czwartek, 30 października 2014

Radość paradoksów – Marcin Jakimowicz „Ciemno czyli jasno. Jaki mowicz, takie rozmowy”




z cyklu książki z duszą


     Książki Marcina Jakimowicza kupuję w ciemno, bo doskonale wiem, że nigdy się na nich nie zawiodę. Właściwie to nawet, gdyby autor napisał instrukcję obsługi żelazka czy łyżki to też miałabym niezłą frajdę z jej czytania J.
    „Ciemno czyli jasno” to zbiór rozmów autora z tymi mniej i bardziej znanymi osobistościami. Mamy tu więc Przemysława Babiarza, Aleksandra Bańkę, Jadwigę Basińską, Jacka Borusińskiego, Lecha Dybika, Roberta „Litzę” Friedricha, Annę Golędzinowską, o. Stanisława Jarosza, Piotra Jaskiernię, Wojciecha Jędrzejweskiego, o. Leona Knabita, Ireneusza Krosnego, Antoninę Krzysztoń, Michała Lorenca, Jana Melę, ks. Leszka Misiarczyka, ks. Mirosława Nowosielskiego, o. Augustyna Pelanowskiego, bp. Grzegorza Rysia, Maksymiliana Stępnia, ks. Grzegorza Strzelczyka, o. Stanisława Urbaniaka, o. Jacquesa Verlinde, o. Michała Zioło, o. Wojciecha Ziółko. Dziennikarz porusza ze swoimi gośćmi szereg najważniejszych spraw, tych duchowych oraz tych bardziej ziemskich. Nie boi się stawiać trudnych pytań, wspominać o takim ludzkim odruchu jak bunt wobec Boga w obliczu tragedii, smutku, problemów. Wnikliwie wsłuchuje się w odpowiedzi rozmówców, by dojść „do istoty rzeczy”. Nie brak tu jednak i radości, mowy o zwykłych życiowych sprawach, np. sukcesie.
     Choć książka oscyluje głównie wokół tematów religijnych, to nie ma w niej uniesień. Jest pisana prostym, zrozumiałym i tak lubianym przeze mnie, jedynym w swoim rodzaju stylem Marcina Jakimowicza. Potrafi on bowiem mówić o rzeczach wysokich zwykłym językiem, bez patosu, po prostu, po ludzku nieraz z domieszką humoru oraz szczerości do bólu. Kolejną zaletą lektury jest to, że autor nie kreuje się na kogoś ponad, jest równy z bohaterami rozmów. Pytając sam mówi o swoich odczuciach, wątpliwościach, przemyśleniach. Wiele z zawartych tu tekstów zasługuje na przepisanie, wzięcie sobie głęboko do serca. „Ciemno czyli jasno” to książka nie tylko pokazująca historie pewnych ludzi, to tekst warty gruntownego przemyślenia, gdyż wiele z doświadczeń rozmówców dziennikarza „Gościa Niedzielnego” może stać się drogowskazem, pomocą w naszym życiu. Myślę, że nie trzeba więcej dodawać, tę książkę po prostu trzeba przeczytać.



Marcin Jakimowicz, Ciemno czyli jasno. Jaki mowicz, takie rozmowy, wyd. „Niecałe”, wyd. I, Katowice-Bytom 2013. 

Siła kobiety – Charlotte Link „Dom sióstr”



     Lubię czytać książki Charlotte Link. To wciągające kryminały, czasami tak dobre, że autorka wodzi mnie za nos do samego końca, jak było w przypadku „Obserwatora”. Tym razem jednak miałam do czynienia z czymś zgoła innym i to mnie chyba urzekło najbardziej.
    Jak już zdążyłam się przyzwyczaić, książka składa się z dwóch przeplatających się wątków –historii, która działa się w przeszłości i w wydarzeń teraźniejszych. Mamy więc opowieść osadzoną w Anglii, a dokładniej w Yorkshire. Poznajemy historię rodziny Gray (nie mylić z Christianem Greyem, który jakoś by tu kompletnie nie pasował :P) oraz losy Barbary i Ralpha. Miejscem większości wydarzeń jest Westhill House. To tam główna bohaterka - Frances Grey mieszka wraz ze swoją rodziną.
     Frances jest typową dziewczyną. Nie lubi szkoły, sama jeszcze dokładnie nie wie, czego chce, ale ma kogoś, kto jest przy niej w dobrych i złych momentach. Tą osobą jest John, sąsiad zakochany w niej bez reszty. To on pomaga jej przetrwać trudny okres nauki, przyjeżdża, gdy ukochana ma kłopoty, spędza z nią wolny czas na wakacjach. Kiedy jednak oświadcza się dziewczynie, co miało być tylko formalnością, ta choć wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że go kocha, nie przyjmuje Johna. Chcąc się przekonać, czego tak naprawdę oczekuje w życiu, wyjeżdża do ciotki mieszkającej w Londynie. Tam spotyka narzeczoną swojego brata Alice - sufrażystkę, która imponuje dziewczynie. Choć Frances początkowo przychodzi na spotkania bardziej z ciekawości i nudy, to z biegiem czasu angażuje się w walkę o prawa wyborcze dla kobiet. Pobyt w więzieniu, gdzie zostaje poddana brutalnemu, przymusowemu karmieniu z jednej strony załamuje kobietę, z drugiej w perspektywie czasu czyni ją bardziej zdecydowaną i silniejszą. Wraz z rozwojem historii, poznajemy dalsze losy bohaterki. Jej utracona miłość, zdrada siostry, która zawsze była piękniejsza, lepsza w szkole, bardziej kochana (choć głupiutka i pusta), śmierć matki, prowadzenie farmy, potajemne spotkania z ukochanym, opieka nad córkami Alice i bratem, w końcu przetrzymywanie tajemniczego szpiega wojennego i mocne zakończenie historii zapełniają karty książki.
   Na oczach czytelników, poszukująca sensu życia i niezdecydowana dziewczynka, przeradza się w pewną siebie, twardą i zdecydowaną kobietę, która nie waha się walczyć o swoje prawa, wyruszyć na front, by opiekować się bratem czy prowadzić rodzinny interes. Wiele wydarzeń zahartowało Frances tak mocno, że wydaje się ona niemal nieczuła, ale w niektórych momentach powieści ściąga swoją maskę, pozwala sobie na chwilę bycia słabą, staje się cieplejsza, by potem wrócić do roli heroiny, której świat niestraszny. I choć nie podobało mi się jak reagowała na spragnioną uczucia i wylęknioną Laurę, to polubiłam ogromnie pannę Gray, dla której nie było rzeczy niemożliwych. Kobietę naznaczoną ciężkimi przejściami, odrzuconą przez rodzinę, samotną, niespełnioną w miłości, ale niezwykle przedsiębiorczą, silną i energiczną. Sympatii zabrakło mi jednak do Victorii, siostry głównej bohaterki, która przypomina papierową, głupiutką laleczkę, która nie ma zielonego pojęcia o świecie. Na uwagę zasługuje również Laura, postać niesamowicie złakniona miłości, akceptacji, poczucia bezpieczeństwa, która była ślepo oddana Frances.
  Kolejnymi bohaterami książki są Ralph i Barbara, małżeństwo prawników uwięzione w Westhill House. Odcięci od świata przez śnieżycę, starają się przetrwać mimo kurczących się, nędznych zapasów żywności. Ich losy można streścić krótko: znajdują się oni w punkcie wyjścia, momencie w którym zapadnie decyzja o rozwodzie lub ewentualnej próbie ratowania ich nieistniejącego małżeństwa. Charakterystyczne jest to, że w tym związku to Ralph jest bardziej zaangażowaną, pragnącą miłości, uczuć oraz rodziny stroną. Barbara skupiona na swojej karierze, lodowata, nieczuła i w jakiś sposób nieludzka, nie pozwala się nawet tknąć mężowi. Tak właściwie nie wiadomo, co tak naprawdę zniszczyło ten związek. Ale jedno jest pewne, prawniczka nie daje szans na jego reanimację.
   Przyznam szczerze, że uwielbiam napięcie, jakie buduje autorka, odkrywanie prawdy o zbrodniach i bawienie się z czytelnikiem w kotka i myszkę, ale tym razem było inaczej. Wątek kryminalny był bardzo krótki i w żaden sposób mnie nie zaskoczył. Ogromnie wciągnęła mnie i pochłonęła za to historia Frances, którą czytała Barbara. Z niecierpliwością czekałam na informacje o dalszych losach tej niezwykłej kobiety. Może właśnie fakt, że jest to inna od znanych mi książek autorki, a może sama postać Frances sprawiły, że słaby wątek kryminalny wcale nie wpłynął negatywnie na ocenę „Domu sióstr”, który spokojnie mogę polecić każdemu, kto lubi ciekawe historie.  



Charlotte Link, Dom sióstr, przeł. Ryszard Wojnakowski, wyd. Świat Książki, Warszawa 2011.

poniedziałek, 27 października 2014

Bezwolni - Kazuo Ishiguro „Nie opuszczaj mnie”



    Lubię wszystko, co kwalifikuje się do kategorii utopii czy dystopii. Jednak książka Ishiguro mnie nie porwała. Nie mogę jakoś zrozumieć zachwytów nad nią. Będąc szczerą, nie jest źle napisana, czytelnik ma ochotę dowiedzieć się, o co tak naprawdę chodzi, ale jak dla mnie zbyt szybko można przychodzi mu rozwikłanie tej historii, a potem jest już tylko zirytowany, ale po kolei…

   W pewnej angielskiej szkole z internatem, położonej w przepięknym i odludnym miejscu uczą się dzieci. Nie wychodzą one poza teren placówki, nie odwiedzają miasta, nigdy nie wyjeżdżają do domów, nie spotykają się z rodzicami. Cały ich świat stanowią internat, sale lekcyjne i teren szkoły. Jednak znalezienie choćby odrobiny prywatności czasem jest bardzo trudne. Uczniowie poza zwykłymi przedmiotami mają wiele zajęć, które mają ujawnić ich kreatywność. Wszelka działalność artystyczna jest niezwykle pożądana i stanowi o wartości danej osoby. Ci, którzy czują się i są osądzani jako przeciętni, jak np. Tommy, nie mają zbyt sielankowego życia, gdyż trudno o budowanie poczucia własnej wartości, gdy nie wpasowujesz się w schemat miejsca, w którym żyjesz. Nikogo nie dziwi zatem bunt chłopca, który dopiero po latach odnajduje w sobie talent.
       Narratorką opowieści jest Katy H, i tu kolejna ciekawa sprawa, żaden z bohaterów nie ma nazwiska. Nie zna również swojej historii, nie ma żadnych wspomnień, słowem tabula rasa. Opowiada ona o czasie spędzonym w szkole a także swoich dalszych losach. Poznajemy więc realia kiermaszów szkolnych, które są jedyną okazją do kontaktów ze światem zewnętrznym, czyli mężczyznami przywożącymi przedmioty, jakie uczniowie będą mogli kupić. Lekcje, rozwijanie w sobie kreatywności, nawiązywanie przyjaźni, kłótnie, pierwsze miłości i rozstania, dociekanie tego, co będzie z nimi po opuszczeniu szkoły, nauka funkcjonowania w społeczeństwie, przeprowadzka i pierwsze doświadczenia seksualne, wszystko to wypełnia karty książki. Kathy w rzeczowy sposób opowiada o realiach jej życia i osobliwym klimacie niewyjaśnionych tajemnic, jakie otaczają szkołę. Wraz z rozwojem akcji poznajemy narratorkę oraz jej przyjaciółkę Ruth, która wiele razy swoim zachowaniem wystawia na próbę łączącą je więź i daje odczuć, że nie jest wcale miłą osobą, zwłaszcza kiedy wkracza pomiędzy Tommy'ego a Ruth.
     Z małych podpowiedzi, czytelnik powoli dowiaduje się, jaka jest prawdziwa tajemnica angielskiej szkoły i jej uczniów. Rozczarowujące jest, że łatwo się tego domyśleć nim autor otwarcie informuje czytelnika o losie bohaterów. Co prawda stara się jeszcze podtrzymać zainteresowanie czytelnika, dając Kathy i Tommiemu szansę na odroczenie ich losu, jednak ostatecznie wszystko idzie ku z góry zaplanowanemu scenariuszowi. Jedynym urozmaiceniem jest osoba Madame, która jawi się uczniom jako niezwykle tajemnicza postać. Koniec książki głęboko rozczarowuje, bohaterowie mimo podjętej próby zmiany swojego losu nadal jawią się jako jałowi, papierowi i bezwolni. Brak w nich buntu, próby walki ze światem do końca, żywiołowości. Co prawda spotyka ich lepszy los niż innych, ale mimo wszystko dość szybko i bezwolnie podporządkowują się światu. Można by to usprawiedliwić przemycanym podprogowo, niemal wgranym w umysły informacjom o ich przyszłości, o czym wspomina Kathy, jednak ciężko uwierzyć, że można tak po prostu zrezygnować po jednej próbie, poddać się niemal bez walki. Po wielu lekturach, w których mniej lub bardziej lubiane przeze mnie postacie robiłby wszystko, by zrealizować swoje marzenia i przetrwać, to co prezentuje Kazuo Ishiguro jest po prostu denerwujące i bezbarwne. Można to oczywiście tłumaczyć sposobem wychowania bohaterów, jednak trudno usprawiedliwiać brak jakichkolwiek reakcji typowo ludzkich, nawet w świetle wiedzy o tym, kim są bohaterowie „Nie opuszczaj mnie”. 
     Ciężko mi zrozumieć zachwyty nad książką, która dla mnie jest dość nijaka i wcale nie zachęca do lektury. Bardziej brnie się przez nią z nadzieją, że może nagle wydarzy się coś, co odwróci bieg wydarzeń, ożywi akcję i da czytelnikowi trochę emocji. Jednak takie światełko w tunelu nie zaświeciło. Przebrnęłam przez dzieło cenionego pisarza z poczuciem, że po prostu mogę odfajkować kolejną pozycję na mojej liście lektur.


Kazuo Ishiguro, Nie opuszczaj mnie, przeł. Andrzej Szulc, wyd. Albatros, Warszawa 2005.

Lekcja życia – Alejandro Guillermo Roemeers „Powrót Młodego Księcia”






 ze szczególną dedykacją dla Anity z Book Reviews by Anita 
za "żywiołowe" mówienie o tym, co warto przeczytać J


     „Naucz się łączyć to, co realne, z tym, co upragnione. Wkładaj całego siebie we wszystko, co robisz, by każda czynność była wyrazem twojego ducha, i dawaj z siebie to, co najlepsze, każdemu napotkanemu człowiekowi, a odwzajemni on twoją miłość. Przekonasz się, że świat jest lustrem, które odbija o wiele więcej niż to, co mu dajesz. Bo jedyny sposób, żeby mieć na twarzy uśmiech, to uśmiechać się, a jedyny sposób, by zachować miłość, to obdarzać nią innych. (…) Kochaj siebie, a dzięki temu będziesz w stanie kochać innych. Kochaj swoje marzenia, by dzięki nim budować świat pełen ciepła i cudowności, pełen uśmiechów i uścisków. W takim świecie będziesz chciał żyć, i stanie się on jak wielobarwna tęcza. Jeśli naprawdę w to wierzysz, jeśli będziesz budować go dzień po dniu za pomocą małych gestów, znajdzie się on w zasięgu twojej ręki. Będzie nagrodą za twoje zasługi, bo nigdy nie widziałem, żeby ktoś w pełni cieszył się niezasłużonym szczęściem. Tylko ludzie, którzy prawdziwie kochają, są gwiazdami, a ich blask świeci nad nami długo po tym, jak odejdą”.


   Taką lekcję daje swojemu młodemu towarzyszowi podróży Alejandro Guillermo Roemmers autor książki „Powrót Młodego Księcia”. Podczas wyprawy przez bezdroża Patagonii spotyka on wyczerpanego chłopca, którego zabiera ze sobą. Młodzieniec przypomina mu kogoś, ale mija sporo czasu nim pisarz zdaje sobie sprawę z tego, że jego tajemniczy nieznajomy to dobry przyjaciel pewnego pilota i literata Antoine’a de Saint-Exupéry’ego.
     Podczas trwającej trzy dni podróży Roemmers snuje refleksje dotyczące najważniejszych spraw w życiu każdego człowieka. Odpowiadając na pytania dorastającego Małego Księcia, nazywanego już Młodym Księciem, tłumaczy mu istotę miłości, cierpienia, dobroci, rozwiązywania problemów, poszukiwania szczęścia, współistnienia z innymi ludzi, stawania się dojrzałym i dobrym człowiekiem. Wędrując w głąb duszy, stara się znaleźć receptę na zachowanie w procesie dorastania dziecięcego zachwytu światem i czystego serca. „Czy ból dotyka nas, abyśmy kochali i cenili szczęście? Czy nienawiść istnieje, byśmy mogli doświadczać duchowej radości przebaczenia?”, to tylko niektóre pytania, jakie zadaje sobie argentyński pisarz, by dojść trudnego, ale pięknego przekonania, „że bez trudności nie bylibyśmy w stanie stawać się lepszymi ludźmi i odkrywać naszego prawdziwego ja. To właśnie w najbardziej krytycznych momentach wyciągamy na światło to, co w nas najlepsze”.
     „Powrót Młodego Księcia” to pełna piękna, poezji i duchowej magii książka, która zaprasza każdego czytelnika do podróży w głąb swojego serca i odpowiedzenia na fundamentalne pytanie – kim i jaki jestem. Niezwykle subtelny, ale przejrzysty język, dojrzałe przemyślenia, przekazane w sposób niezwykle przejmujący i ciepły, to cechy charakterystyczne tej niezwykłej opowieści. Książka Roemmersa nie tylko zachowuje klimat swego pierwowzoru, ale idzie o krok dalej. Historia dojrzewa wraz w bohaterem, prezentując jednocześnie ten sam zachwyt i zadziwienie światem człowieka, który patrzy na wszystko sercem. 
     „Jeśli czujesz się całkowicie opuszczony, jeśli Twoje serce nadal jest czyste, jeśli Twoje oczy wciąż jeszcze mają w sobie zdumienie dziecka, to być może czytając te strony, odkryjesz, że gwiazdy znów się do Ciebie uśmiechają, i usłyszysz ich dźwięk, jakby były one pięciuset milionami dzwonków”, pisze we wstępie autor. Jestem jednak przekonana, że nawet jeśli zagubiłeś gdzieś spojrzenie dziecka, a twoja wrażliwość potrzebuje ożywienia na kartach tej książki odnajdziesz potrzebną ci pomoc. Ta przepiękna i głęboka opowieść rozgrzeje serce każdego, nawet w najzimniejszy wieczór i pozwoli spojrzeć na świat oczyma miłości, wiary i nadziei.
      Bardzo urzekło mnie nakreślenie postaci przez autora. Narrator, który jest człowiekiem dojrzałym, mającym doświadczenie i noszącym w sobie wiele przemyśleń, staje się dla młodego bohatera swoistym mentorem. Niczym nauczyciel wyjaśnia mu zawiłości życia, a zarazem sam zastanawia się nad sprawami, o  których rozmawiają. Stara się znaleźć najlepsze odpowiedzi nie tylko dla swojego rozmówcy, ale i dla siebie. Czasem jednak role się odwracają i to młodzieniec przejmuje pałeczkę i naucza. Pokazuje świeże i otwarte podejście do życia, które łatwo zatracić w ferworze codziennych spraw. Odnosi się wrażenie, że narrator to dorosła wersja Młodego Księcia, naznaczona już trudami życia, problemami i cierpieniem, ale nadal posiadająca w sobie coś z czystości i niezwykłości dziecka, które tak pięknie emanują z jego towarzysza podróży. 
     Myślę, że dla każdego, kto pokochał Małego Księcia to pozycja obowiązkowa, wszak to już trzecia książka mówiąca o tym niezwykłym chłopcu. Poprzednie, czyli niezapomniane dzieło Antoine’a de Saint-Exupéry’ego, od której wszystko się zaczęło oraz „Mały Książę Odnaleziony” Jean’a-Pierre’a Davidts’a były dla mnie pozycją obowiązkową. Powiem szczerze, że należą one do historii, które stale odczytuje się na nowo i do których się wraca. Pełne pytań, które każdy sobie zadaje lub powinien zadawać, pochylenia się nad najważniejszymi sprawami, są skarbnicą nie tylko aforyzmów, ale bodźcem do przemyśleń i odnajdywania lepszych dróg w życiu. Wrażliwość i czystość, jaka ujawnia się w głównym bohaterze, uczy że najważniejsze są właśnie te rzeczy, których nie widzimy. Mały Książę zmusza czytelnika do zatrzymania się, refleksji nie tylko nad światem i postępowaniem każdego z nas. Gorąco polecam tę niezwykle ciepłą lekturę nie tylko na chłodne jesienno-zimowe wieczory J


Alejandro Guillermo Roemers, Powrót Młodego Księcia, przeł. Agnieszka Walulik, Wydawnictwo W.A.B., wyd. I, Warszawa 2011.

sobota, 25 października 2014

O nieskończoności czasu – Karen Thompson Walker „Wiek cudów”


„Nie od razu zauważyliśmy, co się stało. Nie mogliśmy tego poczuć.
  Na początku nie wiedzieliśmy o tym dodatkowym czasie, który wybrzuszał  gładką krawędź każdego dnia niczym kwitnący pod skórą guz.
  Byliśmy wtedy skupieni na pogodzie i wojnie. Nie interesowaliśmy się ruchem obrotowym Ziemi. Na ulicach dalekich krajów nadal wybuchały bomby. Huragany przychodziły i odchodziły. Lato się skończyło. Rozpoczął się nowy rok szkolny. Zegary tykały jak zwykle. Sekundy skraplały się w minuty. Minuty urastały do godzin. I nic nie wskazywało na to, że owe godziny nie zlewają się potem w dni, z których każdy jest taki sam, ma określoną długość znanej każdej istocie ludzkiej”.
           



  Wszyscy czasami marzymy, żeby doba była nieco dłuższa. Chcielibyśmy mieć tyle czasu, by pracować, odpoczywać, zrobić coś, czego wcześniej nie mogliśmy zrealizować. Pragniemy skracać nieprzyjemne chwile i wydłużać te piękne. Marzymy o dodatkowych minutach, nie zastanawiając się często, gdzie gubimy te które mamy i jaki wpływ miałby na nas dodatkowy czas. A jednak od czasu do czasu każdy wzdycha, gdyby doba mogła być nieco dłuższa…
     Karen Thompson Walker pokazuje, jak mógłby wyglądać świat, w którym doba przestaje mieć ustalone 24 godziny. Nie jest to jednak żadna sielanka. Prawdą jest zdanie zawarte na okładce książki:
„Ostatecznie zdarzają się nie te katastrofy, których oczekujemy, lecz te, których wcale się nie spodziewamy”.
    „Wiek cudów” to relacja głównej bohaterki Julii, która opowiada o odchodzeniu świata, jaki znała będąc nastolatką. Pełna melancholii, spokoju, pogodzenia, ale i wielkiego smutku relacja wypełniona jest ciepłą tęsknotą za minionym światem, rzeczywistością, która wydawała się niemal bajką w porównaniu z tym, co spadło na ludzkość. Historia rozpoczyna się pewnego dnia, kiedy to została ogłoszona wiadomość o spowolnieniu Ziemi. Niby nieszkodliwym, bo co może być złego w dodatkowym czasie, jaki zyskała zabiegana ludzkość?
   Okazuje się jednak, że zjawisko, którego przyczyn nikt nie potrafi wytłumaczyć wcale nie jest zbawienne. Wręcz przeciwnie, staje się ono początkiem poważnych i dotkliwych zmian, które wywołują we wszystkich narastający z każdą chwilą lęk. Pierwsze reagują zwierzęta, a szczególnie ptaki, które tracą umiejętność latania, potem zaczyna obumierać cała przyroda. Z powodu zbyt długich dni i palącej mocy słońca pojawia się problem z żywnością. Znikają żyzne doliny, w których uprawia się zboża, owoce, warzywa. Wydłużenie zarówno nocy jak i dni sprawia, że ludzkość musi rozwinąć uprawę pod dachami olbrzymich szklarni zasilanych niezliczoną ilością lamp. Powoli pojawiają się problemy z prądem. Pomarańcze i owoce egzotyczne stają się wspomnieniami z dzieciństwa.
     Przerażona ludzkość stara się uporać z zaistniałą sytuacją. Część udaje się do bezpiecznych dla nich miejsc, inni szukają schronienia w sektach, a pozostali starają się przystosować i wieść normalne życie, na ile to możliwe w zaistniałych warunkach. Początkowo wszystko funkcjonuje według nowego czasu. Zegar biologiczny zostaje dostosowany do mechanizmu podziału godzin, co skutkuje jedynie tym, że ludzie snują się niemrawie, usiłując podporządkować się nowym warunkom. Niemożliwość wychodzenia z domu za dnia, kiedy Słońce wywołuje poważne oparzenia i jest śmiertelnie niebezpieczne sprawia, że życie zaczyna toczyć się nocami. W domach pojawiają się okiennice zasłaniające dostęp światła, ciężko jednak spać, gdy jasność wdziera się do domu, a dzień jest jednostką iluzoryczną.
    W takim świecie dorasta właśnie Julia. Pomimo całej tragedii, chodzi do szkoły, ma swoich przyjaciół, a raczej przyjaciółkę, która opuszcza ją w tym krytycznym momencie. Zmieniające się życie, samotność, a także miłość do Setha, kolegi ze szkoły stają się treścią jej dni. Z pozoru normalna młodość, którą wypełniają zajęcia lekcyjne, rozmowy z rówieśnikami, poznawanie świata, pierwsze zauroczenia, nieporozumienia, bunt, zostaje napiętnowana przez katastrofę, której nikt nie potrafi zatrzymać. Powoli rodzi się anarchia, w ludziach narasta lęk przed końcem świata, wieczną jasnością lub ciemnością. Z czasem szkoła istnieje już jedynie dla nielicznych. Ryzyko i uleganie żądzom staje się coraz częstsze. Wobec przeczucia o nieuchronnym końcu wiele spraw zostaje przewartościowanych. Same prawa fizyki ulegają zmianie. Pojawia się również choroba grawitacyjna, zwana potem syndromem spowolnienia.
    Julia ze szczerością przedstawia nie tylko swoje życie, ale i zmieniającą się rzeczywistość. Mówi o swojej miłości do kolegi ze szkoły, o losach ich związku, ludziach, których dobrze znała. Opisuje świat starając się z perspektywy lat dać jak najpełniejszy obraz tragedii, jaka się rozegrała. Książka pisana pięknym językiem to głos młodej kobiety wypełnionej tęsknotą za lepszym, przeszłym światem, ale i bólem związanym z wszystkimi stratami, jakie poniosła. W relacji nie ma nadziei na świetlaną przyszłość. Jest pogodzenie się z losem i świadomość, że trzeba zapewnić jak najlepsze funkcjonowanie ludzkości właśnie w takich warunkach, w jakich dane jest jej żyć.
        Szczerze mówiąc nie zachwycałam się nad „Wiekiem cudów” jak inni. Nie było to dla mnie jakieś objawienie literackie, ale ciekawa, klimatyczna książka napisana pięknym i sugestywnym językiem (pytanie na ile to zasługa autorki a na ile tłumaczki), którą mogę polecić na długie jesienne wieczory. Lektura, którą powinien przeczytać każdy, komu choć raz zdarzyło się narzekać na niewystarczającą ilość czasu…


Karen Thompson Walker, Wiek cudów, tłum. Anna Gralak, wyd. Znak, Kraków 2012.

piątek, 24 października 2014

Niekończące się powroty - Davis Foenkinos "Nasze rozstania"


"Anioł przesunął się o kilka milimetrów. Z tego biorą się wszystkie nasze kłótnie. Ze śmiesznego kąta nachylenia łuku, z którego strzała chybiła". 




  
     Fritz nie jest Niemcem, choć jego imię na to wskazuje. Pochodzi z rodziny wyluzowanych hipisów, którzy jak sam stwierdza, dzielili miłość między niego a cały świat. To człowiek specyficzny, który chcąc być wszechstronny, nie mógł się zdecydować na jeden rodzaj studiów. Chodził więc na zajęcia z przeróżnych przedmiotów, dziedzin kompletnie ze sobą niezwiązanych. To właśnie dzięki temu oraz wrażeniu, jakie zrobił na Céline Delamare, dostał pracę w Laroussie. Tworzenie notek biograficznych i zajmowanie się hasłami słownikowymi stało się nie tylko jego pracą, ale także i pasją.
   Poza nią życie bohatera wypełniał związek z Alice, młodą germanistką, która podobnie jak on miała rysę na tym samym zębie, bo jak twierdzi Fritz, istnieje coś takiego jak magia zębów. Alice i Fritz są do siebie kompletnie niepodobni. On trochę niedojrzały, dopiero zaczyna poznawać, co to dorosłość, znajduje pierwszą pracę i zaczyna poważny związek. Ona całkowicie poukładana dziewczyna z dobrego domu, nudna, podporządkowana rodzicom, których zdaniu się podporządkowuje. Poza nią w książce pojawiają się jeszcze dwie kobiety, szefowa Fritza, z którą ten wdaje się w romans. To zarazem słaba i silna damulka, która nawiązując typowo cielesny związek z podwładnym. Pragnie ona odbić sobie pustkę, jaką wywołała zimna decyzja jej męża, który nie zgadza się na posiadanie dziecka. Miłosne igraszki bohaterów stopniowo przechodzą jednak w pustą zależność seksualną, która ciąży Fritzowi i niszczy życie Céline. Ostatnią kobietą w życiu bohatera jest Iris, pisarka, którą poznaje w najtrudniejszym okresie swojego życia, pracując jako sprzedawca krawatów. To ona zostaje żoną bohatera, o którą Fritz będzie przez lata starał się walczyć.
   „Nasze rozstania” to książka o miłości niedoskonałej, pełnej napięć, nieporozumień, o dostosowywaniu się do siebie, dorastaniu do ustępstw, porozumień. To historia błędów, uporu, niewłaściwych decyzji, ludzi zagubionych emocjonalnie. Kolejnych szans, rozstań i powrotów. Miłości, która nigdy nie ma tyle szczęścia, by zakończyć się happy endem, choć bywa naprawdę blisko. I choć los daje bohaterom szansę zawsze na przeszkodzie szczęściu stają różnice charakterów, niewłaściwe decyzje, sekrety. Mimo wszelkich wydarzeń, lat pełnych milczenia, Fritz i Alice potrafią ze sobą rozmawiać. Z biegiem czasu uczą się spokojnie przyjmować własną przeszłość, nie uciekać przed wspomnieniami.
     Powiem szczerze, że bardzo polubiłam głównego bohatera, nie tylko za jego zdziwienie nad wieloma sprawami, ale przede wszystkim za zamiłowanie do słów, pasję z jaką oddawał się pracy. Był mi w tym słownym zanurzeniu bliski 
J.
     Autor w dowcipny, lekki i rzeczowy sposób opowiada historię pary, która nigdy nie miała szansy być razem, a którą los, co jakiś czas stykał ze sobą. Przedstawia punkt widzenia mężczyzny, który ma świadomość swoich błędów, ale potrafi biernie trwać w niewłaściwych decyzjach, który dorasta i walczy o wybrankę, a w końcu godzi się z utratą miłości i nieuchronnym rozstaniem. Książkę czyta się naprawdę przyjemnie, mimo że opowiada o rozstaniach ludzi, którzy mogli stworzyć ciekawy związek. Zakończenie rekompensuje jednak historię, która jeszcze może się wydarzyć, bo świat rządzi się swoimi prawami 
J.

David Foenkinos, Nasze rozstania, przeł. Agnieszka Rasińska-Bóbr, wyd. Znak, Kraków 2013.


Ku ocaleniu ludzkości - James Dashner "Lek na śmierć"


„Nie wiem, jak historia oceni postępowanie DRESZCZu, ale stwierdzam tutaj ku pamięci potomnych, że nasza organizacja zawsze miała tylko jeden cel, a celem tym było sprawienie, by ludzkość przetrwała. (…)
Jak wielokrotnie staraliśmy się wpoić każdemu z naszych obiektów, DRESZCZ jest dobry”.



Wydawać by się mogło, że wszystko zmierza ku końcowi. Bezpieczna przystań została zdobyta. Obie grupy ocalały w większym składzie, a teraz bohaterowie mieli dostać lek na Pożogę. Nie zdziwi jednak nikogo sytuacja, w której szacowna organizacja po raz kolejny okazała się, by powiedzieć eufemistycznie, mało prawdomówna. Thomas został odizolowany od przyjaciół i przebywał większość czasu sam, nie mając pojęcia co się dzieje. Jak należy się spodziewać narastała w nim nienawiść do ludzi, którzy po raz kolejny zabawili się jego życiem oraz niechęć do siebie za jakiekolwiek przejawy nadziei. Kiedy w końcu po ogłupiającym okresie odosobnienia spotyka Szczurowatego i słyszy z jego ust, że czas na prawdę, trudno mu uwierzyć, że choć raz jego byli współpracownicy dotrzymają danego słowa. Mimo, że chłopak spotyka się z całymi i zdrowymi przyjaciółmi, jego podejrzliwość nie słabnie. Doskonale wie, że nie można ufać nikomu z organizacji.
Tak więc po Fazie Drugiej Streferzy i grupa dziewcząt mają odzyskać swoje wspomnienia. DRESZCZ oferuje im cofnięcie Zatarcia i wyjęcie z mózgu urządzenia pozwalającego kontrolować nastolatków w zamian za udział w dalszych testach, które stanowią kluczową fazę w opracowywaniu leku na Pożogę. Ponadto bohaterowie dowiadują się, że wszyscy są chorzy na Pożogę, jednak wielu z nich zalicza się do tzw. Odporniaków, ludzi którzy mimo choroby żyją normalnie i nigdy nie staną się szalejącymi i żywiącymi się mięsem monstrami. Zdumiewające, że po tak wielu wydarzeniach większość młodych pozwala na ingerencję w swoje mózgi, jakby zapominając o wszystkim przez co przeszli przez tych ludzi. Jedynymi, którzy się wyłamują są Thomas, Newt i Minho.
Rozpoczynają oni swoją prywatną walkę z DRESZCZEM zakończoną ucieczką z ich siedziby. Ucieka również druga grupa. Zarówno Streferzy jak i pozostali bohaterowie, którzy odzyskali swoją pamięć udają się do Denver. Tam czeka ich spotkanie z dawnym towarzyszem, który pracuje dla organizacji nazywanej Prawą Ręką, mającej na celu zniszczenie DRESZCZu i wykorzystanie jego zasobów do ocalenia w miastach pozostałej, zdrowej ludności oraz z człowiekiem, który jak niegdyś Thomas pracował dla Szczurowatego i spółki.
Pozbawiony kompletu wspomnień Tom stara się zrozumieć, jaką rolę odgrywał w dawnym życiu, co tak naprawdę się stało, jak wyglądała jego egzystencja nim dostał się do DRESZCZu. Pytania piętrzą się w jego głowie, ale ważniejsze jest życie tu i teraz, powstrzymanie bestialskich eksperymentów, uratowanie ludzkości, a przede wszystkim zemsta. Świat jednak nie jest taki, jakim się z pozoru wydaje. Choć Denver jest jedną z enklaw ludzkości, nie brak w nim korupcji, która pozwala na przymykanie oczu na prawdziwe wydarzenia. Bogaci kupują sobie czas, zażywając Nirwanę i wcale nie przejmują się tym, że zarażają innych. Świat chyli się ku upadkowi, do strzeżonego obiektu wdzierają się Poparzeńcy, a to dopiero początek kłopotów. Zewsząd znikają odporni na Pożogę. Krążą podejrzenia, że strażnicy sprzedają ich DRESZCZowi, który po ucieczce obiektów nie cofnie się przed niczym, by realizować swoją misję.
Bohaterowie a w szczególności Thomas, będzie musiał zmierzyć się z wieloma pytaniami, wątpliwościami i ranami. Począwszy od uporania się z emocjami związanymi ze zdradą Teresy, zaskoczeniem, że zarówno Brenda jak i Jorge pracują dla kanclerz Avy Paige przez ból spowodowany chorobą przyjaciela, po nasilające się pragnienie zemsty na organizacji, która zniszczyła jego życie. Thomas nie wie jednak, że jako kluczowy, ostateczny kandydat eksperymentu, zostanie postawiony przed próbą, której się kompletnie nie spodziewał. Przyłączając się do Prawej Ręki, mającej mu pomóc unieszkodliwić bastion zła, nawet nie wie, że pcha się w sam środek paszczy lwa…
Trzeci tom trylogii Dashnera nie zwalnia szaleńczego tempa, jakie już wcześniej narzucił autor. Nie ma chwili wytchnienia, czytelnik wraz z bohaterami gna na złamanie karku z głową wypełnioną coraz to nowymi pytaniami. Tym większymi, że główni bohaterowie albo nie odzyskują pamięci albo nie ujawniają niczego z odzyskanych wspomnień. To uporczywe milczenie buduje całkiem inny obraz świata, niż ten, który mógłby się wyłonić z zakamarków pamięci Streferów. Przerażenie przed atakiem ze strony Poparzeńców miesza się z nieuchronnie napływającą apokalipsą. Kurczą się strefy bezpieczeństwa, świat popada w szaleńcze obłąkanie, zdrowi chodzą niespokojnie, doskonale wiedząc, że atak choroby to tylko kwestia czasu. Przyjaźń i solidarność zdaje się być czymś wyimaginowanym. Ludzie są sobie obcy, boją się bliźnich, co doskonale widać na przykładzie Denver. Prawa Ręka łudzi bohaterów pięknymi hasłami, podczas gdy jej prawdziwe zamierzenia okazują się całkiem inne. W tym wszystkim Thomas zostaje postawiony wobec najtrudniejszej i najbardziej bestialskiej próby. Czy wyjdzie cało z opresji? Jak zakończy się historia umierającego świata, o tym każdy musi przekonać się sam.
Powiem tylko, że moje zaskoczenie sięgnęło zenitu pod koniec książki. I choć już wcześniej uporczywie powtarzane przez Teresę stwierdzenie, że „DRESZCZ jest dobry” było nie tylko najbardziej wkurzającą mnie rzeczą, ale i największym kłamstwem, jakiemu ta marionetka hołdowała, to epilog sprawił, że stało się ono jedynie gorzkim, wytartym i pozbawionym sensu sloganem, w który nie można uwierzyć!


James Dashner, Lek na śmierć, t. III trylogii Więzień Labiryntu, tłum. Agnieszka Hałas, wyd. Papierowy Księżyc, Słupsk 2014.

W drodze po życie - James Dashner "Próby ognia"


       „Faza Druga. Próby Ognia. Oficjalnie zaczyna się jutro o szóstej rano. Wejdziecie do tego pomieszczenia i na ścianie za mną ujrzycie Płaski Przenos. (…) Każdy z was musi przezeń przejść w ciągu pięciu minut. (…) Gdy znajdziecie się po drugiej stronie, Próby Ognia będą już w toku. Zasady są bardzo proste. Wydostańcie się na otwarty teren, potem przewędrujcie sto sześćdziesiąt kilometrów w prostej linii na północ. Jeśli dotrzecie do bezpiecznej przystani w ciągu dwóch tygodni, zaliczycie Fazę Drugą. Wtedy, i tylko wtedy, zostaniecie wyleczeni z Pożogi. Macie dokładnie dwa tygodnie – poczynając od sekundy, kiedy znajdziecie się po drugiej stronie Przejścia. Jeśli nie dacie rady dotrzeć do celu, prędzej czy później umrzecie”.



     Kiedy Thomas, Tersea, Minho, Newt i reszta Streferów opuścili Labirynt, mieli nadzieję, że ich życie będzie w końcu normalne. Będą mogli czuć się bezpiecznie, skończy się walka o przetrwanie, dziwne próby, których nie rozumieli. Zaczną wszystko od nowa w lepszym świecie.
    Prawda jednak okazuje się całkiem inna. Po przetransportowaniu do dormitorium bohaterów czeka chwilowa ulga, a po niej kolejne zmagania z jeszcze straszniejszymi i wymagającymi próbami niż dotychczas. Począwszy od zdezorientowania i wygłodzenia bohaterów DRESZCZ przejdzie do meritum i postawi przed Streferami kolejne zadanie, nie wyjaśniając za wiele…
         „Czas, żeby zrobiło się naprawdę ciężko”
    Thomas i spółka staną zatem przed kolejnym wyzwaniem. Tym razem będą mieli do pokonania drogę do bezpiecznej przystani. Jak przystało na DRESZCZ będzie rzucał on wszystkim kłody pod nogi, by wyeliminować najsłabsze ogniwa, począwszy od wędrówki przez Płaski Przenos, przez wizytę w mieście Poparzeńców, na końcowym etapie docierania do bezpiecznej przystani skończywszy. Nawet, gdy będzie się wydawało, że nadszedł koniec testów, okaże się to jedynie złudzeniem.
  W „Próbach ognia” pojawiają się nowi bohaterowie, m. in. Brenda, jak dla mnie całkowite przeciwieństwo papierowej, podporządkowanej organizacji i trochę nijakiej Teresy. Dziewczyna ciekawa, gotowa na wszystko, żywiołowa, bardziej pasująca do Thomasa niż poprzedniczka. Wraz z nią poznajemy Jorge’a, który swoim południowym charakterem urozmaici nieco akcję. Kolejną nową postacią jest Aris – podobnie jak Thomas i Teresa były współtwórca całego zamieszania i alternatywna wersja Teresy w pierwszej fazie prób. Zaznajomimy się również z wieloma innymi postaciami, które nadadzą tempa powieści i rzucą nieco światła na prowadzone eksperymenty. Wraz z nimi powoli rozstąpią się nieco mgły tajemniczości dotyczące DRESZCZ-u, by zmusić czytelnika do łamania sobie głowy, o co tak naprawdę chodzi.
   Drugi tom trylogii Dashnera daje większy wgląd w psychikę bohaterów, zmęczonych ciągłymi gierkam Departamentu Rozwoju Eksperymentów Strefy Zamkniętej: Czasu Zagłady. Nikt nie lubi czuć się jak szczur laboratoryjny, zwłaszcza nie rozumiejąc nic z zaistniałej sytuacji. Terroryzowanie grupy nastolatków, by uzyskać wyniki zmiennych, które nic nie mówią stawianym wobec śmiertelnego zagrożenia młodym, napawa ich jedynie nienawiścią do ludzi, którzy zmieniają ich życie w koszmar. Wobec zagrożenia Pożogą, którą zostali zarażeni i brakiem wyboru, co do odmówienia udziału w Próbach Ognia, bohaterowie wyruszają w podróż, podczas której przyjdzie im się zmierzyć nie tylko z Poparzeńcami, ale i z własnymi uczuciami, lękami i frustracjami.
    Czas, który miał być początkiem nowego życia po Labiryncie zmienia się więc w gorączkowy wyścig z czasem, kolejną odsłonę walki o przeżycie. Ziemia, którą poznają Streferzy, jest nieprzyjazną pustynią z szalejącymi na niej zabójczymi burzami i nie mniej morderczymi szaleńcami, żywiącymi się ludzkim mięsem. Kiedy bohaterom a zarazem czytelnikowi wydaje się, że można na chwilę złapać oddech, mieć jakąś choćby najmniejszą iskierkę nadziei, przychodzi kolejna katastrofa czy próba. Przyjaciele stają się wrogami a obcy przyjaciółmi. Cierpienie fizyczne i psychiczne splata się tutaj z rozgoryczeniem, osamotnieniem, oszołomieniem, nienawiścią, przyjaźnią i miłością. Słowem, dezorientacja totalna, gdyż nie ma niczego, co można uznać za pewnik. Jedyną stałą wartością jest nienawiść Streferów do DRESZCZU, słuszne przekonanie, że nie można mu ufać oraz świadomość, że na każdym kroku i za każdym rogiem czai się śmierć.
       Nagłe zwroty akcji, zdrada, tempo za którym nieraz nie sposób nadążyć i ciągłe napięcie, które serwuje autor sprawia, że od książki nie sposób się oderwać. Z niecierpliwością i ciekawością pochłaniałam kolejne zdania, zastanawiając się, przed czym jeszcze zostaną postawieni bohaterowie. A kiedy dochodzimy do końca książki, nie spodziewając się happy endu, bo przeszywająca nazwą organizacja to uosobienie wszelkiego zła, podstępu i bestialstwa, napięcie tylko rośnie, bo zdaje się, że to dopiero początek eksperymentu…



James Dashner, Próby ognia, t. II trylogii Więzień Labiryntu, tłum. Agnieszka Hałas, wyd. Papierowy Księżyc, wyd. I, Słupsk 2012.