środa, 10 grudnia 2014

Zabawa w kotka i myszkę – Simon Beckett „Chemia śmierci”



„Znaliśmy również bestię, która je zabiła.

     Świadomość ta powoli zapuszczała korzenie, gdy wyruszaliśmy na poszukiwania. I chociaż jeszcze nie rozkwitła, puszczała już pierwsze pędy. Widać to było choćby po tym, jak ludzie na siebie patrzyli. Wszyscy słyszeli o mordercach, którzy uczestniczyli w poszukiwaniach. O tym, że publicznie wyrażali odrazę i współczucie, że wylewali krokodyle łzy, mając na rękach ledwie zaschniętą krew ofiary i serce ropiejące od jej ostatnich krzyków i błagań. Dlatego chociaż rozgarniając trawę i zaglądając pod każdy krzak, mieszkańcy Manham okazywali wielką solidarność, zaczynała lęgnąć się wśród nich podejrzliwość”. 



   Doktor David Hunter to tajemnicza postać. Ten wybitny specjalista w dziedzinie antropologii sądowej pewnego dnia przybywa do Manham, małego miasteczka, by zostać lekarzem. Jego decyzja podyktowana jest chęcią ucieczki od bliżej nieznanej czytelnikowi przeszłości. Postanawia on zatem zacząć nowe życie w nudnej, spokojnej i oddalonej od zgiełku cywilizacji mieścinie. Nie podejrzewa jednak, że i takie miejsca kryją w sobie mroczne sekrety.
       Wszystko zaczyna się od znalezienia rozkładających się zwłok. Następnie pojawiają się martwe zwierzęta. Zostaje porwana jedna z mieszkanek Manham, a to dopiero początek. Z upływem czasu sytuacja tylko się zaognia. Pomimo trwającego śledztwa niewiele wiadomo. Czas ucieka, a ofiar przybywa. Jak poradzi sobie z tym wszystkim detektyw Mackenzie i David Hunter? Czy odnajdą sprawcę i zdołają zatrzymać rozkręconą spiralę makabrycznych wydarzeń? 
       Książka Simona Becketa wciągnęła mnie na kilka wieczornych chwil. Czytało się ją zachłannie, pragnąc poznać odpowiedź na pytanie, które zadaje sobie każdy czytelnik, czy dobrze wytypowałem mordercę J. Powiem szczerze, że choć dość wcześnie właściwa osoba pojawiła się w kręgu moich podejrzeń, to do samego końca autor zwodził mnie i wodził za nos, tak prowadząc akcję, by poddawać w wątpliwość mój wybór i o to chodzi w kryminałach i thrillerach. Przeskakiwałam więc między bohaterami z domysłami, a może to jednak ten, a może tamten, choć nieźle byłoby gdybym trafiła ;-). Okazało się, że miałam rację, choć pewność uzyskałam dopiero na końcu, który był jednak dla mnie zaskoczeniem. 
    „Chemia śmierci” już na samej okładce miała napis, który gwarantował mi niezapomniany czas spędzony z ciarkami na plecach. "Już po trzydziestu sekundach przechodzi cię dreszcz. Po minucie masz serce w gardle. A kiedy kończysz czytać, dziękujesz Bogu, że to tylko powieść". Tak się zastanawiam czy jestem już przez te lata, które spędziłam na tej ziemi tak uodporniona, że faktycznie moja wytrzymałość na makabryczne rzeczy jest zwiększona czy po prostu jednak powieść Beckett’a nie jest aż tak krwawa i straszna. Oczywiście mamy psychopatę i jego pokręcony umysł, ból i znęcanie się zarówno psychiczne jak i fizyczne nad kobietami oraz mordowanie zwierząt, ale to jednak nie to, co obiecują wspomniane wyżej słowa. Jest źle, ale spodziewałam się czegoś o wiele gorszego. Myślałam, że będę ze zdenerwowania niemal gryźć poduszkę albo zakładkę do książki ;-), że historia wbije mnie w fotel i nie pozwoli od siebie odejść. A jednak nie…
    Dostałam wciągającą powieść, w której autor bardzo dobrze manipuluje różnymi wskazówkami, rzuca cień podejrzenia to na jedną, to na drugą osobę, gdyż podobnie jak narrator powieści, doktor David Hunter czytelnik stopniowo odkrywa prawdę. Podobało mi się ukazanie małomiasteczkowej atmosfery zamkniętej społeczności, która za swoich uważa jedynie tych, którzy od urodzenia byli w ramach jej struktur. Pozostali, choćby mieszkali w Manham od wielu lat, nadal pozostawali obcymi. Szczególnie uwidaczniało się to w perspektywie zagrożenia, kiedy każdy był potencjalnym podejrzanym, nawet dobrze znany sąsiad, a co dopiero przybysz z zewnątrz. Budzące się w mieszkańcach wątpliwości, zagrożenie, strach a potem nieufność, dodają całej powieści smaczku. Zabrakło mi nieco wniknięcia w psychikę agresora oraz lepszego ukształtowania pewnych bohaterów, ale autor stworzył ciekawe postaci. Przyznam szczerze, że chciałabym nieco lepiej poznać pastora Scarsdale’a i detektywa Mackenziego, gdyż wydali mi się interesującymi osobami. Szczególnie zaś zaintrygowało mnie to, jakimi wartościami kierował się tak naprawdę duchowny i do jakiego celu dążył.
    Pomimo zbyt przesadzonej reklamy zawartej na okładce i retardacji, jaką zastosował autor, wplatając w wydarzenia wątek miłosny, z całą pewnością mogę powiedzieć, że „Chemia śmierci” to książka godna uwagi. Wciągająca, pełna napięcia i z zaskakującym zakończeniem, bo nie da się go do końca przewidzieć J, jest naprawdę rozgrzewającą lekturą na zimowe wieczory. 


Simon Beckett, Chemia śmierci, przeł. Jan Kraśko, wyd. Amber, Warszawa 2006.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz