne życie, ale nie wszystko było w nim w porządku. Poza kochającą matką i młodszym bratem miał również ojca alkoholika, który wyładowywał na nim swoją agresję. Odtrącony przez kolegów po pewnym incydencie, przerażony przemocą, którą stosował wobec niego ojciec, postanowił nauczyć się bronić. Narastająca w nim frustracja, zagubienie, złość i nienawiść znajdują ujście w bijatykach. Bohater staje się częścią podwórkowej bandy. Jego doświadczenia z czasem zaś pchają go z małych osiedlowych kradzieży do działalności przestępczej. Zajmuje się coraz to mroczniejszymi procederami. Jest twardy, opanowany, nastawiony na to, by radzić sobie w życiu wszelkimi dostępnymi środkami. Pewnego dnia przychodzi zapłacić mu za swoją działalność. Trafia do więzienia, w którym wszystko staje na głowie. Mruk mając nadmiar wolnego czasu postanawia nie tylko nie stracić kontaktu z córką, ale zacząć nowe życie. Życie, na progu którego staje tajemniczo wkraczający w jego rzeczywistość Bóg. 

   Czytając „Bandytę” wstrząsnęła mną szczerość tej opowieści, tym większa, że narracja prowadzona jest w pierwszej osobie. To właśnie bohater prowadzi czytelnika przez swoje życie, jako małe zalęknione dziecko, które nie rozumie pijackiej furii ojca i niekończącego się koszmaru przemocy. Potem jako nastolatek, stawiający pierwsze kroki w przestępczym świecie, w końcu zaś jako przestępca i więzień. Odkrywa on swoje uczucia, wątpliwości, targające nim sprzeczności, bo z jednej strony to groźny, agresywny bandzior, z drugiej zaś mężczyzna który ma w sobie pokłady człowieczeństwa, o które nikt by go nie podejrzewał. Jednak dla świata przybiera on zawsze odpowiednią maskę. Co zaskoczyło mnie najbardziej? Fakt, że to nie przestępca, który głownie opowiada o tym, jak wielkie niebezpieczeństwo stwarzał dla innych, ale osoba, która lubiła książki, muzykę, która zastanawiała się nad sobą i wyciągała prawidłowe wnioski, mimo mocno nadwyrężonego sumienia. 

   W książce Gabriela Glinki porwało mnie to, że nie brak tu pytań, które trzeba sobie stawiać. Nie brak ostrych słów, krytycznych ocen, wielkiej emocjonalności. Mruk potrafi zastraszać ludzi, bawić się ze swoją córeczką, kłócić z Bogiem, który powołał go na ten bezlitosny świat, grać gdy może z tego uzyskać korzyści, ale umie też obdarzać ludzi szacunkiem, przyznawać się do błędów, stanąć twarzą w twarz z prawdą o sobie. To pełen sprzeczności człowiek, który szuka swojej drogi, nie takiej usłanej różami, ale prawdziwej, niepozbawionej trudności. „Bandytę” czyta się z zapartym tchem. Wywołuje on skrajne emocje, przynajmniej tak było w moim wypadku, bo choć trudne dzieciństwo nie usprawiedliwia postępowania bohatera, to jednak pokazuje jak może położyć się ono cieniem na dalszym życiu. Jednak o lepszą przyszłość zawsze warto walczyć, dopóki ma się czas. Najbardziej z kart książki uderza niezaspokojony głód miłości. Cokolwiek napiszę, nie oddam tego, co towarzyszyło mi podczas lektury. Tę książkę po prostu trzeba przeczytać. I szczerze polecam ją wszystkim, bo przypomina jedną prostą prawdę, nie można przekreślać człowieka.



Za książkę jeszcze raz serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.



Gabriel Glinka, Bandyta, wyd. WAM, Kraków 2015.

sobota, 27 czerwca 2015

O diabelskiej logice – C.S. Lewis „Listy starego do młodego diabła”

z cyklu książki z duszą

„My potrzebujemy bydła, które w końcu mogłoby stać się żerem; On potrzebuje sług, którzy w końcu mogliby stać się synami. My chcemy chłonąć, On chce rozdawać. W nas jest pustka i chcielibyśmy ją zapełnić; On jest pełny i przelewa się. Celem naszej walki jest świat, w którym Nasz Ojciec z Otchłani wchłonąłby w siebie wszelkie pozostałe istoty; Nieprzyjaciel pragnie, aby świat był pełen istot z Nim wprawdzie zjednoczonych, lecz mimo to zachowujących swą odrębność”. – s. 48-49.

 
 Ta mała książeczka wcale nie jest pozycją do połknięcia na raz. Znam nieco twórczość C.S. Lewisa i bardzo ją sobie cenię. Szczególnie zaś jego przemyślenia dotyczące wiary i miłości. Tym razem postanowiłam sięgnąć po głośne „Listy starego do młodego diabła”, które były wybierane do czytania z wielu powodów. Czasem jak pisze autor ponieważ coś trzeba było przeczytać a one są krótkie. Ja byłam jednak ciekawa, co pisarz powie o działaniu zła. Ciężko było mi przebrnąć przez tę książkę w ciągu jednego dnia, a właściwie wieczoru podczas BookAThonu, ponieważ nie jest to rzecz którą czyta się szybko i od deski do deski. Choć jest niepozornych rozmiarów wymaga skupienia i zastanowienia, daje wiele tematów do rozmyślań, wydaje mi się, że nie tylko dla osób wierzących, ponieważ ukazuje jak pokrętne i nie do końca prawdziwe potrafią być nasze przypuszczenia. 

   Mamy zatem Krętacza, diabła który pisuje listy do swojego siostrzeńca Piołuna. Ten młodszy kusiciel ma na celu sprowadzić z dobrej drogi pewnego człowieka, który stał się chrześcijaninem. Z każdym listem radzi się krewniaka, jak ma postępować i zdaje mu relacje ze swoich poczynań. I jak to bywa raz jest lepiej, raz gorzej. Doświadczony zły duch nie szczędzi mu ostrych słów, wytyka błędy i poddaje pomysły, co robić, by zatrzymać pacjenta przy sobie. A metod jest wiele, choćby utrzymanie przekonania, że wiara to przede wszystkim sprawa natury emocjonalnej, że należy ciągle szybować duchowo. Czytamy o tym, jak miłość i seksualność obrócić na korzyść kuszenia, jak podstępnie w modlitwie przemycić myśli, które potem kształtują nasze spojrzenie na świat oraz jak otoczenie może oddziaływać na nasze zmieniające się poglądy. Słowem, Piołun stara się użyć wszelkich dostępnych sobie środków, by zatrzymać przy sobie podopiecznego, nawet korzystać z dobra i rzeczy na pozór dobrych i pobożnych, bo tak łatwo wpędzić kogoś w pychę.

   Ciekawym pomysłem jest ukazanie wszystkiego z perspektywy diabłów. Odwrócenie ról, ponieważ tu Bóg nazywany jest Nieprzyjacielem, a dobro złem. Nie mniej jednak wszystko zostaje wyjaśnione bardzo klarownie, lepiej niż gdyby ukazane to było z perspektywy normalnej. Cała przewrotność działań zostaje dosadnie i szczegółowo wyłuszczona, a zabieg odwrócenia ról jest nieco ironiczny i humorystyczny. Na pewno jednak daje do myślenia, bo powiem szczerze, podstępy, które ujawnia autor, często mogą być faktycznie mylone z chęcią dobrego postępowania. Słowem, bardzo wciągająca i dobra lektura, napisana z ciekawego punktu widzenia, świetnym językiem i do tego szczerze i z pomysłem. Polecam nie tylko tym, którzy wierzą, bo naprawdę warto zapoznać się z tą pozycją. 


Clive Staples Lewis, Listy starego do młodego diabła, przeł. Stanisław Pietraszko, wyd. Media Rodzina, Poznań 2005.

piątek, 26 czerwca 2015

Pomiędzy skrajnościami – C.J. Roberts „Dotyk ciemności”


Nie istniały żadne słowa, nie istniałam ja, nie istniało to miejsce. Szaleństwo. Obudziłam się w pocie i strachu, a zobaczyłam tylko tę ciemność. Przerażenie, ból, głód, ten mężczyzna – wszystko to mnie pożerało. Chciałam przyłożyć głowę do czubków jego butów. Chciałam, żeby wszystko się skończyło”. – s. 65


   
Olivia stara się wtopić w tłum. Jest piękna i ma ponętne kształty, jednak ukrywa je pod workowatymi ubraniami. Stara się przemykać jak cień, wsiąść do autobusu i odjechać do szkoły. Tam pozwala sobie na nieco luzu, staje się zwykłą nastolatką, ale jej życie jest szare i smutne. Pewnego dnia chcąc uciec przed człowiekiem, który zdaje się być niebezpieczny i zainteresowany nią, rzuca się na szyję pewnemu nieznajomemu. Ten przyjmuje rolę wybawiciela, oczarowuje dziewczynę i rozgaszcza się w jej fantazjach. Świat jednak nie jest taki prosty. Książę, który ratuje ją z opresji okazuje się być tym, który krótko po wspomnianym zdarzeniu doprowadza do porwania Livvie. Caleb ma plan przemienienia jej w seksualną niewolnicę, która umożliwi mu zemstę, rozliczenie się z przeszłością i zapewni start w nowe życie. Zaczyna się gra, której dziewczyna nie rozumie i która napawa ją lękiem. 

   Brutalność, seks, ciemność, atmosfera lęku, dezorientacji i ciekawości. Czasami miałam wrażenie, że autorka bawi się czytelnikiem. Przedstawia sceny, które powinno się potępiać i absolutnie się ich nie aprobuje, ale zaintrygowanym pochłania się kolejne strony. Co jeszcze się wydarzy? Z jednej strony mamy traktowanie bohaterki jak zwierzęcia, samo nazywanie jej Zwierzaczkiem czy Kotkiem, zmuszanie do chodzenia na czworakach, zakładanie obróżki czy nauka posłuszeństwa przez sporą dawkę kar cielesnych, przypomina tresurę, z drugiej widzimy walkę o człowieczeństwo, opieranie się przed próbą złamania psychiki dziewczyny. Z agresji przeskakuje się do pieszczot, zmysłowego dotyku, który momentami przypomina relację bliskich sobie osób. Jest jednak jedynie przygotowaniem Livvie do jej przyszłego losu. 

„Caleb był niezwykłą osobą, do tego okrutną i nieludzką. Czasami wychodził z niego potwór, a jednak zdarzały się chwile, gdy wydawał się zdolny do czegoś na kształt troski. Przez niego płakałam, wrzeszczałam i trzęsłam się ze strachu, lecz zaledwie ułamek sekundy później potrafił sprawić, że trudno było uwierzyć w jego odpowiedzialność za te wszystkie uczucia. Obejmował mnie wtedy i czułam się bezpieczna w jego ramionach”. – s. 195

   Caleb, sprawca całego zamieszania. Tajemnicza postać, która zdaje się nic nie czuć. Jest spokojny, ukryty za maską obojętności i wyrachowania, obce są mu wyższe uczucia. Podnieca go widok łez, potrafi być bezlitosnym zabójcą, doskonałym manipulatorem jak i namiętnym kochankiem i uparcie prze do przodu bez względu na okoliczności. To wszystko czyni go wzorowym treserem. O jego przeszłości dowiadujemy się niewiele, ale wystarczająco, by zrozumieć, jak doszedł do stanu w którym się znajduje. Jednak pomimo mroku, jaki panuje w jego duszy, pomimo swojego przekonania o własnej kondycji psychiczno-duchowej, ma pewien kodeks moralny i nie jest tak bezduszny jakby się wydawało. Na kartach książki, odsłania się powoli, sprawiając czytelnikowi może nie wielką niespodziankę, ale satysfakcję z powiedzenia, wiedziałem. 

„Tak bardzo starałam się być kimś ważnym. Starałam się uczynić swoje życie istotnym. A jednak siedząc tutaj w tej chwili – pogrążona w smutku i pusta w środku, w dalszym ciągu na uwięzi – wiedziałam, że nigdy nie stanę się nikim innym jak tym, za kogo wszyscy mnie mieli. Żaden z moich uczynków nie ma znaczenia. Nigdy nie miał i mieć nie będzie. Wierząc, że stanie się inaczej, pokazywałam tylko, jak jestem naiwna.” – s. 262


   Livvie to chyba najbardziej zaskakująca postać książki. Młoda kobieta pełna sprzeczności, która ma w sobie pazur, siłę, waleczność, ale równocześnie jest krucha i delikatna. Nie pragnie być księżniczką, ale tęskni za ciepłem i troską ze strony drugiego człowieka. W zasadzie całą jej osobę zdaje się określać ucieczka przed etykietą, którą przyczepiła jej matka oraz pragnienie bycia docenioną, akceptowaną, kochaną. Działania Caleba sprawiają, że drży ze strachu i wstydu jako dziewica, a jednocześnie poznaje rozkosz i zmysłowość, której nawet sobie nie wyobrażała. To, co napawa ją lekiem, powoli zaczyna również fascynować. Próbuje odnaleźć się w świecie manipulacji swojego pana, w  układzie kara-nagroda, obowiązek-przyjemność. Dotyk, którego tak się obawia jest dla niej i zagrożeniem i pokusą. Kojarzy się z bólem, zażenowaniem, szokiem a równocześnie z ekscytującymi doznaniami fizycznymi i pewnym ukojeniem psychicznym. 


   Czytając „Dotyk ciemności” odetchnęłam z ulgą, że nie jest to kolejny oparty tylko na drastycznych scenach i seksie erotyk. Autorka prowadzi czytelnika przez meandry psychiki bohaterów. Stara się ukazać, szczególnie to co dzieje się z Olivią, kobietą porwaną, wykorzystywaną, która w pewnym momencie podejrzewa siebie o syndrom sztokholmski. I trudno się z tym nie zgodzić, jednak w miarę poznawania bohaterki ciężko tak naprawdę powiedzieć, czy jej stosunek wynika z chorobliwego przywiązania do Caleba czy z faktu, że pośród fizycznego i psychicznego bólu, jaki jej sprawia, odnajduje ona również przebłyski człowieczeństwa i troskliwości. Bardzo długo nie wiadomo, co tutaj jest grą, a co prawdą. Można za to bez problemu śledzić, jak dziewczyna zmaga się z lękiem, poniżeniem, wstydem, bólem, rozkoszą. Jak stara się zrozumieć swoje własne reakcje, nie tylko cielesne, ale przede wszystkim psychiczne. Kolejnym plusem książki jest również to, że nie epatuje ona wulgarnością. Owszem mamy przemoc w wielu wydaniach, mamy sceny, które szokują i są przesycone mocną erotyką, ale na szczęście nie są one obsceniczne. Wulgaryzmy pojawiają się, ale nie są za częste. Zaskakuje również zakończenie. Druga część historii zbiła mnie z tropu, była miłym zdziwieniem i rozbudziła moją ciekawość.

   Kończąc, wiem, że pojawią się porównania do Greya. Sama ich nie uniknęłam, gdyż przygryzanie dolnej wargi nieznośnie kojarzyło mi się z Anastasią Steele. Samo połączenie erotyki z bólem oraz pewne reakcje zachodzące między bohaterami również nasuwają podobne skojarzenia, choć kontekst jest tutaj całkiem inny. I w zasadzie na tym zbieżności się kończą. „Dotyk ciemności” jest bowiem książką lepszą niż wszechobecny Grey. Ukazuje psychikę bohaterów, stawia ich w całkiem innej sytuacji, bo jednak handel ludźmi to co innego niż układy z milionerem, a co ważniejsze jest pisany dużo lepszym językiem. To jednak nie lektura dla każdego, szczególnie zaś nie dla młodych czytelników ze względu na brutalność scen i mocną erotykę. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona. 



C.J. Roberts, Dotyk ciemności, przeł. Agnieszka Brodzik, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2015.

czwartek, 25 czerwca 2015

W pogoni za mordercą - Remigiusz Mróz „Wieża milczenia”



„Nie kierował się regułami, które mogłyby uchodzić za żelazne. Reagował na własne impulsy działaniem, sądząc że są wynikiem swoistej metafizycznej weny. Zasady postępowania były płynne, dostosowywał je do sytuacji. Z jednym wyjątkiem – wszystko, co robił, robił perfekcyjnie.
   Cały proces zaś miał dla niego charakter osobisty. Ludzie, którym odbierał życie, nie byli anonimowi. Lubił nawiązywać z nimi kontakt przed śmiercią, zobaczyć skrawek ich życia, które miał zakończyć. Teraz nie mógł odmówić sobie przyjemności spotkania się z dziewczyną, która dzisiejszej nocy stanie się jego ofiarą. Odczekał chwilę, po czym odszedł powolnym krokiem w kierunku miejsca, gdzie zaparkował samochód”. – s. 10.

   Nie lubię amerykańskiego stylu pisania. Tego utartego schematu, że bohaterowie mieszkają w małym miasteczku, które jest większą bądź mniejszą dziurą, z której pragną się wyrwać, a życie jednym daje tę szansę, innym nie. Zawsze są jakieś piękne domy z werandą i białymi płotkami, zawsze ktoś informuje mnie przy jakiej drodze leży to miejsce. Czytając kolejną książkę już wiem, czego się mogę spodziewać, choć historie iście bywają różne. Przyznam zatem, że kiedy zobaczyłam, że „Wieża milczenia”, która trafiła na tapetę w moim czytelniczym świecie jest pisana w amerykańskim stylu, trochę się obawiałam…

   W Lansing, które wydaje się być spokojnym i sennym miejscem, nagle pojawia się seryjny morderca. Wszystko zaczyna się od zabójstwa Heather Willeford, dziewczyny pracującej na stacji benzynowej, która niedawno przybyła do miasta. Wraz z upływem czasu pojawiają się kolejne ofiary. Na pozór nie łączy je absolutnie nic poza faktem, że żadna z nich po śmierci nie dotyka ziemi, a sposób pozbawienia ich życia sugeruje działanie profesjonalisty. Śledztwo w sprawie tajemniczych zgonów prowadzą detektyw Evelyn Thomsen i Oscar Vilardo. Dołącza do nich również Scott Winton, partner zabitej dziewczyny. Razem próbują doszukać się nie tylko sensu postępowania mordercy, ale klucza wobec którego działa. Tymczasem dochodzi do zamachu w Kendallville, który komplikuje sytuację. Czy Scottowi i Evelyn, uda się rozszyfrować, z jakiego powodu mężczyzna pozbawia życia kolejnych ludzi? Kto będzie następny i jak skończy się prywatne śledztwo jednego z ciekawszych literackich duetów?

   Nie chcę mówić za wiele, bo zepsuję komuś przyjemność czytania. Wiem, że o „Wieży milczenia” pisano różnie. Sam motyw zabójcy wywoływał różne odczucia, ale powiem szczerze, że mnie zaciekawił. Nie brakuje na świecie szaleńców, więc jestem w stanie uwierzyć, że ktoś mógł mieć takie powody i szczerze wierzyć w swoją misję, więc tę część książki uznaję za plus. Chętnie dowiedziałabym się również więcej o sprawcy zamieszania i jego przeszłości. Sama akcja rozwija się prężnie, zaciekawia, przyciąga, a potem przykuwa do fotela. Intryga się zagęszcza, czytelnik ma ochotę rozwikłać, o co w tym wszystkim chodzi, a tymczasem Autor wprowadza kolejne zwroty akcji. Nawet w momencie, w którym wydaje się, że wszystko się wyjaśni, sprawa dobiegnie końca, BUM!, nagle bohaterka zostaje rzucona w wir kolejnych zdarzeń. Nie, Remigiusz Mróz nie daje chwili na złapanie oddechu. Biegnie się za Nim zaciekawionym i z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami, bo nie wiadomo, co jeszcze przydarzy się sympatycznemu duetowi z „Wieży milczenia”. Zresztą ta cecha jest wspólna dla wszystkich książek Autora.

   No właśnie, bohaterowie czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Evelyn (hehe i może się dziecko cieszyć, że ktoś w literaturze ma podobne imię do mojego :D) jest inteligentna, ironiczna, silna i potrafi postawić na swoim. Jej hasła po prostu mnie rozbrajają a do tego to pilne strzeżenie swojego samochodu, po prostu nie sposób jej nie lubić. Jej doskonałym uzupełnieniem jest Scott, który ma w sobie coś, co po prostu uwielbiam w bohaterach literackich i co podbija moje serce. Człowiek ten powala intelektem i czasami przypomina mi chodzący komputer, który gdyby go wrzucić do jakiejś organizacji, mógłby skutecznie działać na rzecz wyłapywania przestępców. Początkowo podobnie jak Evelyn zastanawiałam się, co z Wintonem jest nie tak, że nie reagował na wieść o śmierci Heather, nie ujawniał żadnych uczuć. Z czasem polubiłam jednak jego powściągliwy styl bycia, specyficzny humor, dużą pewność siebie, wyciąganie kolejnych asów z rękawa i nawet to swoiste manipulowanie innymi. Ten bohater po prostu szedł w obranym kierunku w sposób niezwykle inteligentny, czasem przebiegły, ale nie było to dochodzenie po trupach do celu. I te jego cięte riposty i niewyparzony język <3. Wraz z rozwojem akcji ujawniał swoje emocje, pozostając nadal sobą, postacią tajemniczą, zagadkową, trochę nieprzeniknioną. Ogromnie polubiłam również człowieka instytucję Eldena Lindalla i szczerze żałuję, że nie mogłam poznać go lepiej, gdyż wiele pozostało ukryte odnośnie tego bohatera.

   „Wieża milczenia” oczarowała mnie tempem akcji, intrygą, zagadką oraz bohaterami. Klimat, którego się obawiałam okazał się ciekawy i całkiem sympatyczny. Pisana lekkim, choć rzeczowym językiem, zawierająca rodzinne knowanie, polityczny motyw, okraszona świetnym humorem, który zdążyłam już poznać z książek Autora oraz podająca taką ilość informacji na różny temat (Zaczynam się bać Remigiusza Mroza. Nie wiem, czy pytanie o to, czy jest coś co Go nie interesuje ma sens, skoro przekrój wiedzy rozciąga się od starożytnych religii, przez zapasy, historię, po wiadomości z techniki i astronomii. Czy aby Scott nie ma w sobie czegoś z Autora?), sprawiła że opadła mi szczęka. Jeśli tak ma wyglądać debiut, to ja się boję, co będzie dalej…, bo poprzeczka jest postawiona wysoko, a z tego, co zdążyłam przeczytać wiem, że z każdą kolejną książką jest tylko lepiej. Jakby każdy tak pisał musiałabym zacząć jeść przeczytane już książki…

   A teraz mała dygresja. Tak wiem, cukruje i to strasznie, ale jakkolwiek nie miałam zbytnio serca do rodzimej literatury z powodu niefortunnych doświadczeń, tak teraz przeżywam fascynację młodymi autorami, która jest całkiem uzasadniona. Po prostu ich książki są dobre i warte pochwały. Czytając debiut Remigiusza Mroza ciągle miałam wrażenie, że Evelyn i Scott to trochę prototypy Chyłki i Zordona. Owszem temat jest inny, same postaci również, ale sam fakt połączenia dwóch tak różnych osób, choć przyznam że duet z „Wieży milczenia” jest trochę twardszy, bo Zordon mimo całej mojej sympatii do niego wydaje mi się delikatniejszy, brzmi znajomo. I ten humor!!! 

I niech mnie Mössmer zeżre jak się nie dorwę do kolejnych książek Autora!!! I dziękuję za cierpliwość, wiem, że recenzja miała się pojawić wcześniej, mam nadzieję, że warto było czekać J


Remigiusz Mróz, Wieża milczenia, wyd. Damidos, Katowice 2013.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

O życiu otwarcie - ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka „Życie na pełnej petardzie czyli wiara, polędwica i miłość”




Z cyklu książki z duszą

 „Czy znasz tego Kaczkowskiego?”. A ksiądz Kownacki na to: „Kaczka jest w porządku. Święcić”. Zrobił się rumor. Wrzawę uciszył arcybiskup, prosząc o opinię księdza Perszona, na co ten zadał publicznie pytanie: „A pieniądze widzi?”. Wszyscy odpowiedzieli: „Widzi!”. „To święcić”. I tak atmosfera się rozluźniła, a ja zostałem dopuszczony do kapłaństwa. Wciąż się śmieję, że wyświęcono mnie dla żartu. – s. 70


   Przyznam, że kiedy przeczytałam tę wypowiedź zapragnęłam przeczytać „Życie na pełnej petardzie”, gdyż zaintrygowały mnie ton i szczerość tej pozycji. Zwróciłam się z prośbą o egzemplarz recenzencki do Wydawnictwa WAM, które odpowiedziało pozytywnie, za co serdecznie dziękuję. 

   Co mnie tak zachwyciło w tym cytacie? Nie tylko humor, fakt, że ktoś mówi otwarcie, ze szczyptą żartu, ale że mówi po prostu jak było i jest. Podejrzewałam, że cała książka taka będzie i nie zawiodłam się, dostałam więcej niż sobie wyobrażałam. 

   Ksiądz Jan Kaczkowski, onkocelebryta, kapłan, budowniczy hospicjum im. Św. Ojca Pio, człowiek doświadczony przez cierpienie, bo nigdy nie miał łatwo. Od dzieciństwa zmagał się z chorobą oczu i ograniczeniami fizycznymi. Jego rodzice jednak z głębokim szacunkiem i mądrością nauczyli go nie pokazywać swoich słabych stron i niezwykle wiele od siebie wymagać. Myślę, że to bardzo mocno ukształtowało osobę kapelana. Choć pochodzi z rodziny niewierzącej, wychowano go w poszanowaniu wiary i zasad moralnych. Z wielkim przejęciem czytałam o postępowaniu rodziców księdza, od których wiele moglibyśmy się nauczyć. Do Kościoła zbliżyła go babcia, a potem Bóg sam zadbał o to, by przyciągnąć Jana do siebie. Nie była to droga usłana różami, ale nauczony ciężkiej pracy i zmagania się z problemami, a nie uciekania od nich, nie narzekał. I dopiął swego. Został księdzem, potem wybudował hospicjum, by w końcu samemu stać się jednym z pacjentów onkologii. Nawet to ciężkie doświadczenie nie załamało ks. Kaczkowskiego. Nadal idzie przez życie jak burza, wykorzystuje każdą minutę swojego czasu, uczy jak być księdzem, człowiekiem, wierzącym, chorym.

   Sięgając po książkę ks. Jana i Piotra Żyłki liczyłam na mówienie bez ściemy, głos który powie, jak jest bez owijania w bawełnę. Który nie będzie bał się trudnych tematów, wygłaszania swojego zdania, przedstawiania niepopularnych tez. Chciałam szczypty humoru, ironii, inteligentnych wypowiedzi, ale również mówienia o sprawach trudnych. Odpowiedzi, które kiedy trzeba wywołają uśmiech, a innym razem będą poważne i przemyślane. Nie zawiodłam się. Poza humorem, który jako pierwszy mnie przyciągnął do „Życia na pełnej petardzie”, otrzymałam szczere wyznanie człowieka, który jest wierny i posłuszny Kościołowi i przełożonym, ale bez lęku potrafi powiedzieć, co mu się nie podoba, co należałoby zmienić. Ks. Jan w sposób wyważony i kulturalny dotyka problemów, które są trudne czy pomijane. Mówi o bioetyce, in vitro, postępowaniu ludzi, z którymi się zetknął. Nie ukrywa, że nie wszystko zyskuje jego aprobatę, głośno wypowiada się o zmianach, które powinny zajść, nikogo przy tym nie oskarżając. W sprawach ważnych i budzących wiele kontrowersji jest taktowny, ale stanowczy. Przypomina, że piętnować trzeba zło, ale nie człowieka. Śmiało mogę powiedzieć, że kieruje się słowami, które padają na stronach książki:

„Powtarzam jak mantrę: w sprawach zasadniczych – jedność, w drugorzędnych – wolność, a nad wszystkim miłosierdzie”. – s. 231

   Dla innych pragnie dobra, co uwidacznia się w jego podejściu do chorych oraz w samym fakcie, w jaki sposób budował hospicjum. Gdy czytałam o tym, jak wyglądają jego poglądy związane z opieką chorych oraz prowadzeniem ich przez pobyt czy to na oddziale czy w hospicjum domowym byłam pod ogromnym wrażeniem. Zobaczyłam światełko w tunelu i przekonałam się, że nawet w obliczu takich dramatów jak nowotwór i częste pogorszenie się stanu podopiecznych, można zachować nadzieję, można zapewnić im fachową opiekę na najwyższym poziomie i odpowiednie wsparcie. Z otwartym sercem podchodzi jednak nie tylko do pacjentów, ale i innych ludzi. W dzisiejszych czasach właśnie takich ludzi trzeba, nie tylko kapłanów, którzy powiedzą, przyjdź, jak będziesz mnie potrzebował, ale i zwykłych ludzi, będących dla innych oparciem. 

   „Życie na pełnej petardzie” to nie tylko porywająca rozmowa z niezwykłym człowiekiem, który mimo choroby i trudności nie poddał się i żyje pełnią życia, ale pełna mądrości, szacunku i głębokich przemyśleń pozycja. To swoiste świadectwo wiary i człowieczeństwa, które należy przeczytać. Postawa, której warto i trzeba się uczyć. Wszystkim, którym sprawy wiary i podejścia do drugiego człowieka nie są obce, gorąco polecam. Bo warto uczyć się od ks. Jana dobroci, mądrości, szacunku i głębokiego zastanowienia się nad wieloma sprawami i nad własnym życiem, a wszystko to z inteligencją, taktem, klasą i humorem. 



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.


Ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka, Życie na pełnej petardzie czyli wiara, polędwica i miłość, wyd. WAM, Kraków 2015.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Wędrówka po odpowiedzi – Jeffrey Small „Oddech Boga”


„Był zdolnym, ale czasem krnąbrnym uczniem. Może i zadawał za dużo pytań, ale jaki jest sens w uczeniu się, jeśli nie zadaje się pytań? Niestety, inni postrzegali jego zachowanie jako brak szacunku. Podczas podróży będzie więc szukał odpowiedzi na swoje pytania”. – s. 132





   Wędrowałam po Targach Książki w Warszawie, wędrowałam aż zawędrowałam do Wydawnictwa Czwarta Strona. A właściwie to tam znalazł mnie Pan Piotr, który po rozmowie zaproponował mi zrecenzowanie „Oddechu Boga” Jeffrey’a Small’a i któremu serdecznie za to dziękuję, jak i całemu Wydawnictwu Czwarta Strona. Po przeczytaniu blurba, byłam ogromnie ciekawa i używając określenia z pewnego programu telewizyjnego, napisałam, że jestem na tak J. Moją ciekawość podsyciła jeszcze rekomendacja pewnego sympatycznego pisarza, z którym w końcu spotkałam się na żywo w Warszawie. Kiedy książka trafiła w moje łapki, już z nich nie wyszła. Dlaczego? Przeczytajcie sami J

   Grant Matthews marzy o tym, by dokonać przełomowego naukowego odkrycia. Stawia wszystko na jedną kartę i postanawia odnaleźć tajemniczy manuskrypt, o którym w XIX wieku pisał rosyjski dziennikarz Nikołaj Notowicz. Mężczyzna wyrusza więc na drugi koniec świata, by w wyniku nieszczęśliwego wypadku wylądować na kilka tygodni w klasztorze Punakha Dzong. Tam poznaje sympatycznego mnicha imieniem Kinley, który nie tylko ratuje mu życie, ale zaczyna przekazywać swoją mądrość i wydaje się, że ma informacje, które mogą pomóc bohaterowi urzeczywistnić jego marzenie. 

   Wielebny Brian Brady kocha swoje powołanie i występy. To charyzmatyczny człowiek, który pragnie zbudować świat oparty na wierze i stworzyć dla swoich wiernych lepszą rzeczywistość. Poza budowaniem chrześcijańskiej społeczności marzy o tym by zostać prezydentem NSE i mieć realny wpływ na to, co dzieje się w kraju.

   Tim Huntley to niesamowicie inteligentny i świetnie wyszkolony były żołnierz. Jest także religijnym fanatykiem, ślepo zapatrzonym w duszpasterza wspólnoty New Hope. To niebezpieczny człowiek, który nie cofnie się przed niczym, by ochronić swoją wizję świata i wykorzenić wszelkie herezje.

   Wszystkich tych mężczyzn połączy święty Issa, którego nauki zostały spisane w I wieku n.e., a które mogą wywołać prawdziwą rewolucję w świecie religii. Czy rzeczywiście istnieje zbieżność między chrześcijaństwem i buddyzmem? Czy luki w historii kryją w sobie tajemnicę, która wstrząśnie światem? Czy historia Issy ujrzy światło dzienne?

   Przyznam, że jest mało lektur, które brałam ze sobą wszędzie. „Oddech Boga” czytałam jednak przed pracą, na przerwach w pracy, po pracy, na spacerze. Książka wciągnęła mnie i zabrała do malowniczego świata gór, wschodnich klimatów, zaskakującej akcji, która nie pozwala czytelnikowi oderwać się od lektury oraz tajemnicy, która aż korci, by ją odkryć. Dobrze nakreślone, różnorodne postacie wzbudzające szereg emocji od sympatii po głęboką niechęć oraz dbałość o szczegóły to kolejne zalety dzieła. Wątek miłosny doskonale wpleciony w tok zdarzeń, to już wisienka na torcie, którą zaserwował czytelnikom autor. 

   Siła książki Jeffrey’a Small’a tkwi w wielu szczegółach. Są nimi przede wszystkim ciekawy temat oparty na wątku religijnym, tempo zdarzeń, które nie zwalnia ani na chwilę, sugestywne i działające na wyobraźnię opisy oraz dopracowane dialogi. Najbardziej urzekli mnie jednak stworzeni przez autora bohaterowie, szczególnie zaś Kinley i Jiggme. Przeplatanie historii poszczególnych postaci daje możliwość lepszego ich poznania i zrozumienia oraz pozwala oswoić się z historią, która stawia przed czytelnikiem różne pytania. Wraz z rozwojem akcji intryga się zagęszcza. Narastająca ciekawość, co do rozwiązania zagadki manuskryptów Issy oraz wartka akcja sprawiają, że kolejne rozdziały pochłania się w mgnieniu oka i nagle okazuje się, że dochodzimy do finału.

   Nie pokuszę się o porównanie tego dzieła do twórczości Dana Brown’a, ponieważ nie czytałam nic tego autora. Nie wiem też, czy Jeffrey Small wywoła podobne poruszenie, ale jak sam napisał, jego historia to współczesna fikcja literacka. I tak właśnie na nią patrzę, jak na świetnie napisaną powieść, która porusza wątki religijne, ale to po prostu powieść, choć oparta na tezach, które  naprawdę wysunął Notowicz. 

   Jednym słowem „Oddech Boga” ma wszystko to, co powinna zawierać dobra książka – wciągającą historię pełną nieprzewidywalnych zwrotów akcji, bohaterów, którzy stają się bliscy czytelnikowi, ciekawie i realnie oddany świat, żadnych dłużyzn, trochę filozofii i religii, klimat, zaskakujące zakończenie oraz wielki bonus J rekomendację Remigiusza Mroza, która sprawdziła się w 100%. Wszystkim, którzy lubią wschodnie klimaty lub po prostu chcą spędzić czas przy dobrej literaturze, gorąco polecam J!

A na koniec ukłon w stronę Wydawnictwa Czwarta Strona za użycie czcionki, która naprawdę jest świetna w odbiorze dla osób, które mają problem ze wzrokiem. To niby mała rzecz, a wpływa na komfort czytania!

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

Jeffrey Small, Oddech Boga, przeł. Agnieszka Kalus, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2015.