piątek, 28 listopada 2014

O tęsknocie do świata baśni




     Patrzę sobie na niedawno kupiony egzemplarz "Władcy Pierścieni" i myślę nad tym, w czym tkwi fenomen takich opowieści. Nie chodzi mi o świetnie wykreowanych bohaterów, zapierającą dech w piersiach fabułę czy znakomity język tej książki. W zasadzie nie myślę jedynie o Tolkienie, ale o wielu innych książkach, które porywają rzesze czytelników.
     Od dziecka gościmy w świecie baśni, bo cóż innego czyta się dzieciom do snu. Poznajemy Kota w butach, Królewnę Śnieżkę, Czerwonego Kapturka, Królową Śniegu, Dziewczynkę z zapałkami i wiele innych postaci. Mieszkamy z zamkach, udajemy się w dalekie podróże, przeżywamy przygody. Potem dorastamy i zmieniamy lektury. Pewnie niektórzy nadal goszczą w magicznych krainach, inni może nie. Ale jakoś tęsknimy do miejsc, w których wszystko jest możliwe. Gdzie możemy być do bólu prawdziwi. Im bardziej świat jest brutalny, im bardziej sprowadza nas na ziemię, tym jakoś bardziej rodzi się tęsknota za miejscami, gdzie dobro zwycięża, gdzie można sobie potańczyć z Hobbitami, pogadać z Aslanem czy powędrować z Wiedźminem. I to są chwile wytchnienia, małe kryjówki, które warto mieć, żeby znaleźć odtrutkę na wiele wydarzeń, które naprawdę ciężko przetrawić...

W pogoni za Kosogłosem

   

 Czekałam na ten film z mieszanymi uczuciami. Przez książkę trudno było mi przebrnąć. Jakoś brakowało mi werwy bohaterki, choć nie powinno nikogo dziwić, że zachowywała się i miała tak a nie inaczej. Po tym, co przeszła i tak świetnie, że nie sfiksowała i kompletnie nie odpłynęła w szaleństwie. Czytelnik mógł jednak mieć pewien niedosyt, bo przyzwyczajony do twardego charakteru Katniss nagle spotkał się z kimś całkiem innym. Nie było to może kompletne zaskoczenie, bo już druga część zapowiadała zmiany w psychice bohaterki, ale jednak... Autorka postawiła wszystkich przed czymś, co zaskoczyło, a przynajmniej nieco zbiło z tropu odbiorców przyzwyczajonych, że nieważne ile razy bohater oberwał, otrzepywał się i szedł dalej, coś jak w książce, którą czytała Hazel z "Gwiazd naszych wina". To oczywiście pół żartem, pół serio, ale jakaś prawda tkwi w tym, że wielu bohaterów pozostaje w pewien sposób niewzruszonych, niezłomnych, czy inaczej mówiąc, przeżywają wszystko dopiero po zakończeniu akcji. Miałam więc nadzieję, że film będzie dla mnie milszy w odbiorze i nie zawiodłam się. Pozwolił mi on łaskawiej spojrzeć na książkę i lepiej ją zrozumieć.
      Może zacznę od muzyki, która bardzo mi się podobała. Przyznam, że nie jest jej dużo, przynajmniej jak na mój gust, ale powiem szczerze, że począwszy od "Igrzysk Śmierci" podoba mi się, to co tworzy tło, klimat i cały muzyczny świat ekranizacji. Po głowie ciągle mi chodzi "Drzewo wisielców" i melodia kosogłosa. Wszystko przemyślane i świetnie wkomponowane w wydarzenia.
      Myślę, że o aktorach nie muszę mówić. Kto oglądał wcześniejsze części, już wyrobił sobie zdanie. Napomknę, że podoba mi się, iż Jennifer Lawrence, która jest naprawdę piękną kobietą w filmie przypomina Katniss, jest po prostu zwykłą dziewczyną, nie olśniewająco piękną, ale taką zwykłą z Dystryktu 12. O prezydencie Snow i Haymitch'u nie muszę wspominać, bo ci aktorzy są genialnie dobrani do swoich ról. Pozwolę sobie zwrócić uwagę na nową postać, mianowicie prezydent Coin, którą gra Julianne Moore. Myślę, że bardzo dobrze wcieliła się w swoją rolę, surowej i oszczędnej w słowach bohaterki, która powiem szczerze nie budzi sympatii. Co ciekawe, oglądając film ciężko było mi uwierzyć, że prezydent ma pasemka, a przynajmniej tak odbieram te jaśniejsze pasma przy twarzy. W końcu to niemal szaleństwo w takim miejscu jak Dystrykt 13, w którym reżim wojskowy i jednolitość to chleb powszedni. 
      No i tu dochodzimy do świata stworzonego przez filmowców. Bardzo ciekawie wyglądająca 13, choć powiem, że podczas czytania jakoś bardziej wyobrażałam ją sobie jako część podziemnych grot i skał, a tutaj znalazłam świat pod ziemią (nie wiem, może za dużo "Hobbita" się naoglądałam ;-) albo moja imaginacja poszła w inną stronę), który jest całkowicie zbudowany od a do z. Skojarzyło mi się to w budynkami DRESZCZ-u z "Więźnia labiryntu". Powiem jednak, że kontrast pomiędzy światem zewnętrznym a 13 jest ogromny i dało się to odczuć. Jedną z najmocniejszych scen, były dla mnie odwiedziny Katniss w jej rodzinnym dystrykcie i to, co tam zastała...
     Powiem szczerze, że na ekranie łatwiej było mi odbierać budzące się powstanie. Patrząc na ludzi, którzy szli na pewną śmierć w imię wolności i zmiany przyszłości swoich dzieci oraz tych, którzy zdołają przetrwać chyba głębiej zrozumiałam przesłanie "Kosogłosa". Myślę, że czytając go teraz, całkiem inaczej odbiorę tę książkę. Z jednej strony dlatego, że sporo czasu minęło od jej lektury, z drugiej dlatego, że łatwiej pewne rzeczy pojąć, jeśli się je widzi. A niezłomność mieszkańców dystryktów, ich pragnienie wyrwania się spod niewoli Kapitolu były mocno podkreślone, choć powiem szczerze, że sam wątek buntów można było jeszcze bardziej rozbudować, co moim zdaniem wzbogaciłoby film. Ważną rzeczą jest także to, jak reżyser ukazał sposób, w jaki Coin i Plutarch manipulowali główną bohaterką, by zrealizować swoje cele, nawet jeśli były one usprawiedliwione i słuszne.
       Moja VIP-owska wizyta w kinie (bo miałam całą salę tylko dla siebie :D) była bardzo udana i żal było wychodzić ze świadomością, że na ostatnią część trzeba będzie czekać rok... "Kosogłosa" mogę śmiało polecić każdemu. To bardzo dobry film, który wzbudza emocje. 
Na koniec ciekawostka. Panem nie odpuściło nawet kotu Katniss i go przefarbowało, ich macki są wszędzie a bezwzględność nie zna granic ;-). Tak swoją drogą, ciekawe, kto odpowiada za wtopę z kotem ;-) no chyba, że bomby z Panem są jakoś tak zmodyfikowane, że kotu zmienił kod genetyczny ;-).

wtorek, 25 listopada 2014

Kraina bezduszności - Allan Philips, John Lathusky „Porzucony. Droga z koszmarnego rosyjskiego domu dziecka do nowego życia w Ameryce”



„Anioł Stróż nie pojawił się ani tej nocy, ani następnego dnia, ani w kolejnym tygodniu. Było tak, jakby Wania znalazł się poza zasięgiem aniołów, w najniższym kręgu piekła, w którym stopniowo pozbawiano go człowieczeństwa. Najpierw zgolono mu głowę, zaczął więc przypominać więźnia. Nie miał z kim rozmawiać, więc jego umiejętność mowy zaczęła się cofać, a jego głos został zredukowany do szeptu, gdy leżał pośród najbardziej odrażających aktów przemocy i zaniedbania, zaczął tracić pewność siebie i opanowanie. W końcu jego rączki zaczęły drżeć niekontrolowanie od leków, które mu podawano, by go otumanić. Spadł w największą otchłań, w której człowiek przestawał być członkiem rasy ludzkiej i sięgał punktu, z jakiego nie było już powrotu”.




     O tej książce powiedziała mi znajoma. Kiedy pokazała mi ją i przeczytałam informację z okładki, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Spodziewałam się trudnej historii, ale to, z czym się spotkałam po prostu mnie poraziło…
     Zawsze istniały dzieci niechciane lub takie, które do sierocińca trafiły nie ze względu na śmierć rodziców, ale ponieważ nie umieli oni sobie z nimi radzić, czy to przez własną bezsilność, alkoholizm, nędzę czy z innego powodu. Dom dziecka, nawet mimo starań personelu nie zastąpi nigdy prawdziwego domu, nie jest miejscem, w którym spragnione uwagi dzieci zaspokoją swoje potrzeby, poczują się wyjątkowe, przynależące do danej rodziny, osoby. Nie może on jednak być instytucją, która niewoli, unieszczęśliwia, pozbawia jakichkolwiek praw.
  Wania, główny bohater „Porzuconego” to mały chłopiec zamieszkujący jeden z domów dziecka w Moskwie. Ze względu na swój stan, zakwalifikowany zostaje jako oligofrenik, czyli ktoś o obniżonych zdolnościach adaptacyjnych i poziomie intelektualnym i trafia do grupy dzieci, które są pozostawione sobie. Spragniony miłości, bystry, niezwykle inteligentny, pokorny chłopiec, wyczekuje codziennie „dnia Walentyny”, czyli dyżuru swojej ulubionej opiekunki, kobiety która czasami przynosi mu coś do zjedzenia z domu czy okazuje sympatię. 
     Dom Dziecka, w którym mieszka to instytucja, którą ciężko nazwać dobrą. Personel nie przejmuje się wychowankami, dzieci karmione są jak tuczne zwierzęta, byle szybciej, ogromnie rzadko do bawienia się dostają stare, zniszczone zabawki. Wszystkie nowe, które trafiają do placówki dzięki pomocy, najczęściej zagranicznych gości, są im zabierane. Podopieczni instytucji chodzą w niedopasowanych, starych ubraniach. Nikt nie troszczy się również o ich rozwój fizyczny. Dzieci są przywiązywane do chodzików czy sadzane na krzesełkach na wiele godzin a potem zmuszane do długich drzemek. Nie potrafią chodzić. Jeśli same tak jak Wania nie nauczą się mówić, nie mają szans na porozumiewanie się z otoczeniem. Praktycznie nikt się nimi nie przejmuje. W wieku czterech lub sześciu lat przechodzą test, który pozwala im albo udać się do zakładu, w którym będą mogły podjąć naukę albo zostają zesłane do szpitali psychiatrycznych, gdzie umierają powolną, straszną śmiercią. Co ciekawe w ośrodku nie brakuje personelu, są sale rehabilitacyjne, ale wszystko jest jedną wielką fikcją, gdyż pracownicy nie kwapią się do wykonywania swoich obowiązków, a pomieszczenia są zamknięte na klucz. Nie słychać tu nie tylko śmiechu, ale nawet głosów dzieci. Panuje dziwna cisza. Sierociniec bardziej przypomina więzienie, gdyż wychowankowie nie wychodzą na zewnątrz, nie znają świata spoza murów, w których spędzili całe życie. Zachwycają się najmniejszymi rzeczami, jak np. możliwością wyłączania samodzielnie lampki w przyszłości. W marzeniach mają dom, w którym można zjeść tyle chleba, ile tylko się zapragnie.
      Jeszcze gorsze warunki panują w szpitalach psychiatrycznych. Dziećmi zajmują się starsi pacjenci. Odurzone lekami całymi dniami leżą nagie we własnych odchodach na materacach z syntetycznych tkanin. Doświadczają również przemocy, nie tylko ze strony współmieszkańców ale i personelu. 
     W takim świecie przychodzi żyć Wani. Chłopiec jest jednak nieprzeciętny, dzięki niezwykłej inteligencji, ciekawości świata, ujmującemu sposobowi bycia i pewności siebie zyskuje sympatię, najpierw Wiki, kobiety która odwiedza sierociniec, potem Sary żony angielskiego korespondenta, a następnie szeregu innych osób. Dzięki tym ludziom wyrywa się z rosyjskiego piekła państwowej opieki. Nim jednak do tego dojdzie Wania będzie musiał przejść przez niewyobrażalne cierpienie. 
     Książka Allan'a Philips’a i Jona’a Lathusky’ego po prostu rozłożyła mnie na łopatki. Poraziła, rozwaliła, poczułam się jakbym dostała obuchem w łeb. A myślę, że i takie stwierdzenia to za mało. Ciężko mi pisać i myśleć o niej jako o powieści, bo jest przecież relacją prawdziwych zdarzeń w formie powieści. Nie mogę napisać o Wani, dzisiejszym Johnie jako o postaci literackiej. Mogę jednak powiedzieć, że chylę czoła przed hartem ducha tego człowieka, który od dziecka się nie poddawał. Który znalazł w sobie siłę, by przetrwać najgorsze, pobyt w szpitalu, w którym zmarznięty leżał we własnych fekaliach, gdzie zaatakował go inny chłopiec. Gdzie w końcu był więźniem, któremu zgolono głowę i czekano na jego śmierć, która miała być tylko kwestią czasu. Chylę czoła przed wielkim sercem i człowieczeństwem bohatera, bo które dziecko bez wychowania wykształca w sobie taką empatię, by nawet w najtrudniejszych momentach życia myśleć o innych, które uczy przyjaciela mówić, prosi by zabrano z nim także koleżankę, która nie może sama wychodzić. Wania jest fenomenem nie tylko jako samouk i człowiek niezwykle wrażliwy, ale jako ktoś kto ma odwagę walczyć o swoje – o czym świadczy jego zachowanie w szpitalu, uporczywe ćwiczenie chodzenia po operacji czy robienie wszystkiego, by znaleźć rodzinę. Jego wielka potrzeba miłości i przyjmowanie jej od każdego, tęsknota za domem i niemal natychmiastowe przyjmowanie ludzi ogromnie mnie ujęły. Czytając o tym samotnym, pełnym ciepła chłopcu, który nigdy się nie poddał, nie mogłam uwierzyć, że miał tylko kilka lat. Zrozumienie dla niepowodzeń w życiu, brak obarczania winą innych, znoszenie bolesnego i samotnego pobytu w szpitalu oraz wielka dojrzałość ciągle mnie zaskakiwały u Iwana.
     Powiem szczerze, że przez całą lekturę włos jeżył mi się na głowie. Pytałam siebie, gdzie są organizacje broniące praw człowieka? Gdzie jest najzwyklejsza w świecie ludzka dobroć i troska o drugiego człowieka, a jeśli nie to, to chociaż odrobina przyzwoitości? Jak można wiązać i zamykać dzieci? Bić je, odurzać lekami, skazywać na tzw. reżim łóżeczkowy? Jak to możliwe, że maluchom, które w innych krajach spokojnie uczą się w szkołach zabierane jest całe życie? Że umierają w ośrodkach, zaniedbane, zapomniane, niekochane i nikomu niepotrzebne? Jakim cudem w kobietach nie ma nawet krzty instynktu, by mieć choćby odrobinę ciepła do podopiecznych? Przed moimi oczami przewinęła się zastraszająca wizja państwa, w którym człowiek nic nie znaczy. W którym wszystko jest na pokaz, a dobro dziecka nie ma żadnego znaczenia. Który przepełniony jest paradoksami i lękiem przed zwierzchnikami. Bo weźmy choćby przykład Adeli, dyrektorki domu dziecka, która bała się oddać wychowanków do zagranicznej adopcji, by nie zostali sprzedani na organy, a pozwalała im umierać w warunkach gorszych niż zwierzęta. Jak wytłumaczyć przesiąknięty korupcją system adopcyjny, który nie ma pojęcia czym jest dobro dziecka? Łapówki, wojny z tymi, którzy starają się coś zrobić dla maluchów, którzy jawnie protestują przeciw korupcji, sabotowanie wniosków adopcyjnych i zastraszanie to obraz Rosji, w której nie ma miejsca na dobro dzieci. Z drugiej strony osoby takie jak Walentyna, Wika, Maria, którym leży na sercu los sierot.
      Prawdziwa historia z happy endem można powiedzieć, a jednak czuję, że to smutna i przerażająca opowieść o tym, jak w cywilizowanym świecie nadal panuje bezduszność tłumaczona niskimi zarobkami czy zmęczeniem, jak niewiele znaczą w niektórych miejscach dzieci. Jedna diagnoza może przekreślić wszystko, zamienić życie dziecka w piekło. „Porzucony” rani serce, bo gdy czyta się o Wani, o tym co przeszedł, nie sposób nie protestować, nie myśleć „co z tym światem, co z tymi ludźmi”?!? Książkę, choć nie jest to lekka lektura, polecam każdemu, bo czasami trzeba nam przypominać, że nie wszędzie dzieje się dobrze, że trzeba coś z tym zrobić!!!

Allan Philips, John Lathusky, Porzucony. Droga z koszmarnego rosyjskiego domu dziecka do nowego życia w Ameryce, tłum. Agnieszka Myśliwy, wyd. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2012.

sobota, 22 listopada 2014

THE HUNGER GAMES TAG






1. Która z książek jest twoją ulubioną z całej trylogii?


Najbardziej lubię „Igrzyska śmierci” ponieważ to początek wciągającej historii, która mnie urzekła. Wszystko dzieje się szybko, bohaterowie są zaskakiwani nie tylko rozwojem zdarzeń, ale również swoimi reakcjami. Poza tym czytelnik poznaje całkiem nowy, oryginalny świat. 


2. Jak długo wytrwałabyś w Głodowych Igrzyskach?


Pewnie zginęłabym jako jedna z pierwszych. Za szybko nie biegam, więc chyba nie dałabym rady uciec. Przede wszystkim jednak nie byłabym w stanie nikogo skrzywdzić, więc pewnie popełniłabym falstart i BUM!!!

Ale gdyby ktoś chciał się sprawdzić, czy przetrwałby w Igrzyskach Śmierci, podaję linka do gry :-)
THE HUNGER GAMES GAME


3. Jaka najdziwniejsza rzecz znalazła się w książkach? 


Zdziwiły mnie cztery rzeczy. Przede wszystkim to, jak ciężko takiej osobie jak Katniss przychodziło uzewnętrznianie i rozumienie swoich uczuć, jak introwertyczną osobą była, co wydaje mi się utrudniało jej życie. Drugim zdziwieniem była wizyta prezydenta Snow’a w domu Katniss, bo przecież skoro była takim zagrożeniem przecież mógł ją zabrać do Kapitolu i stale mieć pod okiem lub zmienić ją w kogoś posłusznego Panem. Trzecią natomiast pomysł Peety, że Katniss jest z nim w ciąży. Kiedy o tym przeczytałam opadła mi szczęka, ale kiedy to się stało? Ostatnie zaskoczenie związane było z Haymitch’em, tym jak się otworzył i jak zmienił, gdy doszło do 75 Igrzysk. Powiem szczerze, nie podejrzewałam, że ma w sobie jeszcze tyle siły.


4. Jak dowiedziałaś się o książkach?


Po książki sięgnęłam po drugim filmie, gdyż byłam ciekawa jak potoczy się historia i nie zamierzałam czekać na „Kosogłosa”, który jest przecież rozbity na dwa filmy. Wypożyczyłam więc trylogię z biblioteki i zanurzyłam się w świat „Igrzysk Śmierci”. Ponieważ pierwszą część oglądałam kilka razy, pamiętałam ją dobrze i mogłam wychwytywać różnice między książką a filmem, co bardzo lubię robić J.


5. Twoja ulubiona postać z książek?


Jest ich kilka. Po pierwsze Effie, bo zmieniała się na moich oczach. Z zainteresowanej wypromowaniem siebie opiekunki trybutów stała się kimś bliskim bohaterom. Przeżywała smutek, gdy ponownie trafili na arenę, starała się być częścią ich zespołu, kimś przyjaznym dla trybutów, a nie tylko marionetką systemu panującego w Panem. Z jednej strony ekscytowała się Igrzyskami jak wszyscy Kapitolińczycy, ale pojęła też czym tak naprawdę jest ta gra. Była barwna (podobały mi się jej kolorowe stroje J), ale i refleksyjna. Drugą postacią jest Finnick, gdyż był postacią złożoną. Z jednej strony grał Casanovę, który rozkochiwał w sobie kobiety w Kapitolu i zdobywał ich zaufanie, co przydało mu się i było mądrym posunięciem, z drugiej miał drugie, pełne ciepła i miłości oblicze. I był słodki J. Polubiłam Rue za jej wielkie serce i opiekuńczość, Cinnę za mądrość, dalekowzroczność i wielki talent oraz Haymitch’a za jego nieobliczalność.


6. Ulubiony moment, który zdarzył się w Igrzyskach?


To moment, gdy Katniss wspominała swoją przeszłość i śpiewała „Drzewo wisielców”.


7. W jakim dystrykcie byś żyła?


Gdybym musiała, to w Kapitolu, bo tam jest najłatwiej, ale jeśli miałabym wybrać dystrykt to pewnie w Jedenastce, bo uwielbiam przyrodę lub w czwórce ze względu na wodę J.


8. Najbardziej emocjonalny moment w książkach?


Oczywiście śmierć Rue i to jak Katniss przyozdobiła jej ciało kwiatami. Wzruszyła mnie również opowieść o miłości Finnick’a do Annie, śmierć Prim i Finnick’a oraz scena, w której Katniss śpiewa drzewo wisielców.


9. Jaką jedną rzecz zabrałabyś gdybyś szła na arenę?


Sama nie wiem… jedyną rzeczą, z którą się nie rozstaję jest mój krzyżyk.


10. Jaki najgorszy plan ktoś wymyślił w książkach?


Najgorszym planem dla mnie było zorganizowanie Igrzysk Śmierci w ogóle, a szczególnie dla dzieciaków z Kapitolu.


11. Ulubiony czarny charakter tej książki


Myślę, że Prezydent Snow, bo miał charakter, widział reakcje dystryktów, umiał działać, przeiwdywać i miał piękne róże. Był połączeniem bezwzględnego dyktatora z człowiekiem, który kocha swoją rodzinę i przyrodę. 


12. Czego najbardziej nie możesz doczekać się w filmie?


Najbardziej ciekawi mnie jak reżyser przedstawi przeprawę bohaterów przez Kapitol i samo zakończenie książki.

czwartek, 20 listopada 2014

Nie kupuję tego – Eben Alexander „Dowód. Prawdziwa historia neurochirurga, który przekroczył granicę śmierci i odkrył Niebo”



"Miejsce, w którym się znalazłem, było jak najbardziej realne. Realne do tego stopnia, że to raczej życie na ziemi, do którego wróciłem, powinienem uznać za sen".




     O tej książce słyszałam wiele dobrych a nawet bardzo dobrych opinii, więc byłam ogromnie ucieszona i ciekawa, gdy w końcu udało mi się ją dorwać w moje ręce. Zaczęłam czytać i…
  Wizje zaświatów zawsze interesowały ludzi a „Dowód” reklamowany jest jako obraz drugiego świata, jakiego jeszcze nie było. Dokument, który opisuje życie po śmierci inaczej niż znane publikacje. Książka tym bardziej powinna przekonywać, ponieważ autor jest człowiekiem nauki, który niegdyś kierował się jedynie faktami i naukowymi tłumaczeniami zaistniałych zjawisk, a nie wiarą w cuda i interwencję sił wyższych.
    Wszystko zmieniło się od czasu jego choroby. W 2008 roku znalazł się w szpitalu na skutek bakteryjnego zapalenia opon mózgowych wywołanego przez pałeczkę okrężnicy. Jego stan nie tylko był fatalny, ale sukcesywnie się pogarszał. Przerażona rodzina nieustannie czuwała przy nim podczas gdy on zgłębiał tajniki zaświatów. 
       Na początku trafił do dziwnej „krainy widzianej z perspektywy dżdżownicy”, której opis sprawił, że przyznaję, stanowczo nie chciałabym się tam znaleźć za żadne skarby świata, bo najnormalniej w świecie bym zwariowała. Opis tego miejsca wywoływał we mnie niepokój i jakoś kojarzył mi się z malarskimi wizjami piekła. Stamtąd Eben Alexander trafił do Tunelu a w końcu do Jądra, będącego centrum poznania wszystkiego. Podczas swoich wędrówek napotkał boga, którego ochrzcił imieniem Om i piękną dziewczynę z którą przemieszczał się na motylu o barwnych skrzydłach. Samo istnienie w tym niezwykłym miejscu było zgoła inne od ziemskiego. Odbieranie rzeczywistości było intensywniejsze, a sposób poznawania bardziej dogłębny, prostszy. Autor przyznaje, że czuł się częścią wszechświata, był z nim zintegrowany, a wszędzie otaczała go miłość i akceptacja. Wizyty w jądrze sprawiały, że zgłębiał wiedzę, jakiej nigdy nie osiągnąłby na ziemi. 
       Poza wizją zaświatów mamy w książce także opis zdarzeń w szpitalu. Autor relacjonuje zachowanie rodziny i znajomych, którzy nie odstępują go krok i swoją miłością, próbują przywrócić do świata żywych. Zdarzenia te przeplatają się z diagnozami medycznymi. Eben Alexander z jednej strony analizuje swój przypadek bardzo rzetelnie, podchodzi do tego z rezerwą, jaka towarzyszyła mu podczas spotkań z pacjentami, którzy mówili mu o wierze i cudach, z drugiej zaś przedstawia swoją historię, by zaświadczyć o istnieniu zaświatów. Zdaje sobie sprawę, że znacznie łatwiej przyjdzie mu przekonanie czytelników i zwykłych ludzi, niż lekarzy, którzy będą mówić o halucynacjach i efektach związanych z postępującą chorobą. Jednak sam przyznaje, że jego misją jest świadczenie o istnieniu lepszego świata. 
     „Dowód” ogromnie mnie rozczarował. Po opisie z okładki miałam nieposkromiony apetyt na książkę, która po prostu wbije mnie w fotel, ukaże mi coś wspaniałego, przez co nie będę w stanie długo do siebie dojść. Tymczasem dostałam opis jakiegoś dziwnego miejsca, które wcale mnie nie zachwyciło ani nie porwało i powiem szczerze, że już wolę wszelkie opowieści o ogrodach niż dość niesprecyzowaną wizję zaświatów z krainami widzianymi z perspektywy dżdżownicy, jądrem i innymi dziwami. Jasne jest, że autor broni się, że niemożliwością jest opisanie w ułomnym i ograniczonym języku wspaniałości, z jakimi miał styczność, ale kompletnie nie przekonuje mnie dość mętna wizja drugiej strony. Odniosłam wrażenie, że jest to podrasowana wersja opisów życia po śmierci, powstała z połączenia różnych wierzeń i relacji tych, którzy doświadczyli śmierci klinicznej. Dziwi mnie, że sama idea boga jest niesamowicie rozmyta i bezosobowa, a przecież to doświadczenie istoty wyższej i wiara skłoniły lekarza do przedstawienia swojej historii.
       Powiem szczerze, że czytanie „Dowodu” nie było dla mnie żadnym przeżyciem. Nie była to też interesująca lektura. Czytałam ją z nadzieją, że w końcu pojawi się coś niezwykłego, ale niestety to były daremne oczekiwania. Prosty język opowieści oraz zrozumiałe i rzetelne przedstawienie faktów medycznych to niewątpliwe zalety tej książki, ale obawiam się, że jedyne. Jeśli kogoś interesują takie tematy i ma trochę czasu może sięgnąć po dzieło Eben’a Alexandra, ale nie radzę nastawiać się na spełnienie obietnic z okładki. Jak dla mnie ta książka to „wiele hałasu o nic”. Tak najkrócej mogłabym podsumować moje spotkanie z „Dowodem”


Eben Alexander, Dowód. Prawdziwa historia neurochirurga, który przekroczył granicę śmierci i odkrył Niebo, tłum. Rafał Śmietana, wyd. Znak, Kraków 2013.

sobota, 15 listopada 2014

Droga ku miłości - Gayle Forman „Zostań, jeśli kochasz”


„-Zostań. – Po tym jednym słowie głos więźnie mu w gardle, tłumi jednak emocje i mówi dalej. – Nie da się wyrazić słowami tego, co cię spotkało. Nie ma w tym żadnej jaśniejszej strony. Ale jest coś, dla czego warto żyć”.







     Najpierw oglądnęłam film, choć kolejność powinna być odwrotna, ale ogromnie spodobał mi się zwiastun i nie żałuję wizyty w kinie. I choć po głowie podczas czytania kołatała mi się filmowa wersja świata i bohaterów, to moja wyobraźnia nie pozostawała bierna i pracowała, bo nie sposób przejść obojętnie wobec takiej książki.
      „Zostań, jeśli kochasz” w oryginale „If I stay” czyli „Jeśli zostanę” to opowieść o utalentowanej muzycznie Mii, która pewnego dnia traci niemalże wszystko. Podczas wypadku samochodowego ginie jej rodzina, a ona sama znajduje się w „stanie przejściowym”, zawieszona gdzieś między życiem a śmiercią. Nie jest duchem, który przenika przez przedmioty, wydaje się całkiem rzeczywista, ale fizycznie niczego nie czuje i nikt jej nie widzi. Relacjonuje ona wydarzenia związane z wypadkiem i jego późniejszymi następstwami, przeplatając je opowieściami o rodzinie, znajomych, chłopaku i miłości do gry na wiolonczeli. 
      Jednym z tematów przewodnich jest w książce muzyka. Stanowi ona pasję większości bohaterów, począwszy od rodziców głównej bohaterki, przez ich znajomych, po Mię i jej chłopaka Adama. Jest swoistym pomostem pomiędzy różnymi charakterami bohaterów, spoiwem w ich relacjach, namiętnością, sposobem wyrażania siebie. Bohaterowie poświęcają wiele swojego czasu na ćwiczenia, podejmują się wyrzeczeń ze względu na swoją pasję, gdyż nie potrafią i nie chcą żyć bez niej. Wyjątkiem może tu być ojciec Mii, który granie w zespole zamienił na życie rodzinne, choć nie stało się to natychmiastowo. Czytając książkę Gayle Forman miałam wrażenie, że muzyka jest niczym tlen dla stworzonych przez autorkę postaci. To nie tylko ważny element ich życia, ale sposób przeżywania świata. Wystarczy choćby przeczytać, jak Mia opisuje pieszczoty z Adamem, wspomina, że to wiolonczela wybrała ją a nie odwrotnie. Słowem ani dziewczyna ani jej ukochany nie wyobrażają sobie życia bez grania. Wiele spraw opisywanych z perspektywy muzyki nadaje książce niepowtarzalny, magiczny ton. 
      „Zostań jeśli kochasz” opowiada także o miłości. Miłości rodziców do dzieci i dzieci do rodziców. Rodzina głównej bohaterki jest moim zdaniem wyidealizowana, zbyt perfekcyjna, ale chyba każdy chciałby się znaleźć w takich ciepłych, zażyłych a jednocześnie pełnych luzu relacjach z rodzicami. Nie ma tu kłótni, zrzucania na innych odpowiedzialności czy obowiązków. Jest pełen troskliwości, sielankowy klimat dni przepełnionych śmiechem, czułością, radością. Rodzice Mii podchodzą do wielu spraw nowocześnie, prowadzą nieco inny tryb życia niż większość ludzi. Spotykają się z wieloma przyjaciółmi, są niezwykle otwarci na znajomych córki i Teddy’ego. Bardzo przypadła mi do gustu i spodobała się atmosfera panująca w ich domu, pełna zrozumienia, żartów, wsparcia, mądrych rad, ale i lekkiego szaleństwa. Było to może zbyt arkadyjskie i przesłodzone, ale urzekające, czytać o rodzinie, w której ma się tak ogromne oparcie. Dlatego też nie dziwi mnie ból i zagubienie Mii po stracie najbliższych. 
       Sposób, w jaki autorka przedstawia uczucie pomiędzy Adamem i jego ukochaną urzekł mnie tym, że nie jest to cukierkowa wersja miłości od pierwszego wejrzenia. Uczucie jakie się w niej rodzi, jest zaskoczeniem dla młodej wiolonczelistki, która miała już ułożony plan na przyszłość. Tym bardziej nie spodziewała się, że zakocha się w niej ktoś tak popularny jak Adam. Początki ich związku też nie są łatwe, to ciągłe badanie gruntu, szukanie sposobu na porozumienie się, bo trzeba przyznać, że choć oboje wrażliwi i oddani muzyce, to pochodzą niemal z dwóch różnych planet. Mia to niepewna siebie, spokojna i trochę wyobcowana zarówno w domu (i to mnie dziwi, że pomimo takiej dawki miłości i akceptacji czuje się ona kimś, kto nie pasuje do rodziny, kto jest z całkiem innej bajki) jak i w szkole. Jest podobna do swojej ukochanej klasycznej muzyki, pasuje jedynie do wąskiego grona odbiorców, odpowiedniego towarzystwa. Tymczasem Adam członek zespołu Shooting Star jest bardziej otwarty na ludzi, towarzyski, lubi się bawić, żartować, ma dużo więcej pewności siebie. Nie ma problemu z dostosowaniem się do świata swojej dziewczyny. Wie, że nie wszystko może mu się podoba, ale stara się dla niej. Tymczasem Mia nie może dopasować się do znajomych Adama. Przeraża ją rockerska gadka, czuje się nieswojo na koncertach i unika ich jak tylko może. Kocha swojego chłopaka, ale ma dużo problemów z byciem częścią jego świata. Miłość, która ich łączy jest dojrzała. To nie młodzieńcze wzdychanie do siebie, ale może nazbyt spokojne jak na ich lata bycie ze sobą, wypracowywanie kompromisów, szczególnie gdy Shooting Star zaczyna odnosić sukcesy. Wraz z rozwijającą się karierą ukochanego i szansą uczęszczania do Julliard – renomowanej nowojorskiej uczelni dla muzyków i artystów pojawiają się w ich związku problemy, niedopowiedzenia, wypełnione milczeniem dni, sprzeczki i pytanie, co dalej?
      Kolejnym plusem książki jest dla mnie opisanie historii przyjaźni Mii z Kim, która udowadnia, że sympatia do drugiego człowieka nie zawsze rodzi się z momentem jego poznania. Gayle Forman podkreśla, że czasami najmocniejsze więzi mają kiepski start i zaczynają się od nieporozumień i ogólnej niechęci. Nie jest to oczywiście regułą, ale autorka daje czytelnikom możliwość obserwowania relacji, które stopniowo ulegają zmianie. 
       „Zostań, jeśli kochasz” to książka piękna pod względem języka, a to za sprawą odniesień do świata muzyki, które ogromnie mnie oczarowały. Forma relacji głównej bohaterki przeplatanej z jej wspomnieniami również przypadła mi do gustu. Polubiłam bohaterów, choć moim zdaniem Mia jest trochę zbyt zamkniętą na świat i ludzi osobą. Największą sympatią obdarzyłam Adama za jego cechy charakteru i uczuciowość. Podobała mi się również siła Kim. Brakowało mi jednak mocniejszego ożywienia bohaterów, którzy zaciekawiają i wzbudzają emocje. Wątek rodzinny i miłosny były dla mnie nieco schematyczne i lapidarnie przedstawione. Właśnie tego mi zabrakło w książce, szerszego rozwinięcia poruszonych w niej tematów. Sam pomysł ciekawy i dobrze zrealizowany zachęca do lektury.
     Głęboko zastanowiły mnie pewne słowa, które padają na kartach, mianowicie, że człowiek który przeżyje śmierć kogoś bliskiego, staje się w pewien sposób niezwyciężony. Myślę, że staje się na pewno silniejszy, dojrzalszy, inaczej patrzy na świat. Jednak po takiej stracie zawsze pozostaje głęboka rana, pustka, tęsknota i ból za kimś, kogo kochamy, a kogo już z nami nie ma. Czy można określić, że ktoś taki jest niezwyciężony? Nie jestem do końca przekonana…
      Jak potoczy się historia Mii, która musi zadecydować czy odejść razem ze swoją rodziną, czy pozostać i starać się żyć ze wsparciem przyjaciół, Adama, dziadków i znajomych rodziców? Czy wszyscy Ci ludzie i miłość do muzyki wystarczą, by podjąć trud codziennej walki z bólem po stracie bliskich? Jaką decyzję podejmie główna bohaterka? Odpowiedź oczywiście na kartach książki, którą gorąco polecam na chłodne jesienne dni J.

Gayle Forman, Zostań, jeśli kochasz, przeł. Hanna Pasierska, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2014.

czwartek, 13 listopada 2014

Z kompasem w dłoni - Adam Boniecki „Dookoła świata”


"Kiedy odbywał się jubileusz biskupa, miejscowy ksiądz przemawiając w imieniu zgromadzonych mówił: »Jesteś nam ojcem, pasterzem, jesteś dla nas starą małpą«."




     Ciężko pisać o książkach, które poruszają wiele tematów. O swoistych przewodnikach nie tylko po miejscach, ale i człowieczeństwie, problemach świata współczesnego i wielu innych aspektach życia. 
   Po lekturze „Dookoła świata” ks. Bonieckiego, znanego wieloletniego redaktora „Tygodnika Powszechnego” pozostało we mnie wiele uczuć. Bo oto wędrowałam przez zimną Alaskę, przypominającą kraniec świata, w którym czas płynie inaczej, a właściwie zatrzymał się w miejscu. Gdzie wbrew pięknym fotografiom, wcale nie jest tak czysto i biało. Rozgrzałam się przy afrykańskich upałach, czytając o powstających misjach i nie mogąc powstrzymać śmiechu, gdy przeczytałam słowa zamieszczone powyżej w cytacie. Zawitałam do Karagandy, gdzie wśród ogromnych przestrzeni Syberii samotność odczuwa się intensywniej i dotkliwiej. Odwiedzałam miejsca i ludzi, którzy mnie czymś zaskakiwali i zmuszali do przemyśleń. 
     Autor opisuje nie tylko swoje podróże, które odbywał jako przełożony zgromadzenia Marianów. Porusza także inne tematy. Pisze o Jedwabnem, Benedykcie XVI czy Magdim Allam’ie, byłym muzułmaninie, który został ochrzczony i zajmuje się kwestiami związanymi z terroryzmem, demokracją, imigracją, tożsamością narodową i islamem. Najbardziej poruszająca jest jednak relacja z wizyty w leprozorium znajdującym się na terenie Brazylii. Miejscu zapomnianym przez władze, pełnym bólu, ale i uduchowienia i uśmiechu, choć to może wydawać się paradoksalne…
Zdjęcie ze spotkania z ks. Adamem Bonieckim 09.05.2013 r.
     
     Książka „Dookoła świata” to zbiór tekstów drukowanych w „Tygodniku Powszechnym”. To nie tylko relacja z odwiedzin w różnych miejscach świata, ale i przede wszystkim wnikanie w wiele zagadnień związanych niekoniecznie z religią. Pełne ciepła, ciekawe teksty czyta się szybko, nie znaczy to jednak, że nie skłaniają one do przemyśleń. Wręcz przeciwnie, po każdym z nich warto się zastanowić, przetrawić myśli cisnące się do głowy, spojrzeć na świat i swoje życie nieco inaczej. Myślę, że najlepszym podsumowaniem tej lektury jest porównanie jej do kompasu, bo czasami była ona dla mnie kompasem w sensie duchowo- ludzkim. 


Ks. Adam Boniecki, Dookoła świata, Biblioteka Tygodnika Powszechnego, Kraków 2012.

wtorek, 4 listopada 2014

Nieudany powrót do przeszłości – Marta Fox „Paulina w orbicie kotów”



     Powiem szczerze, że przy tej lekturze miałam skoki emocji ;-). Książka, o której piszę to kontynuacja „Magdy.doc” i „Pauliny.doc” - czyli jednych z moich ulubionych pozycji, gdy miałam te naście lat. Kiedyś na studiach z ciekawości zaglądnęłam do pierwszej części, by przekonać się, jak po kilku ładnych latach odbieram tę książkę i powiem szczerze, że nadal lubiłam ironię, inteligencję, oczytanie i charakterystyczne podejście do świata głównej bohaterki. Owszem, treść jawiła mi się inaczej, ale wciąż była to książka, którą darzyłam sympatią. Kiedy więc dowiedziałam się, że powstała kontynuacja losów Magdy, Pauliny i Łukasza zarówno Młodszego i Starszego, postanowiłam sięgnąć po nią, choć nastu lat już nie mam…
    Akcja powieści toczy się w Katowicach, gdzie mieszka normalna na pozór nastolatka. Paulina Madejska, uczennica gimnazjum pewnego dnia, po przeczytaniu artykułu o pozytywnym myśleniu o mężczyznach, postanawia podzielić się pod nim swoim małym sekretem. W komentarzu oznajmia, że ma "dwóch tatusiów" i czeka na reakcje, które okazują się nieco inne niż się spodziewała. Mobilizują ją jednak do walki o swoją godność. Dziewczyna zakłada zatem bloga, w którym przedstawia zawiłą historię dwóch ojców. Opowiada nie tylko o rodzinie, ale losach matki, które poznała z jej komputerowego dziennika, swoim zauroczeniu Pawłem, relacjach z koleżanką z klasy-Kaśką i paradzie kotów. Informacje ze swojego życia przeplata kocimi wiadomościami, z których dowiedziałam się o tych zwierzętach więcej niż przez całe moje życie ;-).  

    Ponieważ ciężko mi myśleć o "Paulinie w orbicie kotów" jako oddzielnej całości cały czas kontrastowałam ją z poprzednimi tomami. Początkowo rozczarowałam się, potem nabrałam nadziei, by spaść na łeb na szyję i mało nie wykrzyknąć z oburzeniem, JAK TO??? Powiem tak, umiarkowane oczekiwania, mała nadzieja i duże rozczarowanie. Wszystko jakoś tak nie pasowało mi do klimatów, które znałam z poprzednich części. Autorka czyniąc narratorką Paulinę, nie mogła stworzyć kopii jej matki, musiała dostosować wiedzę i psychikę bohaterki do jej wieku, ale czegoś mi zabrakło… Rozumiem, że gimnazjalistka nawet najbardziej oczytana, musi być trochę nieobyta z życiem, bo w końcu długo po tym świecie nie chodzi, musi popełniać błędy, jednak postać Pauliny jest dla mnie nakreślona  w sposób niespójny. Z jednej strony dziewczyna zna literaturę i kulturę, czyta rożne artykuły w internecie, ma wiedzę o imionach i wydaje się inteligentna i nieco nienowoczesna, odstająca od stereotypu nastolatki, z drugiej czasami zachowuje się jak małe dziecko. Zabrakło mi u niej tak znanych i lubianych cech matki, ale może z to z racji diametralnie różnego wychowania. Twarde i ironiczne podejście Magdy wynikało z samotności i braku uczuć w jej relacjach z matką. Paulina zaś ma wspaniały dom, ciepłych rodziców, z którymi może porozmawiać na każdy temat i nie musi przelewać wszystkiego na plik komputerowy. Brak jej jednak charakteru, pazura. To prawda, że jej tożsamość nadal się kształtuje, jednak poza trochę staroświeckimi jak na jej wiek zainteresowaniami kulturalnymi i sympatią do spędzania czasu z rodziną, nie ma w niej nic charakterystycznego. Ciężki los, który zahartował i ukształtował Magdę, uczynił z niej również ciekawą postać. Paulina wydaje mi się na tle matki nijaka.

   Poza narratorką pozostałe postaci są bardzo schematyczne. Najbardziej wyrazisty okazuje się Ignac, dziadek Pawła, którego polubiłam za jego szarmanckie zachowanie i wiarę w młodzież. Natomiast Magda, Łukasz Starszy, Paweł, Kaśka są jedynie tłem powieści. Wiemy o nich naprawdę mało, nawet w kwestii wyglądu. Największy atut książki prowadzenie bloga, w którym główna bohaterka-narratorka wyjaśnia, że ma dwóch tatusiów, co dla mnie wydawało się całkiem ciekawym pomysłem i zastanawiałam się, jak autorka to wszystko rozegra, nie ratuje całości. W zasadzie główny wątek jest dla mnie potraktowany po macoszemu. Sytuacja rodzinna Pauliny zostaje wytłumaczona odwiedzającym bloga, ale dzieje się to bardzo skrótowo, bez wnikania w szczegóły. Nie wiadomo jak wyglądają relacje Paulina-Łukasz Młodszy czy Magda-Łukasz Młodszy. Wiele wątków jest wprowadzonych i urwanych, np. pojawia się informacja, że Bartek (kolega licealny Magdy) poszedł na studia, ale potem słuch o nim zaginął i nie pada już ani jedno słowo o chłopaku, którego losu naprawdę byłam ciekawa. Samo życie w domu państwa Madejskich jest jedynie przybliżone czytelnikowi. Odnalezienie Dżordża i afera z fotomontażem, które miały nieco urozmaicić akcję kończą się dość mgliście i nie ożywiają lektury w znacznym stopniu. 
     Co do kocich wiadomości i samego bloga. Wprowadzenie takiej formy książki to ciekawy pomysł, choć bardziej dla młodszych czytelników, ale tego czepiać się nie będę, bo do takich jest ona kierowana. Lekki, współczesny język, sprawia, że czyta się ją szybko i przyjemnie. Po prostu nie rozumiem, jak nawet ktoś z podstawówki poznając życie Pauliny bardziej zainteresowałby się kotami, a nie jej losami. Wpisy, które się pojawiają na blogu, nie kojarzą mi się z młodzieżą, nie pasują do niej. Owszem głosy buntu, goryczy i żalu spowodowane brakiem zainteresowania czy surowym traktowaniem ze strony rodziców, są jak najbardziej zrozumiałe, jednak pozostałe komentarze wydają się sztuczne. Zaciekawił mnie również brak reakcji rodziców Pauliny na to, że córka wpisuje konkretne dane swojej rodziny na bloga.
      W zasadzie mogę powiedzieć, że pomysłów w książce jest dużo, ale żaden z nich nie został pociągnięty do końca. Czytałam dużo książek Marty Fox i zawsze przypadały mi do gustu. W przypadku „Pauliny w orbicie kotów” mam wrażenie, jakby nie było to dzieło tej samej autorki. Pourywane i niedokończone wątki, schematyczne postaci, nijakie zakończenie sprawia, że książka jest po prostu słaba. Właśnie te wszystkie rzeczy sprawiają, że tęsknię za klimatem „Magdy.doc” pełnym inteligentnych podsumowań, literackich odniesień, ironii, specyficznego humoru. Jednak powroty do przeszłości, nie zawsze bywają udane… 


Marta Fox. Paulina w orbicie kotów, wyd. Akapit Press, Łódź b.r.w.