środa, 6 sierpnia 2014

Za morzem bieli – José Saramago „Miasto ślepców”


    W tej powieści na pierwszy plan wysuwa się wszystko, co anonimowe. Trochę to podobne do paraboli, która przecież nacisk kładzie na przesłaniu, a nie dookreślaniu miejsc i bohaterów, a jednak „Miasto ślepców” nie jest parabolą, choć książką, która momentami wprowadza nieco filozoficzny ton.
   Wszystko można opowiedzieć jak w bajce, choć takich okrutnych i krwawych bajek nikt raczej nie pisze, a przynajmniej ja się z takowymi nie spotkałam. W pewnym nienazwanym mieście zwykły człowiek traci nagle wzrok. Co dziwne jest on zdrowy jak ryba i nigdy nie miał najmniejszych problemów z oczami, ale to co można uznać za dziwny objaw stresu okazuje się chorobą, której ludzkość jeszcze nie znała. Przypadek ten jest osobliwy nie tylko ze względu na zdrowie bohatera, ale fakt, że zamiast ciemności jego oczy oślepia biel. Z pomocą pewnego złodzieja trafia on do domu, a następnie do okulisty, który nie potrafi wytłumaczyć niespotykanej przypadłości.
     To jedno zdarzenie powoduje lawinę innych. Jak za zasadą podaj dalej, ślepną kolejni ludzie, którzy mieli styczność z owym mężczyzną. Przerażone władze zamykają pierwszą grupę chorych w dawnym szpitalu psychiatrycznym, miejscu kompletnie niesterylnym, niehigienicznym, którego warunki uwłaczają ludzkiej godności. Wśród odizolowanych wprowadzony zostaje wojskowy rygor, wszystko z obawy przed kolejnymi zarażeniami i wybuchem epidemii, gdyż przypuszcza się, że choroba przenosi się przez kontakt z chorymi. Wśród pierwszej grupy znajduje się ów mężczyzna, mały chłopiec, dziewczyna w okularach, złodziej samochodu, kilka innych osób, okulista i jego żona, jedyna osoba widząca. Nikt poza jej mężem nie zdaje sobie sprawy, że kobieta widzi i znalazła się w szpitalu, by pomagać mężowi. Nie wie jednak, że przyjdzie jej się zmierzyć nie tylko z okrutnym widokiem podupadłej placówki czy z niedołężnością niewidomych, ale ze strażnikami, a w końcu z gwałtem i walką o życie. Stanie się ona przewodniczką najbliższej sobie grupy, która przetrwa dzięki niej.
   Noblista w swojej książce ukazuje nie tylko jak zachowuje się człowiek, który nagle traci podstawowy zmysł, ale do jakich poświęceń zdolna jest osoba, która nas kocha. Jak wiele można poświęcić dla innych. Nie brak również ciemnej strony książki, która moim zdaniem w znacznej części przeważa nad pozytywnymi aspektami. Czytelnik poznaje zatem wszelkie ludzkie lęki, bezradność, słabości, brutalność, brak skrupułów. Styka się z odchodzącą w przeszłość godnością ludzką, a także z nieśmiertelnym faktem, że światem niezmiennie rządzą silniejsi, nawet w obliczu tragicznej choroby. Zawsze bowiem znajdą się ludzie, którzy nie zważając na nic, będą dążyli do osiągnięcia jak największych korzyści i podporządkowania sobie innych. Na przykładzie żony okulisty widać, że człowiek nawet o najszczerszych i najlepszych intencjach, może w końcu zobojętnieć i działać bardziej z obowiązku, zmęczony i odmieniony krzywdą i bezdusznością innych. Nie dziwią zatem rozważania, które snuje, nie tylko zastanawiając się, kiedy oślepnie, ale wręcz momentami tego pragnąc, gdyż świat, który widzi, stał się nie do zniesienia.
    Wśród walki o przetrwanie poza żoną lekarza ludzkie oblicze ukazuje dziewczyna w okularach, która opiekuje się małym chłopcem i martwi o los rodziny. Tymczasem pewien ślepiec, który najlepiej powinien zrozumieć trudną sytuację otaczających go ludzi, nagle odnajduje się w świecie, który znał od dziecka, rzeczywistości, w której nikt nie widzi i wszyscy są jak on. Przystaje więc do bandy terroryzującej innych pacjentów, zamiast okazać im pomoc i nauczyć ich przetrwania bez posługiwania się wzrokiem. Świat, który oślepł, jest chaotyczny, pozbawiony wszelkich praw, poza prawem silniejszego. Jedynie bardziej moralne jednostki starają się egzystować wedle sprawiedliwego podziału żywności, grzebią umarłych, starają się żyć godnie. Przerażeni ludzie łączą się w grupy, w których łatwiej jest przetrwać, nawet jeśli poczucie wspólnoty jest tylko chwilowe.
    Miasto, w którym widzi jedynie jedna osoba, pogrążające się w chaosie, pełne błądzących niewidomych, zanieczyszczone, pozbawione prawa i rządzących oraz skazane na klęskę, taki obraz wyłania się z książki. Brak żywności i wody, trupy na ulicach, fekalia, stada zdziczałych psów, a dookoła nieporadni ludzie z wyciągniętymi przed siebie rękami, czekający na śmierć, łut szczęścia lub koniec dziwnej choroby. Autor tworzy apokaliptyczną wizję świata, który może umrzeć bez żadnej zewnętrznej katastrofy. No właśnie, czy może umrzeć? Jak długo trwałoby nauczenie się przez ślepców czynności, które bez trudu wykonywali jako widzący? Czy można stworzyć społeczeństwo z samych niewidomych i czy ma ono szansę przetrwać? Jak daleko sięgają ludzkie lęki i do czego są w stanie doprowadzić, kiedy wisi nad nami groźba utraty wzroku? To tylko nieliczne z pytań, jakie nasuwają się podczas lektury.
  Książka jest ciężka w odbiorze, jak pisałam momentami filozoficzna, ponura. Jednak na samym oryginalnym pomyśle się nie kończy. „Miasto ślepców” zawiera dużo mądrych pytań i wątpliwości. Saramago skłania czytelnika do refleksji, każe konfrontować mu się z rodzącymi się wątpliwościami i lękami. Moim zdaniem głębokie przemyślenia i przesłanie zostały bardzo spłycone w filmie, który skupił się jedynie na brutalnej, pełnej przemocy stronie książki. Tymczasem zabrakło najważniejszego, ludzkiej i moralnej strony dzieła, która moim zdaniem jest jej największym atutem.



José Saramago, Miasto ślepców, tłum. Zofia Stanisławska, wyd. Rebis, Poznań 2009. 

wtorek, 5 sierpnia 2014

Skradzione słowa – Markus Zusak „Złodziejka książek”


„Był kiedyś pociąg i kaszlący chłopczyk. Był zaśnieżony cmentarz i oszalała z rozpaczy dziewczynka.
       Urosłaś, ale cię poznaję, pomyślałem.
    Nie cofnęła się ani nie próbowała ze mną walczyć. Widziała jednak, że jestem. Czy wyczuła mój oddech, czy może usłyszała regularne tykanie serca w piersi Śmierci? Nie wiem, ale wiem, że patrzyła mi prosto w twarz, nie odwracając wzroku.”





      Trudno pisać o książkach, które ciągle w nas są i nadal zajmują nasze myśli. Tak jest ze „Złodziejką książek”, ciągle jest we mnie niedosyt, jakieś przekonanie, że nie wszystko usłyszałam w tej historii i że nagle pojawi się ta jedna myśl, na którą czekam.

     Liesel Meminger wraz z matką i bratem jedzie do Molching, gdzie dzieci mają zamieszkać u Hansa i Rosy Hubermannów. Podczas podróży chłopiec jednak umiera, co staje się dla dziewczynki wielką traumą. Podczas jego pogrzebu tytułowa złodziejka książek kradnie swoją pierwszą lekturę „Podręcznik grabarza”. To dopiero początek opowieści o kolejnych rabunkach zarówno książek, jak i jedzenia. Dzieło Markusa Zusaka to historia wielowarstwowa opowiadająca nie tylko o losach tytułowej bohaterki, ale i życiu zwykłych ludzi w dobie hitlerowskiej propagandy, mającej zmienić obywateli w bezwzględnie oddanych wodzowi poddanych. Trudny czas II wojny światowej splata się z losami dziewczynki, którą nocami przybrany ojciec, człowiek spokojny, ciepły, troskliwy i opiekuńczy uczy czytać, a czasami grywa na akordeonie, by pomóc jej radzić sobie z koszmarami. Za dnia chodzi ona do szkoły, gdzie nie ma łatwo ze względu na brak umiejętności czytania i pisania, pomaga Rosie, która pod warstwą gruboskórnej postawy i potokiem epitetów kierowanych pod adresem każdego okazuje się być dobrą i czułą kobietą. Pomimo obowiązkowego uczestnictwa w spotkaniach Hitlerjugend młodzież i dzieci mają jeszcze czas na zabawę czy normalne życie nieprzesiąknięte nazistowską ideologią.

    Autor w ciekawy sposób poprzez różne sytuacje pokazuje, jak odporni mogą być ludzie na wpajane im tezy i nauki, które nijak mają się do rzeczywistości ludzi kierujących się po prostu sercem i własnym rozumem. Przykładem takiego zachowania jest przygarnięcie pod swój dach przez Hubermannów Maxa Vandenburga, Żyda którego ojciec uratował Hansowi życie. Między nim a Liesel zawiązuje się przyjaźń, która jest nie tylko wyrazem odwagi dziewczynki, ale jej odporności na niemiecką propagandę. Warto wspomnieć także o Rudym Steinerze, sąsiedzie zakochanym po uszy w tytułowej bohaterce, który nie traci nadziei na swój wymarzony pocałunek od Liesel i staje się nieodłącznym towarzyszem niemal wszystkich jej poczynań.

   „Złodziejka książek” to głęboka i ciekawa historia ludzkiej dobroci w najciemniejszych czasach XX wieku. Opowieść o przyjaźni silniejszej niż śmierć, odwadze prostych ludzi, zmaganiu się z biedą, kierowaniu się w stosunku do innych sercem, skradzionych słowach, stracie ukochanych osób i radzeniu sobie z powstałym w wyniku tego bólem. To także rzecz o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie oraz o pragnieniu zwycięstw, które w złych czasach dają nam siłę. Wszystko to opowiedziane w niezwykle oryginalny sposób przez narratora, którym jest nie kto inny jak Śmierć. Powiem szczerze, że spodobał mi się ten pomysł. Nie tylko urozmaicił on opowieść, ale również ukazał Śmierć z innej strony. Nie jako bezduszną kostuchę, ale istotę, może nie miłą, ale obdarzoną uczuciami i mającą ciekawy stosunek do ludzi.

    Mądra, ciepła, oryginalna, głęboka i ciekawa – tak w skrócie mogłabym określić „Złodziejkę książek”. To jedna z tych lektur, które należy znać i poświęcić im swój czas. Na koniec kilka zdać, co do porównywania „Posłańca” i „Złodziejki książek”. Kierowana opiniami innych, nisko oceniających historię Eda po wcześniejszej lekturze „Złodziejki książek”, umyślnie sięgnęłam najpierw po „Posłańca”. Nie rozczarowałam się ani nim, ani opowieścią o Liesel. Obie książki są dla mnie mądre, ciężko jednak je porównać, gdyż poruszają inną materię. Sami bohaterowie są tak odmienni, że śmiało można rzecz iż Ed i jego towarzysze są stateczni jak posągi i zahamowani w porównaniu z mieszkańcami przedmieść Monachium, którzy aktywnie kreują swój los, robiąc wszystko, by przetrwać i odnaleźć swoje szczęście. Bohaterowie „Złodziejki książek” mają inne dylematy, żyją w innych czasach. „Posłaniec” bardziej opowiada o przezwyciężaniu marazmu, lęku przed życiem i niskiego poczucia własnej wartości. Natomiast historia opowiadana przez Śmierć to rzecz o przyjaźni, miłości, walce o życie, zachowanie człowieczeństwa i wadze jakie mają słowa. Choć ze słowami może być różnie. Jakby powiedziała Liesel Nienawidziłam słów i kochałam je. Mam nadzieję, że nauczyłam się ich używać. Myślę, że nad tym stwierdzeniem warto się zastanowić.

     Podsumowując zarówno „Posłaniec” jak i „Złodziejka książek” są wartościowymi pozycjami, których moim zdaniem nie warto porównywać, gdyż mają swoje niezaprzeczalne zalety J.


Markus Zusak, Złodziejka książek, przeł. Hanna Baltyn, ilustracje Trudy White, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2008.

           


poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Trudna sztuka życia – Nancy Horowitz Kleinbaum „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”


„Dowiódł on jedynie, jak trudno jest jednostce utrzymać własny sposób zachowania pod naciskiem innych osób. Podobnie jest z przekonaniami. Trudno jest zachować własne zdanie, kiedy presja otoczenia zmusza nas do jego zmiany. (…) Moi drodzy żacy, w człowieku tkwi nieodparta potrzeba bycia akceptowanym. Za wszelką cenę musicie jednak zaufać tym cząstkom swojej osobowości, które wyróżniają was spośród innych i sprawiają, że jesteście niepowtarzalni. Nawet jeśli wyróżniająca was cecha jest dziwna czy nie akceptowana”.


    Uczymy się żyć każdego dnia. Popełniamy błędy, odnosimy sukcesy, szukamy swoich dróg, jedynego miejsca na ziemi, które każdy będzie mógł nazwać swoim. Pragniemy robić to, co kochamy, być szczęśliwymi. Staramy się odnaleźć nie tylko tę jedyną przeznaczoną nam osobę, ale swoje powołanie, to co sprawi, że nasze życie będzie niepowtarzalne, pełne, niezwykłe. Na swojej drodze spotykamy wielu ludzi, niektórzy z nich stają się dla nas prawdziwymi drogowskazami, książka o której mowa opowiada właśnie o takim człowieku.

     Akademia Weltona to szacowna instytucja, w które uczą się chłopcy najznamienitszych rodzin oraz ci, którzy mają stać się chlubą nie tylko własnych domów, ale i całego społeczeństwa. Niezwykle wysoki poziom nauczania, surowa dyscyplina, odizolowanie od dziewcząt oraz wszelkiej rozrywki i domu, to wszystko ma sprawić, że młodzieńcy mają całkowicie oddać się nauce i bez problemu dostać na najlepsze studia w kraju. Placówce przyświecają wielkie idee, a wśród nich największą wagę mają: „tradycja, honor, dyscyplina i doskonałość”.

W tym świecie brakuje jednak życia. Wszystko ogranicza się do zdobywania jak najlepszych stopni, wykonywania poleceń nauczycieli, podporządkowywania się woli rodziców, którzy już z góry ustalili plan na życie swoich pociech i ani myślą od niego odstępować, kompletnie nie dopuszczając do siebie myśli, że chłopcy mogliby mieć inny plan na życie. Surową atmosferę szkolnych murów łagodzi przybycie nowego nauczyciela

John Keating, choć jest byłym wychowankiem Akademii Weltona, nie przystaje do innych profesorów. Swoim uczniom proponuje by zwracali się do niego „Kapitanie, mój kapitanie”, nie zgadza się z bezmyślnym ocenianiem poezji poprzez rysowanie wykresów, stara się również wzbudzić w bohaterach pragnienie wykorzystywania każdej chwili w myśl zasady Carpe diem. Zafascynowani odmiennością nauczyciela chłopcy odkrywają, że był on członkiem „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Kiedy Keating wyjawia im tajemnicę, czym była tajemna organizacja, Neil Perry, Todd Anderson, Knox Overstreet, Charles Dalton, Richard Cameron i Steven Meeks postanawiają reaktywować zebrania stowarzyszenia w pobliskiej grocie. Snucie marzeń, czytanie poezji, poznawanie siebie i swoich talentów oraz możliwości, pierwsza miłość, zmaganie się z lękami oraz trudnymi relacjami z rodzicami, to odtąd wypełnia ich świat. Wkraczają w niego z niepewnością, ale i siłą, którą daje im dewiza kapitana.

Trzeba przyznać, że posiadanie nauczyciela jak John Keating jest wielkim szczęściem, to człowiek, który widzi żywych ludzi, a nie tylko podstawę programową i chce ich nauczyć nie tylko treści zawartych w książkach, ale prawdziwego życia. 

„Kiedy czytacie książkę, nie bierzcie pod uwagę tylko tego, co mówi autor, weźcie pod uwagę również to, co myślicie wy. Musicie starać się znaleźć własny głos, chłopcy. Im dłużej będziecie zwlekać z rozpoczęciem poszukiwań, tym mniej możecie liczyć na to, że będą uwieńczone sukcesem. Thoreau powiedział tak: „Większość ludzi wiedzie życie w milczącej beznadziei”. Dlaczego tak strasznie siebie zubażać? Zaryzykujcie, postawcie stopę na ziemi nieznanej”

Żyć pełną piersią bez obaw o to, co powiedzą inni, jak nas odbiorą, to stara się przekazać młodym profesor. Nie myślenia schematami, ale wyrabiania sobie własnego zdania, patrzenia z wielu perspektyw, korzystania z intelektu, wypełniania swojego życia treściami naprawdę wartościowymi. Stąd nie tylko przekonywanie ich do poezji i literatury, którą można czytać inaczej, ale nawet pomysł, jak przetrwać na studiach (który chętnie bym sprawdziła, choć w dobie Internetu myślę, że raczej mogłoby to odnieść mizerny skutek, ale sam pomysł jest ciekawy), zachęcanie do szukania pasji.

Stowarzyszenie Umarłych Poetów” to opowieść o człowieku z pasją uczenia, kształtowania młodych umysłów, czynienia ich życia piękniejszym w miejscu, które daje bardzo dobry start, ale i zbyt wiele surowości. Rozwaga, ciepło, niezwykłość i miłość, do tego co robi oraz fakt, że charyzmatyczny i nietuzinkowy John Keating jest niezwykle inspirującą osobą, spowodowały, że mogę go nazwać jednym z moich ulubionych bohaterów literackich. Nie brak tu jednak i trudnych tematów, jak choćby historia Neila, którego despotyczny ojciec, nie pozwala mu na realizowanie swoich pasji. Z kolei Todd zmaga się ze swoim lękiem przed wystąpieniami publicznymi, swoją niską samooceną, poczuciem bycia kimś gorszym niż inni. Knox musi przejść wiele prób, by odnaleźć drogę do miłości. Koniec końców to także historia o rodzącej się odwadze oraz wielkim szacunku do nauczyciela, który potrafi zmienić życie, nauczyciela, którego będzie się pamiętać do końca, bo był kimś więcej niż tylko belfrem, był przyjacielem, doradcą, inspiratorem eksperymentów, przewodnikiem życia.  

Dzieło N. H. Kleinbaum jest dla mnie książką, do której się wraca, która jest jak promyk słońca w pochmurny dzień, bo zawsze warto sobie przypomnieć, że w każdej chwili można zacząć chwytać dzień, że należy być dumnym ze swojej niezwykłości, szukać i realizować swoje pasje i zawsze mieć swoje zdanie na każdy temat, mieć swój głos, gdyż na tym polega część życia.

Książka naprawdę dla wszystkich :-). Bardzo gorąco polecam, podobnie jak świetny film w Robinem Williams’em, choć są subtelne różnice między książką a filmem, więc warto zapoznać się z obydwoma dziełami.

Nancy Horowitz Kleinbaum, Stowarzyszenie umarłych poetów, przeł. Paweł Laskowicz, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2005.


Wśród złudzeń – Charlotte Link „Obserwator”


„Zrozumiała, że nie opuści jej jedno: świadomość, że jest zupełnie sama na świecie. Nie opuści jej świadomość, że nie ma nikogo i że nie istnieje nikt, dla kogo by coś znaczyła. Jak gdyby spadała z powrotem do piekła. Zdradzona przez kobietę, która była pierwszym człowiekiem w jej życiu: przez kobietę, która ją urodziła”.


     
     Czasami jest tak, że niektórzy z nas chcieliby żyć życiem innych ludzi, bo mają więcej szczęścia, pieniędzy, lepszy samochód, dom, są piękniejsi czy mają jakieś cechy, których nam brakuje. Nieraz w ludziach tkwi przekonanie, że los innych jest o niebo lepszy, a będąc w ich skórze, robiliby wszystko lepiej albo przynajmniej byliby szczęśliwsi. Tymczasem pozory mylą. Widzimy jedynie to, co inni pozwalają nam zobaczyć lub co wymyka się pomiędzy starannie ułożonym scenariuszem dla otoczenia.

   Samson Segal to dziwny typ. Trochę nieudacznik na własne życzenie. Mieszka w domu zmarłej matki z bratem i jego żoną, która szczerze go nienawidzi i gdyby mogła wysłałaby go na księżyc lub jeszcze dalej. Stracił pracę, nie wie, co ze sobą zrobić, nie szuka nowego zajęcia, nie ma dziewczyny. To nieumiejący wyjść spod klosza maminsynek, który boi się świata i nie bardzo umie się w nim odnaleźć. Żeby tego było mało ma dość interesujące hobby, chodzi po ulicach i śledzi ludzi. Przygląda się ich zajęciom, trybowi życia, śmiem zaryzykować stwierdzenie, że może wiedzieć o ich nawykach więcej niż oni sami. Szczególnym uczuciem zaś darzy Gillian Ward, sąsiadkę, której życie wydaje mu się wprost idealne, gdyż ma ona wszystko, czego kobieta tylko może pragnąć. Jak to jednak zwykle bywa diabeł tkwi w szczegółach…

   Życie bohatera ulega zmianie, kiedy na skutek działań policyjnych pada na niego podejrzenie, co do brutalnego zamordowania pewnej samotnej kobiety. Wszystko to za sprawą wrednej i wścibskiej szwagierki, pamiętnika przepełnionego żalami i gniewem oraz jego zamiłowania do śledzenia ludzi. Zagubiony i śmiertelnie przerażony Samson musi poradzić sobie nie tylko ze skutecznym unikaniem policji, ale również z samotnością, bezradnością oraz faktem, że życie ukochanej wcale nie jest takie różowe i nie przypomina bajki. Opuszczony przez przyjaciela Bartka, który nomen omen, obrazuje niezbyt pochlebne zdanie autorki, co do Polaków, spotyka na swojej drodze John’a, byłego policjanta, który pragnąc pomóc Gillian, bierze Samsona pod swoje skrzydła.

   Tymczasem giną kolejne samotne kobiety. Policja stara się znaleźć łączącą je nić, ale okazuje się to dość trudnym zadaniem. Kiedy zostaje zamordowany również mąż Gillian, a Becky, jej córka nie potrafi wskazać sprawcy, sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej. Śledztwo trwa, a po ulicach krąży szalony morderca. Kim jest? Na to pytanie starają się znaleźć odpowiedź nie tylko służby bezpieczeństwa, ale również i John.

    Autorka do samego końca stopniuje napięcie i zwodzi czytelnika. Przyznam, że zaskoczyło mnie odkrycie, kim jest tajemniczy morderca. I choć łatwo było odgadnąć, kto nie zabija, aż do finału, nie miałam pojęcia, ani co jest motywem zbrodni, ani kto ją popełnia. Dlatego ukłon w stronę Charlotte Link za niezwykły klimat oczekiwania na rozwiązanie zagadki i towarzyszące temu emocje. Powiem szczerze, że lubię być zaskakiwana, wodzona za nos, bo to dla mnie esencja kryminału, do końca nie być pewnym, kto zabija, a tak było w przypadku „Obserwatora”. Ponura zimowa aura Anglii, dramaty bohaterów, romans, wartka akcja oraz ciekawe postacie to wszystko serwuje czytelnikowi autorka.

Wszystkim sympatykom kryminałów, serdecznie polecam, szczególnie w te upały :-0.


Charlotte Link, Obserwator, przeł. Anna Makowiecka-Siudut, wyd. Sonia Draga, wyd. I, Katowice 2012.