sobota, 31 stycznia 2015

Naznaczony – Martin Sixsmith „Tajemnica Filomeny”


Są rzeczy, które zawsze będą budzić oburzenie. Sytuacje, które niszczą człowieka i zmieniają go na stałe. Trudno czytać o ludzkich dramatach, szczególnie gdy brakuje happy endu…



„- Proszę zwrócić uwagę na niezbite dowody, że matki, które pozwalają sobie na urodzenie takich dzieci, to w większości niereformowalne grzesznice z ogromnymi deficytami moralnymi. Jak wynika z badań, potomstwo upadłych kobiet jest skazane na rozmaite wynaturzenia. Zostało to potwierdzone naukowo. Ich dzieci są skazane na cierpienie i porażkę. Wsparcie finansowe ani społeczne, które pan proponuje, tego nie zmieni, dopóki dusze matek trawi grzech. Upadłe kobiety nie są zdolne zaopiekować się swoimi dziećmi. Zostawienie ich razem byłoby okrucieństwem zarówno dla matki, jak i dziecka” (s.44). 


   Wszystko zaczyna się w pewien świąteczny wieczór, gdy kobieta nie wytrzymuje i wyznaje swojej rodzinie sekret, który skrzętnie ukrywała przez wiele lat. Od tego czasu rozpoczyna się podróż w towarzystwie dziennikarza Martina Sixsmitha, który ma pomóc jej w rozwikłaniu przeszłości. A wierzcie mi przyłoży się do tego zadania z całą starannością.
   Wieczór, zabawa, Filomena Lee pozwala sobie na chwilę zapomnienia. Jest młoda, pragnie miłości, popełnia błąd… Kiedy okazuje się, że jest w ciąży rodzina odsyła ją do Roscrea do klasztoru, gdzie rodzice ukrywają swoje zhańbione córki. Dziewczęta są niejako wyklęte i pozostawione samym sobie. Nikt ich nie odwiedza, nie interesuje się ich losem. Siostry zapewniają im pracę, która ma pomóc spłacić dług za pobyt w klasztorze i być pokutą za grzech nieczystości. Praca jest ciężka, poród trudny, a najgorsze dopiero przed nimi…, gdyż każda z dziewcząt zmuszana jest do zrzeczenia się praw rodzicielskich i jakiegokolwiek prawa do poszukiwania swojego dziecka. Kobiety, które trafiają do klasztoru wychowują swoje pociechy przez krótki czas, a następnie przeżywają największy koszmar, jaki może spotkać matkę. Na ich oczach dzieci są sprzedawane zagranicę, odbierane mimo protestów. Adopcja na siłę, w której matka nie ma nic do powiedzenia, bo nawet prawo pożegnania się z dzieckiem zostało jej odebrane. A wszystko to w milczącym przyzwoleniu otoczenia.
Zarówno Filomena jak i jej przyjaciółka tracą dzieci. Mały Anthony, który w surowym środowisku zakonnym był otoczony miłością i łagodnością wraz ze swoją przyjaciółką Mary zostają adoptowani przez amerykańską rodzinę. Mają dobre życie, Anthony, któremu zmieniono imię na Michael zostaje znanym prawnikiem a następnie ważną osobistością w rządzie George’a Bush’a Seniora. Jego życie jednak tylko na pozór wydaje się wspaniałe. 
  „Tajemnica Filomeny” w niewielkim stopniu opowiada o tytułowej bohaterce i jej zmaganiach z odnalezieniem utraconego dziecka, w większości poświęcona jest osobie jej syna. To właśnie Anthony Lee – Michael Hess wysuwa się na pierwszy plan. Autor dokładnie odmalowuje portret kochanego dziecka wychowywanego przez matkę i zakonnice, potem przybranego syna państwa Hess, wreszcie człowieka sukcesu szukającego swojej tożsamości. Towarzyszący mu nieustannie przymus udowadniania, że musi być najlepszy, nie może sprawiać najmniejszych problemów, gdyż znów zostanie oddany, pozbawiony miłości, na zawsze naznaczają jego życie. Najpierw chłopiec, a następnie mężczyzna zmaga się z kompleksem niższości, poczuciem odmienności, własną seksualnością. Żyje w poczuciu winy i strachu. Tłumiony przez lata gniew, w końcu wybucha ze zdwojoną siłą, prowadząc do zachowań autodestrukcyjnych. Na przykładzie życia bohatera doskonale widać, jakim bagażem emocjonalnym może być obciążone dziecko, które zostało porzucone przez swoją matkę, dziecko któremu nikt nie wyjaśnił, prawdziwych powodów adopcji. 
  Kolejnym tematem jest podejście do adopcji i posiadania przez kobiety samotne dzieci w Irlandii. Dziwi mnie, że ludzie, którzy mówią o miłosierdziu tak ostro traktowali dziewczęta, które popełniły grzech rozwiązłości. Nieczułość siostry Barbary i Hildegardy, wysyłanie dzieci za granicę, uniemożliwianie kontaktu i odnalezienia się rodzin oraz odmowa podania jakichkolwiek informacji nawet w obliczu śmierci były dla mnie szokiem. Dodać należy, że Filomena sprawiedliwie przyznaje, że nie wszystkie siostry były takie jak wymienione wyżej zakonnice. Niektóre wspomina jako naprawdę wspaniałe i ciepłe jak np. s. Anuncjata. Sam zaś proceder adopcji budził wątpliwości władz świeckich, które starały się zmienić istniejące prawo. Zatrważającymi mogę nazwać praktyki rozdzielania matek z dziećmi bez pożegnania, wymuszania zgody na adopcję, zastraszania kobiet, które żyły z piętnem hańby, a następnie niszczenia dokumentów i utrudniania odnajdywania się rodzinom, dlatego ciężko mi przyjąć wyjaśnienia, że to wszystko dla dobra potomstwa. 
   Książka Martina Sixsmitha to próba ukazania historii człowieka, który odniósł sukces, ale przez całe życie był nieszczęśliwy, szukał wypełnienia pustki, odpowiedzi na najważniejsze pytanie, dlaczego ktoś, kto powinien mnie kochać, oddał mnie obcym ludziom. Dlaczego nie walczył, choć Anthonemu zawsze towarzyszyło poczucie, że matka stara się go odnaleźć. Narzucona przez siebie rygorystyczna dyscyplina nakręcana paraliżującym strachem przed ponownym odtrąceniem, sprawiła, że odpychał od siebie ludzi, którym na nim zależało, że odrzucał to, czego najbardziej pragnął – miłość i akceptację. Złożoność tego człowieka, prowadzącego podwójne życie Irlandczyka-Amerykanina, kochanego syna i porzuconego dziecka, człowieka sukcesu i zalęknionego perfekcjonisty a w końcu republikanina i geja, naznaczyła jego życie dość mocno. Powiem szczerze, że czytając tę historię, żal mi było Michaela, który wytrwale brnął ku autodestrukcji i często chyba sam nie wiedział, kim tak naprawdę jest. 
  Napisana prostym językiem, na szczęście nie z perspektywy oburzonego obywatela czy przepełnionego gniewem i niechęcią dziennikarza, ale dość obiektywnego obserwatora opowieść, stanowi ciekawą lekturę o czasach i wydarzeniach, o których może nie wszyscy słyszeli. To także relacja o tym, jak bardzo przeżywamy pewne wydarzenia, bez względu na wiek. O tym, że powinniśmy reagować na to, co się dzieje obok nas, gdyż „Aby zło zatriumfowało, potrzebna jest tylko bierność dobrych ludzi” (s. 399-400).


Martin Sixsmith, Tajemnica Filomeny, przeł. Magdalena Rychlik, wyd. I, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz