wtorek, 24 lutego 2015

Powiew powtarzalności – Douglas Kennedy „Ta chwila”



„Miłość opiera się między innymi na nadziei. A nadzieja to niezwykle delikatne zjawisko istniejące na granicy między wielkimi możliwościami i jeszcze większym lękiem przed ich utratą. Straszne są te chwile, gdy odkrywamy, że równowaga między jednym a drugim została nieodwracalnie zachwiana”. (s. 418)



   Czasami czytając książkę, niemal nie dotykam słów. Płynę przez historię, pożeram ją wzrokiem, całą sobą, a kiedy nadchodzi koniec, czuję zarazem wspaniałe poczucie obcowania z pięknem i głębią, którą autor zawarł w swoim dziele oraz smutek, że postawiono już ostatnią kropkę. Zdarzają się jednak lektury, przez które brnie się z radością, że już bliżej końca. Książki, które czyta się trochę na siłę, z nadzieją, że dalej może będzie lepiej, że wciągnie nas historia. 
   Thomas Nesbitt jest starszym mężczyzną samotnie mieszkającym w Maine. Ma piękną, inteligentną i dorosłą córkę oraz jest autorem licznych publikacji, wydawać by się mogło, że powinien być szczęśliwy, ale do tego potrzebna jest przecież miłość. Jego małżeństwo nie było udane, choć nie nazwałabym go dramatem. Po prostu przeszło do historii. Zważywszy jednak na fakt, że rodzice nie pokazali mu czym jest prawdziwa miłość, nie można winić go za błędy, jakie popełnił. Jego spokojne życie zmienia się wraz z pojawieniem się przesyłki. Pewne imię i nazwisko przywołuje lawinę wspomnień i wprowadza czytelnika w przeszłość bohatera. 
   Cofamy się zatem do lat młodości Nesbitt’a, gdy jako początkujący pisarz, mający na swoim koncie jedną książkę o Egipcie, udaje się do Berlina, gdzie ma zamiar zdobyć materiały do kolejnej publikacji. To właśnie tam zderza się z „żelazną kurtyną”, podziałem tak dziwnym, sztucznym, w pewien sposób nierzeczywistym, jakby żywcem wziętym z powieści Kafki. Miasto podzielone między dwa systemy władzy, dwie strefy wpływów, różne style życia. Całkiem odrębne światy, w których egzystencja diametralnie się różni. NRD – szare, smutne miejsce stwarzające pozory socjalistycznego raju, w którym ludzie są szczęśliwi i wolni, podczas gdy tak naprawdę inwigilacja i donosicielstwo to stały element codzienności pozbawionej poczucia bezpieczeństwa. Czytając o tym miejscu odnosi się wrażenie, że jedynym sposobem na przetrwanie jest szukanie haków na innych i nieustanne zachowywanie czujności, gdyż tak naprawdę nie wiadomo, kto jest naszym przyjacielem, a kto wrogiem. Z drugiej strony mamy RFN – które cechują zachodnie wpływy, wolnościowe tendencje, lepsze zaopatrzenie. Dość powiedzieć, że wystarczy opisać Berlin po wschodniej stronie, by na zasadzie opozycji w zwięzły sposób przedstawić RFN jako lepsze do życia miejsce. To właśnie na granicy tych dwóch tak różnych światów przedzielonych murem pojawia się Thomas. Ma pisać książkę. Nie wie jednak, że jego historia potoczy się całkiem inaczej. 
   Po znalezieniu mieszkania u Brytyjczyka Alastaira Fitzsimonsa-Rossa bohater podejmuje pracę w Radiu Liberty. To tam poznaje Petrę Dussmann, w której zakochuje się bez pamięci. On człowiek, który całe życie uciekał przed prawdziwym uczuciem, nagle nie wyobraża sobie choćby dnia bez ukochanej. Znajduje spokój, ukojenie, szczęście. Również ona, tajemnicza uciekinierka z NRD, kryjąca mroczną tajemnicę i bolesną przeszłość, ulega miłości od pierwszego wejrzenia. Zaczyna się sielanka, wspólnie spędzone chwile, wyjazd do Paryża, snucie planów na przyszłe życie. On zrobiłby dla niej wszystko, ona pragnie wyrwać się z matni, w której się znalazła. Czy los da im szansę? Szczęście jest na wyciągnięcie ręki, jednak przeszłość kładzie się cieniem na wizji świetlanej przyszłości. 
   Przyznam szczerze, że nie zachwyciła mnie książka Kennedy’ego. Gdyby nie fakt, że czytałam ją na spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki, pewnie odłożyłabym ją i dała sobie spokój. Przez trzysta stron nie zaciekawiła mnie, a gdy związek bohaterów ograniczył się do wspólnie spędzanych nocy i nieustannych wyznań miłosnych „och, kocham cię, ja też ciebie kocham”, które występowały miejscami w zbytnim, jak dla mnie zagęszczeniu ;-) zwątpiłam. Ja naprawdę lubię historie miłosne, ale nie mogłam już tego znieść… Nieco rozwlekłą akcję, która mocno mi się dłużyła, rozruszała trochę historia Petry, ukazanie reżimu panującego za Checkpointem Charlie. Opowieści o życiu bohemy, donosach, będących codziennością systemu, bezpodstawnych oskarżeniach, metodach przesłuchań, wszystko to sprawiło, że wciągnęłam się w historię, a co za tym idzie, żałowałam, że autor dość lapidarnie potraktował te tematy. Dodatkowym smaczkiem było ukazanie historii z perspektywy zarówno Thomasa jak i Petry, choć jej punkt widzenia mógłby zostać bardziej rozwinięty. Zakończenie mnie jednak rozczarowało, było dość mgliste.
   Jeśli chodzi o bohaterów nie związałam się z nimi zbytnio. Nesbitt okazał się zranionym przez nieudane dzieciństwo człowiekiem, z jednej strony szukającym głębokiej miłości, której potrzebuje niczym tlenu, z drugiej zaś uciekającym przed nią, choć nie mogę powiedzieć, że nie dojrzewa w trakcie powieści. To intelektualista, który godzi się ze swoim losem, nie podejmując walki. Petra, kobieta głęboko zraniona przeszłością, skrzywdzona przez komunistyczny reżim i wielu ludzi, a jednocześnie wyrozumiała i umiejąca wybaczać. Mimo tego, czego dokonuje, nie jest złą postacią. Nie wzbudziła jednak we mnie głębszych emocji. Największą sympatią zapałałam do Alastaira, współlokatora głównego bohatera. Postaci nietuzinkowej, nie ze względu na to, że malarz ten był homoseksualistą uzależnionym od heroiny, ale z racji jego dość złośliwego poczucia humoru, ogromnego dystansu do siebie, i mądrości, którą umiał dzielić się we właściwych momentach z przyjaciółmi. Ogromnie żałuję, że to tylko postać poboczna, ponieważ zawładnął on moim sercem. Doświadczony przez życie, w swoich wypowiedziach przypominał mi czasami mentora, choć jego język nie zawsze był właściwy dla takiej funkcji. Jedyne, co wydawało mi się nierealistyczne w jego postaci, do zerwanie z nałogiem, nakreślone w sposób dość nierealny, zbyt szybkie i mało dotkliwe. 
   Blurb obiecywał mi wiele. To miała być niesamowita historia, która pozwoliłaby mi się oderwać od rzeczywistości. Dzięki niej ziemia miała zatrząść mi się pod nogami, moje serce ścisnąć z żalu, rozrzewnienia i zachwytu. Tymczasem ja brnęłam znudzona przez większość książki, która wcale mnie do siebie nie przekonała. W której najciekawsze okazały się fragmenty związane z działaniem Stasi i historia postaci drugoplanowej. A kiedy wreszcie autor zdobył moją przychylność i z zaciekawieniem przewracałam kolejne strony, bum! Jakby ktoś wyłączył prąd, światło zgasło i wróciłam do klimatu z początku powieści. Nie jestem krytykiem, nie rozpatruję „Tej chwili” z perspektywy czysto literackiej. Po prostu pomimo dobrych ocen, mnie do siebie ta lektura nie przekonała. Choć znalazłam w niej kilka perełek, całość miała dla mnie następujący wydźwięk - dbaj o miłość, nie miej sekretów, uważaj co robisz. Niestety Douglas Kennedy nie ujął mnie swoją historią, podobną do wielu innych miłosnych opowieści. Nie pomogło ciekawe tło historyczne i komplikowanie bohaterom życia. Czegoś mi tu zabrakło. Działania, klimatu, oryginalności…



Douglas Kennedy, Ta chwila, przeł. Barbara Jaroszuk, wyd. Świat Książki, Warszawa 2014.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz