czwartek, 31 lipca 2014

Jak w tytule - Joanne Kathleen Rowling „Trafny wybór”


     »Ci ludzie żyją złudzeniami – pomyślała Tessa, przyglądając się pozostałej trójce. Właśnie oglądali jakiś wykres, który Parminder wyjęła z notatek Kay. – Myślą, że mogą wymazać sześćdziesiąt lat gniewu i urazy za pomocą kilku arkuszy danych statystycznych«. Żadne z nich nie było Barrym, żywym dowodem na to, co oni znali wyłącznie z drugiej ręki: że dla dziecka z ubogiej rodziny wykształcenie może być przepustką do  życia w dostatku, że nawet startując z pozycji bezsilności i uzależnienia od innych, można zostać wartościowym członkiem społeczeństwa. Czyżby nie wiedzieli, że w porównaniu z człowiekiem, który zmarł, wypadają beznadziejnie?”

     Powiem szczerze, że nie czytałam Harrego Pottera. Kiedy jednak usłyszałam, że autorka popularnej serii o czarodzieju z Hogwartu, wydała książkę dla dorosłych, sięgnęłam po nią ciekawa, z czym przyjdzie mi się spotkać.

       Wszystko zaczyna się od śmierci radnego Barrego Fairbrothera. To wydarzenie staje się początkiem całej lawiny zdarzeń. W Pagford bowiem pojawia się wakat w radzie, a z tym wiążą się nie tylko prestiż i władza, ale kreowanie lokalnej wizji świata po swojemu. Trzeba przyznać, że z chwilą śmierci bohatera cienka nić między Pagford a osiedlem Fields zostaje bezpowrotnie zerwana. Otóż był on ogniwem, które łączyło niesławną część miasta z jego spokojną, niemal dystyngowaną pozostałością. Większość radnych pragnąca pozbyć się osiedla zamieszkanego przez biedotę i patologię, nagle uzyskuje możliwość pozbycia się problemu, odłączenia Fields od swojej szacownej społeczności. Nie zauważa, że całe życie Barry Fairbrother poświecił temu, by udowodnić, że nawet z największej biedy i najgorszej dzielnicy, najtrudniejszego położenia można się wyrwać dzięki ciężkiej pracy i to należy przekazywać młodym.

     Niestety spuścizna, jaką mężczyzna pragnął pozostawić, staje się nieważna wobec walki o miejsce w radzie, na które chrapkę ma między innymi Milles Mollison, Simon Price oraz Collin Wall. Każdy z nich pożąda władzy z innego powodu. Milles, zachęcany przez ojca, pragnie decydować o losach miasta, Simon chce wykorzystać pozycję w radzie do ubijania interesów i wzbogacenia się, Collin zaś czuje się w obowiązku kontynuować misję zmarłego przyjaciela. Do tej historii dodajmy jeszcze młodzieńczy wątek miłosny, wieczne dylematy nastolatków, konflikt pokoleń, przemoc rodzinną, poszukiwanie własnej tożsamości, problemy z samoakceptacją, doświadczenia erotyczne, śmierć oraz kilka innych aspektów i mamy „Trafny wybór”. Autorka nie rozpisuje jednej historii, rozwlekając ją niemiłosiernie, wręcz przeciwnie, z kilku dobrych opowieści tworzy zwartą całość, która ciekawie się przeplata.

Mamy więc wątek Krystal Weedon, dziewczyny, której życie nie oszczędza. Jedyne szczęście, jakiego zaznała to pobyt u babci. Los jednak tak się układa, że musi ona wrócić do domu, gdzie matka nie potrafi poradzić sobie z nałogiem. To na jej barki spada opieka nad młodszym braciszkiem, zajmowanie się domem, matką, której nie może przemówić do rozsądku i którą stale trzeba pilnować, by brała udział w odwyku. Przy tym chce być po prostu zwykłą nastolatką. Twarda i zahartowana, nie okazuje uczuć, a przede wszystkim nie przyznaje się do bólu po stracie Barrego, trenera, który dzięki wioślarstwu starał się wpoić dziewczynie, że można wyrwać się z jej położenia. To on sprawiał, że czuła się wartościowa i miała cel, a następnie ją zostawił…

Andrew Price ma inny problem. Jego największym zmartwieniem jest tyranizujący całą rodzinę ojciec, który wszelkie niepowodzenia wyładowuje na swoich bliskich. Chłopak nienawidzi go szczerze, wyśmiewa za jego plecami i marzy o dniu, w którym będzie mógł zemścić się za liczne upokorzenia, wyzwiska, przemoc fizyczną i psychiczną. Dość dodać, że jego młodszy brat nie ma lepiej, a matka zamiast pomagać synom, stara się łagodzić sytuacje, tłumaczyć Simona lub jest po prostu bierna. Cicho pozwala na przemoc, jakby była ona normalną częścią życia.

Sukhvinder z kolei nie potrafi zaakceptować samej siebie. Bardzo aktywnie pomaga jej w tym także otoczenie, począwszy od matki, która nigdy nie jest zadowolona z dziewczyny i stale wypomina jej, że powinna dawać z siebie więcej, gdyż nic nie osiągnie, po szkolne otoczenie, a zwłaszcza Stuarta Wall’a, znajdującego przyjemność w poniżaniu dziewczyny w każdy możliwy sposób. Zakompleksiona i zagubiona ulgę odnajduje w samookaleczaniu się i uciekaniu przed życiem.

Natomiast Stuart Wall jest wiecznym poszukiwaczem, buntownikiem, wyniosłym smarkaczem, któremu wydaje się, że pozjadał wszystkie rozumy i może wyżywać się na innych ludziach, a szczególnie rodzicach. Udaje, że na niczym mu nie zależy, ale poza robieniem głupot i wywyższaniem się, to po prostu zagubione dziecko. Po finale jego znajomości z Krystal, z którą był jedynie dla pognębienia opiekunów, nieco się zmienia.

To tylko część bohaterów książki J. K. Rowling, która mocno wciąga czytelnika. Pokazuje świat zarówno zagubionych i poszukujących nastolatków jak i dorosłych, którzy nie zawsze potrafią dokonywać trafnych wyborów i postępować właściwie. Cała galeria postaci aż kipi życiem, każdy jest inny, ma swoją własną, odrębną historię, nie są to namnożone papierowe ludziki, które mają zapełnić strony, ale ciekawe i nieraz skomplikowane osobowości. Ukazanie zmagania się z codziennymi i niecodziennymi problemami, kontrastowanie bogatego Pagfrod i jego mieszkańców z bohaterami ubogiego i dalekiego od ideału Fields oraz ciekawa fabuła, sprawiają, że „Trafny wybór” jest naprawdę interesującą i wartą uwagi propozycją. Powiem szczerze, że nie spodziewałam się, że aż tak przypadnie mi do gustu. Książka jest naprawdę starannie napisana, wielowątkowa, zmusza czytelnika do skupienia, przez ukazanie losu wielu bohaterów, przedstawia świat zarówno od strony nastolatków jak i dorosłych oraz wciąga tak, że czytelnik chce dowiedzieć się, jak potoczą się losy bohaterów. Jak dla mnie – trafny wybór J, jeśli chodzi o książkę na letnie popołudnia, które ktoś chce spędzić z inną lekturą niż romans.

Joanne Kathleen Rowling, Trafny wybór, przeł. Anna Gralak, wyd. Znak, Warszawa 2012

sobota, 26 lipca 2014

Stanąć do walki - Eric Emmanuel Schmitt, „Zapasy z życiem”


„Bo muszę wam wyjaśnić, że w tamtym czasie cierpiałem na alergię – nietolerancję na cały świat. W tym na siebie samego. Interesujący temat medyczny, gdyby medycyna zajęła się moim przypadkiem: miałem alergię ogólną. Nic mnie nie pociągało, wszystko wydawało mi się odrażające, życie wywoływało u mnie swędzenie, od oddychania stawałem się kłębkiem nerwów, od rozglądania się naokoło miałem ochotę rozwalić sobie mózg o ścianę, od obserwowania ludzi wyłaziła mi na skórze egzema, od patrzenia na ich brzydotę trzęsły mną dreszcze, a gdy ich odwiedzałem – nie mogłem oddychać; co do dotykania ich, na samą myśl o tym robiło mi się słabo. Krótko mówiąc, dopasowałem swoje życie do choroby: żegnaj szkoło, nie miałem przyjaciół, wypełniałem obowiązki handlowe bez gadania, żywiłem się produktami przemysłu spożywczego – konserwami, zupami liofilizowanymi – i jadłem je w odosobnieniu, wciśnięty między deski jakiejś szopy, a w nocy spałem w opustoszałych miejscach, często cuchnących, tak bardzo zależało mi na tym, żeby być samemu.
            Nawet myślenie mnie bolało”.

   Co można sobie pomyśleć, gdy codziennie obok chudego jak patyk chłopca przechodzi starzec i mówi, że „widzi w nim grubego gościa”? Pewnie pierwsze, co nasuwa się na myśl, to  szaleństwo dziadka. Jednak nie zawsze to, co widzą oczy jest prawdą. Nie znamy wszystkich naszych możliwości. Człowiek może dużo więcej, niż mógłby się po sobie spodziewać, choć nie zawsze ma odwagę, by zmierzyć się z życiem.

     Jun mieszka na ulicy Tokio, w którym się dusi. Właściwie to sam bardzo trafnie określa, że ma "alergię na życie". Nie ma żadnych oczekiwań, postanowień, refleksji, marzeń, planów na przyszłość. Niczego nie pragnie, jedynie trwa, sprzedając, można śmiało powiedzieć, badziewie, by zarobić na jedzenie. Nie wspomina o domu i rodzinie, nawet nie chce ich pamiętać. Jest głęboko zraniony, pogrążony w depresji, zbuntowany i za wszelką cenę pragnie udowodnić sobie i światu, że niczego nie potrzebuje i wcale nie cierpi. Jak ognia unika rozbudzania w sobie jakiejkolwiek nadziei, bo wiadomo, jak coś pójdzie nie tak, będzie boleć. Wówczas przyszłoby mu się zmierzyć z rozczarowaniem, rozgoryczeniem, żalem czy przegraną, a samemu wtedy ciężko... Chłopak radzi sobie jak może, jednak trwanie z dnia na dzień nie jest najlepszym sposobem na spędzenie życia. I choć mieszkanie na ulicy, walka o byt, zmagania z innymi sprzedawcami i ignorowanie wszelkich potrzeb, jakie ma, idzie mu całkiem nieźle, można śmiało powiedzieć, że Jun jedynie istnieje. Jest zahartowany, ale nie żyje pełnią życia, nie wykorzystuje swojego potencjału, nie robi nic, by zmienić swój byt. On nawet  nie pozwala sobie na westchnienie o lepszym losie. Brak samoakceptacji i wsparcia ze strony innych jedynie podsyca jego mizerną dolę.

 Jego kiepskie położenie zauważa mistrz sumo. Widzi w nim jednak nie tylko umęczonego dzieciaka, znajdującego się w ciemnościach, zbuntowanego przeciwko światu i samemu sobie, ale dostrzega potencjał zawodnika, choć warunki fizyczne chłopaka z sumo nie mają nic wspólnego. W swoim uporze doprowadza w końcu do wizyty Juna na zawodach. Ten urzeczony japońskim sportem, pragnie zostać jednym z poważanych i słynnych zawodników.

     Rozpoczyna naukę w szkole mistrza, jednak pomimo ćwiczeń, szczerych chęci oraz całego wysiłku jaki wkłada w zrealizowanie swojego celu nie może przytyć. Jego waga staje się poważną przeszkodą, ale nie rezygnuje ze spełnienia marzeń. Z biegiem czasu chłopiec zauważa, że dróg do zwycięstwa jest wiele i niekoniecznie są one związane z byciem grubym. Korzystając z nasuwających się po obserwacjach wniosków, powoli wypracowuje  swoją strategię i metody na pokonanie przeciwników. Uczy się, że do osiągnięcia celu prowadzi wiele dróg, dlatego nie można się łatwo poddawać. Poznaje również bardzo uroczą dziewczynę, która poruszy jego serce i o którą też będzie musiał zawalczyć.

      „Zapasy z życiem” są książką zarówno o zapasach, życiu jak i zapasach z naszym losem. Obrazują zmagania się z trudnościami, które nierzadko wyrastają przed nami. Uczą pokory i podejmowania działań, nawet gdy te wydają się skazane na porażkę. Bo przecież człowiek zwycięża nie tylko osiągając sukces, ale już stając do walki, próbując. Dopóki się żyje, nie jest się przegranym, nawet jeśli otoczenie twierdzi inaczej, zdaje się mówić autor. Na przykładzie Juna pokazuje jak czasami niewiele trzeba, by ktoś porzucił niebyt, w którym tkwił i rzucił się w ramiona prawdziwego życia. Życia pełnego trudów, wyrzeczeń, zmagań z własnymi słabościami, rodzącymi się wątpliwościami, porażkami, ale i pełnego marzeń, niespodzianek, sukcesów, nawet tych najdrobniejszych, które prowadzą do zwycięstwa. Czasami wystarczy jeden człowiek, który w nas wierzy i naciska dotąd, aż podejmiemy wyzwanie. Pierwszy krok należy jednak zawsze do nas. Eric Emmanuel Schmitt nie przedstawia bajkowej wizji sięgania po sukces, który jest błyskawiczny, łatwy do osiągnięcia i wieczny. Wręcz przeciwnie, stawia sprawę jasno. Sukces jest bowiem owocem żmudnej, ciężkiej pracy, która angażuje całego człowieka wszystkie jego siły, energię, nastawienie. By po niego sięgnąć trzeba zrobić pierwszy krok, wyciągnąć rękę i konsekwentnie realizować poszczególne małe kroczki. A potem…, trzeba z głową podejść do sprawy i wybrać najlepsze z możliwych rozwiązań, jak zrobił to bohater „Zapasów z życiem”.

     To również książka o uczuciach, od miłości, przez zniechęcenie, odrzucenie, nienawiść do świata, ludzi i życia, zagubienie, bunt, wściekłość, po nadzieję i radość. Cały wachlarz emocji zawarty na tak niewielu stronach. I za to lubię właśnie autora, za opowiadanie historii bez zbędnej paplaniny, bez niepotrzebnego rozwlekania wydarzeń. Wszystko jest zwięzłe, proste, bogate w treści i przemyślenia, a jednocześnie jakby skondensowane. Może czasami wydaje się to schematyczne, ale właśnie po to mamy wyobraźnię, by z niej zbudować przemilczane szczegóły. Wydaje mi się, że ta oszczędność językowa wynika jeszcze z jednej rzeczy, skupieniu się na tym, co najważniejsze, przesłaniu, jakie niesie ze sobą książka, na nierozpraszaniu czytelnika, który ma się skupić na wyciąganiu wniosków. Ta zwięzłość słów w „Zapasach z życiem” ma swojego ambasadora, którym jest matka Juna, Ta niezwykła postać przekazuje synowi trudne do odczytania, ale niezwykle piękne przesłania w sposób niezwykle oryginalny. Jaki? To już każdy musi sprawdzić sam. Ja przyznam, że ogromnie spodobał mi się ten pomysł Erica Emmenuela Schmitta. Czasami słowa kryją się przecież za najdrobniejszymi gestami i rzeczami. Warto otworzyć serce, by zrozumieć drugiego człowieka, spojrzeć na niego z innej perspektywy, w sposób wyrozumiały, gdyż każdy z nas jest inny. I brak słów, odmienność nie zawsze oznacza oziębłość, odrzucenie czy niezainteresowanie, tak jak chuda sylwetka nie zawsze należy do chudego gościa J.


Eric Emmanuel Schmitt, Zapasy z życiem, przeł. Agata Sylwestrzak-Wszelaki, wyd. Znak, Kraków 2010.



piątek, 25 lipca 2014

Wygrać życie – Michael Neale „Rzeka”


„Rzeka nikomu się nie narzuca – to ludzie muszą podjąć decyzję, że chcą się do niej zbliżyć. Właśnie dzięki temu woda jest czymś tak szczególnym. Jeśli kogoś interesuje moje zdanie, to uważam, że pogoń za przedmiotami przeszkadza w prawdziwym przeżywaniu własnego życia”.





z dedykacją dla Ojca Tymona :)

       Powiem szczerze, że czasami trochę mnie irytowała ta książka. Ciągłe mówienie o Rzece, której nazwa ani razu nie pada, rzeczy których być może nie chciałam usłyszeć…, cóż czasami do lektury trzeba dorosnąć, przyznać się do swoich błędów, inaczej spojrzeć na wszystko i nabrać nieco dystansu, by odkryć, że miało się do czynienia z bardzo wartościową książką, która mówi o nas samych.

       Wszystko zaczęło się od spotkania na lotnisku. Jak to czasami bywa, że najpiękniejsze i najciekawsze historie poznajemy w najmniej oczekiwanych momentach. Tak też się stało i tym razem :).

   Gabriel Clarke był zwykłym dzieckiem, które na skutek nieodpowiedzialności innych straciło ojca. Po tym tragicznym wydarzeniu przeniósł się do Cairo, gdzie mieszkała matka. Maggie oraz państwo Earl i Vonda Cartwright starali się pomóc malcowi, który zmagał się ze śmiercią ojca, której był świadkiem, lecz poza swoją miłością niewiele mogli zrobić. Chłopiec był zamknięty w sobie, małomówny a przede wszystkim wycofany w swój świat, gdzie zdawał się czuć bezpiecznie. Stronił od towarzystwa, a z chłopcami spotykał się jedynie po to, by nie smucić matki. Czas mijał a w życiu Gabriela niewiele się zmieniało. Panicznie bał się jakiegokolwiek ryzyka, a przede wszystkim wody, która zabrała mu ojca. Choć kuchnia pani Vondy, starania matki oraz troska Earla, który starał się być dla malca jak ojciec były naprawdę wspaniałe, Gabriel nie przypominał innych dzieci.

   Nieco światła do jego świata zaglądnęło dzięki nowej nauczycielce, pannie Collingsworth, pochodzącej z plemienia Czirokezów. To ona pierwsza wspomina bohaterowi o niezwykłości rzeki i daruje mu na urodziny bardzo sugestywny obraz. Kolejnymi promieniami słońca są wyprawy z Earlem na ryby, podczas których Gabriel przełamuje nieco swój lęk przed wodą. Znajduje również nowego towarzysza zabaw, Rio Sky. Wszystko jednak staje na głowie, kiedy jego kolega Jimmy nakłania go do wyjazdu nad rzekę.

      Krótki pobyt wśród innych nastolatków, spotkanie Tabithy, dziewczyny, w której Gabriel zakochuje się od pierwszego wejrzenia oraz tajemnicze zdarzenia związane z Rzeką wywracają życie chłopaka do góry nogami. Ten strachliwy, niepewny siebie, zagubiony młodzieniec przechodzi metamorfozę. Na wakacjach, korzystając z zaproszenia Tabithy przybywa do Parku Przygód „Wielka Woda”. Pragnie przeżyć te same emocje, które towarzyszyły mu podczas spływu – ekscytację, poczucie siły, wolności i pewności siebie. W „Wielkiej Wodzie” przyjdzie mu jednak nie tylko zmierzyć się z nowymi obowiązkami czy wyzwaniami, ale przede wszystkim z bolesną przeszłością i emocjami oraz lękami z nią związanymi.

     Książka Michaela Neale urzekła mnie swoim ciepłem i mądrością. Potrzebowałam jednak czasu, by prawdziwie docenić jej piękno i wszystkie zalety. To historia o zmaganiu się z własnym życiem, poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi, walce z lękami i dojrzewaniu do bycia prawdziwie wolnym i szczęśliwym człowiekiem. Opowiada także o sile potrzebnej do stawienia czoła swoim ograniczeniom, paraliżującemu i odbierającemu radość życia strachowi, zakamuflowanemu przez lata gniewowi oraz o przebaczeniu. Pokazuje jak jedno zdarzenie rzuca się cieniem na życie człowieka i jak z jednej strony wiele a z drugiej jak mało trzeba, by zmienić swój świat. Autor ukazuje jak można stać się niewolnikiem strachu oraz jak trudno zrobić pierwszy krok ku prawdziwemu życiu, zwłaszcza gdy jest się samemu. Podkreśla rolę ludzi, których mamy dookoła. Jeśli miałabym powiedzieć, o czym jest „Rzeka”, to powiem krótko, że o zmaganiu się z życiem, które nieraz potrafi być bardzo trudne. Warto jednak stanąć do walki, gdyż:

„Wczoraj już minęło, więc nie próbuj go zmienić.Nie wiesz, co niesie jutro – naucz się je cenić.Ale najlepsze jest dzisiaj – nie daj go sobie na inne wymienić”. (s. 166)

Ta prosta rymowanka, przypomina jak żyć, by nie tracić czasu na zamartwianie się tym, co odeszło i wobec czego jesteśmy bezsilni. Uczy otwierać się na nowe, to co przyniesie los, a przede wszystkim, żyć tak, by nie tracić ani minuty i nie pozwolić by nasze lęki, ograniczenia, wątpliwości stanęły nam na drodze do szczęścia.

     Bardzo spodobała mi się w „Rzece” postać Ezry, człowieka, który przeżył kawał życia i łączy w sobie cechy opiekuna, powiernika i mędrca. Ten niezwykły staruszek przypadł mi do gustu, ponieważ nie wtrącał się, nie odgrywał wszystkowiedzącego. Nikogo nie krytykował, lecz mówił tyle, ile powinien i wtedy, gdy powinien. Starał się przekazać swoją mądrość tak, by pomóc innym. Nie szastał opiniami, ocenami, lecz starał się zrozumieć drugiego człowieka i ukazać wiele rzeczy z innej perspektywy. Przyznam, że chyba każdy chciałby mieć takiego przyjaciela, gdyż to prawdziwy skarb.

        Kończąc. „Rzeka” to pięknie napisana, pełna mądrości, ciepła, dobrych słów książka, która uczy jak żyć, gdyż opowiada o nas samych, ludziach zmagających się z trudnościami losu. Gorąco polecam na ciepłe i chłodniejsze dni J.

Michael Neale, Rzeka, przeł. Zbigniew Zawadzki, Labirynty kolekcja prozy, wyd. WAM, Kraków 2013.


czwartek, 24 lipca 2014

Ło matko… ;-) – „Pięćdziesiąt twarzy Greya” E.L. James oraz „Czarny Książę” Katarzyna Michalak



   Tym razem będzie hurtowo, bo o tych książkach można powiedzieć niewiele i niech tak zostanie ;).

Sięgnęłam po „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, bo zastanawiałam się, o co całe halo. Skąd taki pęd do czytania, co jest w tej książce, że gdziekolwiek bym się nie obróciła to albo widzę reklamy, albo słyszę jakieś fragmenty w radiu albo ktoś mi o niej mówi. Postanowiłam więc na własnej skórze sprawdzić, z czym to się je. Zaczęłam czytać i…

Cóż…, poza tematem erotycznym, który może zainteresować niektórych, nie dostrzegłam w tej książce nic. Fabuła niezbyt ciekawa, bohaterowie papierowi - bogaty, skrzywiony chłopiec, który wyrósł fizycznie na mężczyznę, bo emocjonalnie to do końca nie jestem o tym przekonana oraz niezwykle naiwna, denerwująca, dziecinna bohaterka, która pragnąc księcia z bajki, dostaje pana i władcę, który ma jej rozkazywać. Co mnie dziwi? Jak łatwo przychodzi jej odrzucanie przebłysków logiki i brnięcie w sytuację, która niedoświadczoną dziewczynę raczej bardziej przerazi niż pociągnie, zważywszy, że bohaterka była mało zainteresowana sprawami seksualnymi. Anastazja niby inteligentna i oczytana, a idzie ślepo za człowiekiem, którego kompletnie nie zna i pozwala mu na przekraczanie granic, o których istnieniu nie miała zielonego pojęcia. Bardzo łatwo przychodzi jej podejmowanie decyzji, które wymagają zastanowienia się i czasu. Właściwie to najpierw robi, a potem myśli, co w połączeniu z jej „święty Barnabo” i odnośnikami do wewnętrznej bogini, czyni ją po prostu śmiesznym dzieciakiem.

Nie ma zielonego pojęcia, kim jest Christian i co może jej zrobić, ale co tam. Podpisze mu umowę, bo przecież te jego hipnotyzujące oczy, ciekawość i rosnące pożądanie wystarczą za wszystko. I jeszcze będzie zachwycona, ona która pragnie uczucia, a dostaje jedynie kontakt fizyczny i zgadza się na to. Bo co by nie mówić, uroczy i pociągający Christian, może złym człowiekiem nie jest, ale uczuciowo zatrzymał się na poziomie makreli J. Z całym szacunkiem dla autorki, ale mało przekonujące to wszystko. Tak więc mamy dużo erotyki, brak ciekawych zdarzeń, obsesyjne przygryzanie wargi, dwoje mocno niewyżytych ludzi, masę paplaniny, którą trzeba zapełnić strony książki i dość kiepski język. Jak dla mnie, poza wątkiem erotycznym, nie rozumiem, co mogłoby w tej książce jeszcze przyciągnąć uwagę. Więc szczerze? Jeśli ktoś chce się odmóżdżyć, czy odpocząć po ciężkim dniu, owszem bardzo dobra lektura (pod warunkiem, że jest się odpornym na irytację, jaką wywołuje Anastazja), ale dla wszystkich bardziej wymagających literacko raczej nie polecam. Owszem, byłam ciekawa, czy coś się w bohaterach zmieni, czy przejdą jakąś metamorfozę, ale kiedy dostałam w łapki drugą część, nawet jej nie ruszyłam, po prostu „nie urzekła mnie ta historia”.

Kiedy już myślałam, że Greyopodobnych lektur, które wyrastały jak grzyby po deszczu nie znajdę raczej w rodzimej literaturze, nie zawiodłam się J! Czytając „Mistrza” Katarzyny Michalak, choć brakowało mi w nim rozwinięcia tematu w wielu miejscach, całkiem miło spędziłam czas, więc byłam ciekawa nowej książki autorki. O zgrozo…, nie spodziewałam się, że dostanę coś jakby połączenie słabego kryminału z Greyowym umiłowaniem do igraszek…

Smutne jest to, że już po samym krótkim wpisie blogerki zamieszczonym na okładce, która stwierdza, że czytelnik będzie zaskoczony osobą, która morduje młode kobiety i po przeczytaniu kilkudziesięciu stron, człowiek jest pewien, o kogo chodzi i zero zabawy z wodzeniem czytelnika za nos i zmuszaniem go do kombinowania. Pomijam, że bohaterowie nie są za bardzo ciekawi. Konstancja jest oczywiście tak piękna, że ludzie oczu od niej oderwać nie mogą, mężczyźni ślinią się na jej widok, kobiety chętnie by jej wbiły nóż w plecy, a ona cicha, nieświadoma swojej urody od razu zdobywa zainteresowanie Maksa, zwanego czarnym księciem. Dodajmy do tego wyrodnego ojca, wyrachowaną ciotkę, która chce sprzedać dziewczynę niczym kawał mięsa, momentami nawet całkiem inteligentnego inspektora Paula i mamy „Czarnego Księcia”. Pomijam fakt, że można zwątpić, kiedy do głównej bohaterki dobierają się niemal wszyscy, od służącej, przez ciotkę po Maksa, a nawet inspektor ma na nią ochotę, choć tu akurat Konstancja gra pierwsze skrzypce. Jednym słowem wielkie halo wokół jednego dziewczęcia, które moim zdaniem nie jest warte całego zamieszania i wątek kryminalny, za łatwy do rozwikłania dla kogoś, kto lubi kryminały i zagadki.

Rozumiem, że autorka chciała dobrze, ale powiem szczerze, tym razem nie wyszło. Historia jest banalna, jej rozwiązanie jasne jak słońce, więc przychodzi czytelnikowi bajecznie prosto. Wątek erotyczny jest niesmaczny, sam język powiem szczerze, jakoś nie kojarzy mi się z Panią Michalak. Czasami miałam wrażenie, że to książka całkiem innej osoby. Jedyną zaletą „Czarnego księcia” jest to, że szybko się go czyta, więc nie straciłam dużo czasu, ale ogromnie się zawiodłam na tej historii, która miała być ciekawa, a powiem szczerze, jest słabsza nawet od „Greya”.

E. L. James, Pięćdziesiąt twarzy Greya, tłum. Monika Wiśniewska, wyd. Sonia Draga, Katowice 2012.
Katarzyna Michalak, Czarny Książę,  seria z tulipanem, Poznań 2014.



piątek, 18 lipca 2014

Poskładać życie – Charles Martin „Maggie”


„Chciałem jej to wszystko powiedzieć, ale nie wiedziałem jak to zrobić. Tylko dlatego, że coś pękło, nie oznacza, że nie jest już dobre. Nie oznacza, że trzeba to wyrzucać. Oznacza tylko tyle, że coś jest pęknięte, ale pęknięte też jest dobre. Chciałem jej powiedzieć, że pęknięte jest nadal piękne, nadal oddziałuje, nadal budzi mnie rano i pobudza na koniec każdego dnia, który minął oraz który nadejdzie. Tak, jestem w stanie to pęknięte kochać”.

    Po przejściu wielu trudnych sytuacji, które wiązały się dla Dylana z całym wachlarzem emocji w końcu wszystko zdaje się zmierzać ku dobremu, choć bohater nie wie, czy życie, które znał kiedykolwiek powróci, ani czy kobieta, z którą wraca do domu, jest tą samą, którą pokochał. Stara się stawić czoło czekającym go wyzwaniom i cieszy się z powrotu Maggie do domu.

       Przed nim jednak trudne zadanie polegające na pomocy żonie, która musi uporać się ze śmiercią własnego dziecka, czasem, który straciła oraz własnym zagubieniem. Przyznam szczerze, że nie zawsze wywiąże się z tego dobrze. Dylan chcąc oszczędzić ukochanej cierpienia, stworzy dwie wersje wydarzeń, które miały miejsce, gdy Maggie była w śpiączce. Tę prawdziwszą, pokazującą wszystkie jego emocje i wątpliwości, zachowa dla siebie. Przyznam, że ciąg dalszy losów bohaterów „Umarli nie tańczą” nie jest sielanką. To trudna historia o zagubieniu ludzi, nawet sobie bliskich. Maggie dopiero zaczyna oswajać się z myślą o stracie dziecka, choć nie zdaje sobie z tego sprawy, potrzebuje czasu na żałobę. Z całego serca pragnie jednak zostać matką, stąd starania się pary o adopcję oraz próba skłonienia organizmu bohaterki do ponownego bycia matką.

   Poza państwem Styles nie zabraknie również pozostałych bohaterów, choćby Amosa i Amandy, którzy jako szczęśliwi małżonkowie sami oczekują przyjścia na świat potomka. Autor poświęcił tym razem jednak nieco więcej uwagi osobie pastora oraz Bryce’owi, przyjacielowi Dylana i Maggie, jednej z najbardziej osobliwych postaci, jakie spotkałam w literaturze. Ten zamknięty w sobie, lubiący popić i całkowicie tajemniczy weteran z Wietnamu, który chodzić niekoniecznie ubrany i pięknie gra na dudach, nabiera głębi. Z jednej strony autor stawia go w nieco przerażającym świetle, z drugiej zaś ukazuje łagodne oblicze, a także wiele ran, jakie nosi w sobie Bryce. Powiem szczerze, że stał się on moją ulubioną postacią, przez swoją oryginalność i nietuzinkowość.

       Momentami akcja staje się naprawdę intensywna, ale „Maggie” to głównie książka o wgłębianiu się w duszę człowieka. Pełna przemyśleń, refleksji i dylematów, stawia czytelnika przed wieloma pytaniami. Próba ukojenia bólu ukochanej, zaleczenia ran, zmaganie się z pragnieniem posiadania dziecka, problemami materialnymi, szukanie drogi do ukochanej, to tylko niektóre z problemów, jakie autor stawia przed bohaterami. Charles Martin nie oszczędza ich, ale pokazuje również wielkość człowieka w trudach życia a czasem nawet jego bezradność. Dylan ciągle stara się dotrzeć do Maggie. Pranie znaleźć drogę do jej serca, a także słowa i czyny, które pozwolą mu przekonać żonę o tym, że wszystkie pęknięcia można skleić. Tak jak porcelana sklejona złotem staje się dużo silniejsza, tak dzięki przeciwnościom losu człowiek i jego relacje się umacniają. Trzeba jednak czasu i pokory, by zrozumieć, że cierpienie czyni nas silniejszymi, a z każdej, nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji jest wyjście, wszak po każdej burzy pojawia się słońce.

   To, co najbardziej urzekło mnie w „Maggie” to właśnie przemyślenia bohatera, pełen uczuć opis przeżywanych sytuacji oraz miłość, która nie pozwala mu rezygnować, nawet gdy brakuje słów, sił, czy choćby zrozumienia. Nawet, gdy sytuacja zdaje się rozpaczliwa.


Charles Martin, Maggie, tłum. Jacek Bielas, Labirynty kolekcja prozy, wyd. WAM, Kraków 2010.

czwartek, 17 lipca 2014

Uśpione życie – Charles Martin „Umarli nie tańczą”


„Może mówi przeze mnie mój tata, ale myślę, że jeżeli Bóg mógłby wybierać, wolałby, abyśmy krzyczeli i kłócili się z Nim, niż pozostali milczący. (…)Profesorze, nie zapytał pan o to, ale powiem panu… przynajmniej tego jestem pewna. Jeżeli Bóg jest tym, kim mówi, że jest, to jest wystarczająco wielki, aby poradzić sobie z moimi gromami i wściekłością – ponownie przerwała – oraz wszystkimi moimi pytaniami”.


       W Karolinie Południowej życie płynie spokojnie. Dylan Styles i jego żona Maggie oczekują upragnionego dziecka. Wszystko idzie dobrze, para ogromnie cieszy się na narodziny potomka, przygotowuje pokój, zajmuje się pochłaniającymi całkiem spore kwoty zakupami i wśród pól kukurydzy przygotowuje się do dnia, który zmieni ich życie. Kiedy jednak nadchodzi upragniona chwila, świat zdaje się rozpadać na kawałki. Dziecko jest martwe, a ukochana żona Dylana zapada w śpiączkę. 

      W ten sposób zaczyna się historia pewnego człowieka, który musi zmierzyć się z przeciwnościami losu, własną bezradnością wobec zaistniałej sytuacji, bólem, przerażeniem, samotnością a także zwykłymi prozaicznymi rzeczami, jak utrzymanie domu, praca oraz pozostanie przy zdrowych zmysłach. Początkowo bohater zamyka się w sobie, pozostaje sam na sam ze swoją tragedią. Jak to się jednak mówi, prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Dylan może liczyć na pomoc miejscowego szeryfa, człowieka którego zna i kocha od dziecka. Amos stara się mu pomóc jak może. Nakłania go również, by przyjął pracę nauczyciela, którą zawdzięcza uporowi żony, a która jest spełnieniem jego marzeń. Z czasem mężczyzna zaczyna dostrzegać wokół siebie coś więcej niż tylko ból, ale oczy otwiera mu dopiero historia Amandy, ciężarnej córki pastora, która została porwana, brutalnie zgwałcona i pozostawiona przez sprawców na pewną śmierć. 

       „Umarli nie tańczą” obfituje w wiele historii, począwszy od losów Dylana wychowywanego przez dziadków, przez jego wyprawy z Amosem nurtem rzeki, opowieść o miłości do Maggie, po przeżycia jego uczniów, szczególnie zaś Amandy i tajemniczej Koy, a także zarys przyjaźni z tajemniczym Bryce’m. Tak więc mijają dni, a bohater choć coraz bardziej odczuwa skutki braku żony i przechodzi przez różne stadia zwątpienia, niezrozumienia, zaprzeczenia, nadal się nie poddaje. Odwiedza Maggie w szpitalu, dbając o nią, jak tylko umie, stara się poradzić sobie z rodzącymi się w nim wątpliwościami i emocjami oraz uczy, najlepiej jak potrafi. Z jednej strony Dylan to dobry psycholog, co widać po postępowaniu względem uczniów, z drugiej sam potrzebuje pomocy, którą oferuje mu Amanda. Dziewczyna stara się go przyciągnąć do Kościoła swojego ojca i sprawić, by inaczej spojrzał na wszystko, nie ograniczał swojego życia jedynie do bólu i złości. Powiem szczerze, że całkiem nieźle się jej to udaje, zwłaszcza, że potrafi być zarówno subtelna jak i bardzo przekonująca.

    „Umarli nie tańczą” to nie moje pierwsze spotkanie z twórczością Charlesa Martina. Powiem szczerze, choć nie należę do sympatyków literatury amerykańskiej, w której najczęściej rzecz dzieje się w małym miasteczku, o białych domkach, umiejscowionym obowiązkowo przy jakiejś ważnej drodze, czy autostradzie, gdzie dzieją się z pozoru normalne, choć nieco wyśnione historię, uwielbiam pisarstwo autora. Ma on w sobie głębię, świetne pomysły i naprawdę poruszające i ciekawe przemyślenia. Tym razem zaserwował czytelnikom, nie tylko ciekawą akcję w pięknym i spokojnym miejscu, ale przede wszystkim studium myśli i uczuć ludzkich. Można powiedzieć, że tak jest w każdej książce, owszem zgodzę się, w każdej dobrej książce. 

       Byłam pod wrażeniem ukazania dylematów różnorodnych (bo to trzeba podkreślić) bohaterów, analizy ich psychiki, uczuć i zachowań. Każda z osób przedstawionych w książce jest inna, ciekawa i mogłaby zostać opisana w osobnych powieściach. Zmaganie się z tragedią, samotnością, niepewnością jutra, opuszczeniem, bólem, stratą dziecka, próba otwarcia się na drugiego człowieka i wytrwania przy ukochanej w godzinie próby, która przedłuża się na długie dni oraz wiele innych tematów, to wszystko można odnaleźć w „Umarli nie tańczą”. Książkę, choć nie opowiada o błahym temacie, czyta się bardzo dobrze. Napisana prostym, pięknym językiem, skłania czytelnika do postawienia sobie wielu pytań, myślę, że o rzeczy najważniejsze lub ważne. 


Charles Martin, Umarli nie tańczą, przeł. Jacek Bielas, Labirynty kolekcja prozy, wyd. WAM, Kraków 2009.

środa, 16 lipca 2014

Pustosłowie – Orhan Pamuk „Nowe życie”


„Czym jest miłość?
Miłość to poświęcenie. Miłość to przyczyna sama w sobie. Miłość to zrozumienie. Miłość to muzyka. Miłość i szlachetne serce to jedno. Miłość to poezja smutku. Miłość to spoglądanie w lustro kruchej duszy. Miłość mija. Miłość to niemówienie nigdy, że się żałuje. Miłość to stawanie się kryształem. Miłość to dawanie. Miłość to dzielenie się gumą do żucia. Z miłością nigdy nic nie wiadomo. Miłość to puste słowo. Miłość to połączenie z Bogiem. Miłość to cierpienie. Miłość to spotkanie twarzą w twarz z aniołem. Miłość to łzy. Miłość to czekanie na telefon. Miłość to cały świat. Miłość to trzymanie się w kinie za ręce. Miłość to upojenie. Miłość to potwór. Miłość to ślepota. Miłość to słuchanie głosu serca. Miłość to święta cisza. O miłości śpiewa się piosenki. Miłość dobrze robi na cerę”.


     Pewnie będę odżegnywana od czci i wiary po tym, co tu napiszę, jednak jak powiadają, o gustach się nie dyskutuje, a każdy ma prawo do własnego zdania. Powiem szczerze, że ta książka mnie intrygowała. Kiedyś czytałam słowa na obwolucie i spodziewałam się, że jak w końcu będzie czas po nią sięgnąć, okaże się to strzałem w dziesiątkę. Tymczasem lotka nie musnęła nawet tarczy. Czytając historię o książce, która odmieniła ludzie życie, spodziewałam się czegoś niezwykłego, a otrzymałam, no cóż…, ciężko mi określić co…

        Po nobliście, którego dzieła naprawdę zyskują dobre recenzje spodziewałam się o wiele więcej. Mój apetyt podsyciły jeszcze opinie zamieszczone na okładce, więc czekałam na prawdziwą ucztę literacką. Dumna, że spotkam się z wysokim stylem pisania, ciekawą historią, która nie pozwala się oderwać od książki, zasiadłam do czytania… Jak wielkie było moje rozczarowanie, zrozumie ten, kto przeżył już coś takiego. Powiem szczerze, mało jest książek, które kompletnie mi się nie podobają. Uważam, że zawsze można znaleźć coś, co choć w nikłym stopniu obroni lekturę. Owszem, są wielkie dzieła i zwykłe przyjemne i sympatyczne czytadła, wszystkie potrzebne, gdyż te pierwsze uczą czytelnika myślenia, pozostawiają ślad w jego duszy i wzbogacają go, drugie umilają czas, pozwalają oderwać się od smutku, zmęczenia, codziennego zabiegania, po prostu zapewniają miły odpoczynek. Są jednak książki, które jakoś nie wpisują się ani w jedną ani drugą grupę. Należą one do niechlubnego gatunku, który męczy się do końca, bo człowiek ma nadzieję, że może coś sprawi, że zmieni swoje pierwsze zdanie.

     W przypadku „Nowego życia” tak jednak nie było. Książka, choć momentami czytała mi się nieco lżej, została zmęczona w dość długim okresie czasu. Owszem, bez bicia przyznaję się, że nie zrozumiałam wielu odwołań, bo jakby nie było kultura wschodu pozostaje jednak dla mnie czymś obcym, ale czytałam już rzeczy, które właśnie poprzez swoje niejasności skłaniały mnie do zapoznania się konkretnymi zagadnieniami. Tymczasem w przypadku dzieła Pamuka, czasami nie wiedziałam nawet, czego mam szukać, choć nie miałam na to najmniejszej ochoty.

       W zasadzie historię można bardzo łatwo streścić. Otóż w ręce bohatera trafia pewnego dnia książka, która zmieniła życie wielu ludzi. W zasadzie można powiedzieć, tak nimi zawładnęła, że rzucili wszystko, wyruszając na poszukiwanie świata w niej przedstawionego, świata, którego tak naprawdę nie ma, jak uważa chłopak Canan. Osman postanawia zatem wyruszyć w drogę razem z Canan, dziewczyną, która zawładnęła jego sercem. Tajemnicze rozmowy, spiskowe teorie, podróże od miasta do miasta, drogami, na których nietrudno o wypadek i śmierć, radzenie sobie z nieodwzajemnioną miłością, to wszystko serwuje nam autor. Powiem szczerze, że lubię powieści drogi, gdyż pokazują nie tylko zmieniający się świat, ale przede wszystkim przemianę bohatera. Tutaj jednak wszystko plącze się i rozmywa. Niekiedy nie wiadomo, o co chodzi, ani co tak naprawdę ma w sobie książka, że ogłupia ludzi, którzy w bezrefleksyjny sposób porzucają wszystko i wyruszają w podróż, zapominając o całym swoim doczesnym życiu. Czasami miałam wrażenie, że zaciera się granica między jawą a snem. Owszem klimat miejsc, do których podróżują bohaterowie jest oddany w całkiem przystępny i ciekawy sposób, ale całość jest tak męcząca, że mnie Pamuk zniechęcił do czytania „Nowego życia” tak bardzo, jak tylko można.

     Owszem mogłabym pobawić się w wyszukiwanie relacji z innymi dziełami, co ogromnie lubię, wpisanie dzieła w jakiś szereg. Mogłabym zrobić wiele rzeczy, jednak powiem szczerze, że ta historia nie wzbudziła mojego zainteresowania, nie zawładnęła mną, nie zmusiła do wysiłku, nie wniosła nic istotnego. Stała się dla mnie jak zamieszczony na początku cytat, zbiorem różnych myśli, luźno połączonych, nie zawsze w najlepszy sposób. Całości dopełniło trywialne wyjaśnienie pochodzenia książki, które zburzyło cała aurę tajemniczości, tak misternie budowaną przez autora. 


Orhan Pamuk, Nowe życie, przeł. Anna Polat, wyd. literackie, wyd. I, Kraków 2008.

wtorek, 15 lipca 2014

Piekło bezwolności - Margaret Atwood "Opowieść podręcznej"


„Musicie mi wybaczyć. Jestem uciekinierką z przeszłości i jak każdy uciekinier rozpamiętuję obyczaje i nawyki życia, które porzuciłam lub zostałam zmuszona porzucić, i to wszystko, z tego miejsca, wydaje mi się dziwaczne, a mój stosunek do tego obsesyjny. Jak biały Rosjanin popijający herbatę w Paryżu i rzucony w wiek dwudziesty, wędruję w przeszłość, szukając dawnych ścieżek; robię się zbyt ckliwa, gubię się. Płaczę. Tak, właśnie, leję łzy. Siedzę na tym krześle i sączy się ze mnie jak z gąbki. 
A więc. Znów czekanie. Nadzieja. Kobieta przy nadziei – tak dawniej nazywano kobiety, które oczekiwały dziecka. Oczekiwać. Czego? Gdzie? Poczekalnie. To tam czekasz. Dla mnie to oznacza ten pokój. Jestem pustym miejscem, tutaj, w nawiasach. Pomiędzy ludźmi”.


     To kolejna z poleconych mi książek, za co serdecznie dziękuję Agacie :), która trafiła w moje upodobanie do czytania antyutopii.

     Pisarze stwarzają różne światy, niektóre po wielkich wojnach, inne po kosmicznych tragediach. Najczęściej na gruncie wszelakich katastrof zdają się wyrastać mniej lub bardziej przekonujące reżimy, które z jednej strony nie mieszczą nam się w głowie, z drugiej jakby nad tym głębiej pomyśleć, wcale nie wydają się takie nierealne.

   Margaret Atwood stworzyła swoją unikalną rzeczywistość. Republika Gileadu to dziwne miejsce wyrosłe na gruncie USA i kultury masowej. Tak więc wszystko zaczyna się od znanego nam świata, który zdaje się pewnego dnia po prostu oszaleć. Klęski ekologiczne, niepokoje społeczne, w końcu niepłodność kobiet doprowadzają do przewrotu, którego skutkami jest śmierć prezydenta, rozwiązanie kongresu oraz zawieszenie konstytucji. Bank Myśli i Snów Jakuba, organizacja, która przejmuje władzę, tworzy państwo oparte na starotestamentalnych zasadach, wypaczonych przez jego działaczy. Kobiety tracą więc pracę, możliwość dostępu do swoich pieniędzy, a następnie wszelakie prawa. Wobec takiego obrotu spraw główna bohaterka stara się zbiec razem ze swoim mężem Łukaszem oraz malutką córeczką, ale ucieczka kończy się fiaskiem. Rodzina zostaje rozdzielona, a Freda trafia do bardzo dziwnego miejsca.

      Nowy reżim, gdyż inaczej nie można nazwać tego, co powstało na zgliszczach Stanów Zjednoczonych traktuje kobiety jako „użyteczne przedmioty”. Wprowadza się zatem klasyfikację płci pięknej. Od tej chwili może ona być niewolnicą mężczyzny w roli jego żony, gospodyni – Marty, tytułowej podręcznej, prostytutki, ciotki zajmującej się reedukacją czy w końcu jednostki spisanej na straty. Cierpieniem żon jest fakt, że muszą być przy mężu podczas „rytuału zapłodnienia”, co jest dla nich wielką ujmą na honorze, podobnie jak sam fakt bycia bezpłodną. Jednak pod względem obciążeń współczesnego świata, znajdują się one w najlepszym położeniu. Marty - starsze, zdolne do pracy kobiety, zajmują się prowadzeniem domu oraz dbaniem, by nie zabrakło reglamentowanych produktów. Podręczne, zostają sprowadzone jedynie do funkcji reprodukcyjnych, ich życiowym celem jest dać dziecko komendantowi, u którego przebywają, a następnie przenieść się do innego i powtórzyć procedurę. W końcu wszystkie płodne kobiety, które mimo tortur nie zgodziły się na bycie podręczną, jak np. zakonnice oraz niezdolne do posiadania potomstwa zsyłano go kolonii karnych, w których umierały pracując w straszliwych warunkach. 

      Poznajemy zatem Fredę, podręczną, której prawdziwe imię nie jest znane. Po nieudanej ucieczce zostaje ona odesłana do Centrum Racheli i Lei, gdzie szkoli się podręczne. Przypomina on obóz, w którym wszelkie głosy sprzeciwu czy choćby własnego zdania są surowo i boleśnie tępione. Zajmujące się kobietami ciotki są bezwzględne i całkowicie oddane sprawie. Generalnie rzecz polega nie na czym innym, jak wypraniu im mózgu, by stały się trybikami w maszynie totalitarnego państwa. Choć główna bohaterka, podchodzi do swojego losu z rezygnacją, chłodno, w sposób niemal pozbawiony uczuć i zdaje się być żywą-umarłą, czasami wraca do przeszłości, wspomnień związanych z mężem i córeczką. Przynoszą one jednak jedynie cierpienie, gdyż w Republice Gileadu ludzi nie spotykają dobre rzeczy.

    Nastawienie na reprodukcję, odizolowanie od prawdziwego świata, brak jakichkolwiek informacji, ciągłe podejrzenia wobec innych, nieustanna autokontrola w kwestii słów i gestów, brutalny rytuał zapłodnienia, strach z powodu czyhających kar oraz egzekucji i dziwne obrządki, to znamiona nowego świata. Traktowanie kobiety jako przedmiotu i zabawki, doskonale widać na przykładzie komendanta, który dając nieco oddechu Fredzie, spuszcza ją ze smyczy niemal jak psa, ale tylko na krótką chwilę. Pomimo iż doskonale wie, co czeka podręczną, ukazuje jej nieco inny świat i relikty przeszłości, czego kobieta najprawdopodobniej nie zobaczy już później. Bawi się jej uległością wobec niego i przymusem spełniania jego zachcianek, wyrażonym w formie prośby. 

     Margaret Atwood w „Opowieści podręcznej” tworzy świat, w którym kobiety są niczym. Osaczone ze wszystkich stron zdają się bezsilne, ale nigdy nie jest tak, by w człowieku nie odezwała się wola przetrwania i bunt. Stąd słowa: „Nolite te bastardes carborundorum”. – „Nie dajcie się pognębić sukinsynom”, brzmią niemal jak refren tej książki. Ciekawym zabiegiem, o którym warto wspomnieć jest przedstawienie historii w formie chłodnej, rzetelnej relacji, dokumentu, który ocenia się z perspektywy czasu. I chciałoby się rzecz, byle trafnej oceny, która nie pozwoli w przyszłości na podobne piekło.


Margaret Atwood, Opowieść podręcznej, tłum. Zofia Uhrynowska-Hanasz, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 1998. 

niedziela, 13 lipca 2014

Gdy świat umiera - Cormac McCarthy „Droga”



     Przez pogrążony w zimnie, szarości i popiele świat wędruje ojciec z synem. Pragną udać się na południe, by uniknąć zamarznięcia na śmierć. Nie szukają lepszego świata, gdyż tego już nie ma. Dookoła tylko cisza, śmierć i niebezpieczeństwo. Życie ustało dawno temu, nie ma roślin, a te które pozostały zamieniają się w popiół, drzewa umierają i zwalają się tak, że trzeba uważać niemal na każdym kroku, bo nigdy nie wiadomo, czy coś się nie stanie. Brak jakichkolwiek zwierząt. Wokół tylko przejmujący chłód, wszelkie odcienie szarości i czerni, niebo spowite chmurami, z którego czasami leje deszcz oraz martwota. Woda w strumykach jest lodowata, a światło szare i skąpe. Sklepy są doszczętnie splądrowane, a w lasach czy miastach trudno znaleźć choćby odrobinę jedzenia. 
     Ludzie nie są już ludźmi. Wszelkie prawa i zasady moralne odeszły dawno temu, wówczas, gdy zaczęła się apokalipsa. Nie wiadomo, co stało się ze światem, z jakiego powodu przybrał on tak niełaskawe i niegościnne dla ludzkości oblicze. Wiadomo jednak, że niektórzy nie wytrzymywali, ruszali bezbronni w ciemność, by zakończyć swoje życie w tym strasznym miejscu, które nie przypominało znanego im domu. Teraz pozostali jedynie zdziczali kanibale, mocniejsze, zorganizowane jednostki, które wyłapują innych, by przeżyć. 
     Ten wrogi na każdym kroku świat, w którym powiedzenie, że trzeba mieć oczy dookoła głowy, zdaje się być niewystarczające, przemierza dwójka ludzi. Zmęczony życiem ojciec, który stale musi martwić się o zdobycie pożywienia, ochronę dziecka oraz nauczenie go, co zrobić w ostateczności i jego syn, cichy, przestraszony, małomówny i nad wiek dojrzały przez warunki, w jakich przyszło mu żyć. Pozostawiony przez matkę, słuchający z niedowierzaniem opowieści ojca o minionej rzeczywistości, która zdaje się wydawać nie tylko snem, ale czymś tak nierealnym i nierzeczywistym, że nawet miano kłamstwa to za mało. Chłopiec jest jednak ostoją człowieczeństwa. Nosi w sobie dobro względem drugiego człowieka, co pokaże nieraz podczas drogi. Nie rozumie świata, w którym przyszło mu żyć, rzeczywistości, ograniczającej się do poszukiwania jedzenia, schronienia i unikania innych ludzi. Stara się jedynie przetrwać, zapamiętać wszystko, czego uczy go ojciec oraz zachować w sobie to, co najlepsze. 
     Książka Cormaca McCarthy’ego jest pisana bardzo oszczędnym językiem, w sposób odrębny od większości powieści. Tchnie zimnem, smutkiem, strachem, brakiem nadziei. Z jednej strony bije z niej wola przetrwania bohaterów i pragnienie uczynienia lepszym życia dziecka, z drugiej niechęć do świata, w jakim się znaleźli. Świata pozbawionego współczucia, nadziei, radości. Jedyne dobro, jakie można tu napotkać tli się w małym chłopcu i pewnej rodzinie. Rzeczywistość nie różni się zbyt wiele od koszmarów bohatera. „Droga” to pesymistyczna refleksja nad umierającym światem oraz zachowaniem ludzi w skrajnie ekstremalnych warunkach. Autor zdaje się poddawać w wątpliwość człowieczeństwo, gdy ludzie stykają się z katastrofą, wobec której są bezsilni. Jednak nawet w tak mrocznej rzeczywistości, w której nawet imiona nie mają już racji bytu, pojawia się iskierka nadziei, mały promyk światła w postaci nielicznych bohaterów odstających od większości.
    Piękna, skłaniająca do myślenia, niezwykle sugestywna, tak w skrócie mogłabym określić „Drogę”, która choć przerażająca i smutna, nie pozwala się czytelnikowi oderwać i przez długi czas nie daje o sobie zapomnieć. 


Cormac McCarthy, Droga, tłum. Robert Sudoł, wyd. Literackie, Kraków 2008.

Zapach orientu – Elif Safak „Bękart ze Stambułu”


"Deszcz i smutek są do siebie podobne: człowiek obu próbuje unikać, chce być bezpieczny i suchy, ale w razie niepowodzenia zaczyna w końcu widzieć zjawisko nie jako sekwencję osobnych kropel, lecz nieprzerwaną kaskadę, i wtedy stwierdza, że właściwie może zmoknąć".


    Lubię, kiedy znajomi podrzucają mi coś do czytania, ponieważ każdy ma inny gust, a przede wszystkim nie jest możliwością ogarnięcie wszystkich ciekawych i wartych naszej uwagi książek. Dzięki takiej pomocy można wzbogacić swój literacki świat. „Bękart ze Stambułu” był propozycją, którą zasugerowała mi koleżanka ze studiów - Aneta wielkie dzięki.

   Mamy więc historię, która rozpoczyna się pewnego deszczowego dnia, by potem nabrać rozmachu. Niesamowity klimat wschodniej kultury, trudny wątek historyczny, tyle jedzenia, że człowiek robi się głodny i ma ochotę powiedzieć, ej zaproście mnie do stołu, też chcę spróbować tego wszystkiego i dwie niesamowite rodziny, których losy są ze sobą związane, choć wszystko okryte jest mgłą tajemnicy, tak w skrócie można opisać dzieło Elif Safak.

   Kobiety z rodziny Kazanci to nie tylko silne, ale powiem szczerze oryginalne osobowości. Każda z nich jest jak dla mnie nieco zakręcona J. Za to Czachmaczianowie to przywiązani do historii i pielęgnujący swoją niechęć do Turków Ormianie. W Turcji poznajemy dobroduszną Mateńkę, istnego generała – babcię Gulsum, która bez większych trudności wygrałaby każdą wojnę i postawiła do pionu wszelką istotę, Zelihę, młodą wyzwoloną kobietę, która żyje na swój sposób, niekoniecznie rozumiany przez rodzinę, jej córkę Asyę, nihilistkę, kobietę wyzwoloną, zagubioną, ale i pragnącą poznać swoje korzenie oraz jej ciotki. W domu pań Kazanci nie ma mężczyzn, gdyż nad rodem ciąży tajemnicza klątwa, która wybija męskich potomków i w ogóle wszystkich mężczyzn wżeniających się w rodzinę. Z tego powodu pod jednym dachem spotykamy wdowy, kobiety samotne z wyboru lub porzucające swoją rodzinę. Niektóre silne i niezależne, nieugięte i pewne siebie, inne zagubione, zbuntowane, uduchowione czy po prostu lekko „stuknięte” jakby powiedziała Asya. Jedynym żyjącym mężczyzną jest syn Gulsum, Mustafa, który od lat przebywa w Stanach i zdaje się nie pamiętać o swojej rodzinie w Turcji. 

    Z drugiej strony mamy Armanusz, Ormiankę żyjącą w USA, której przemiłe ciotki zrobią wszystko, by zeswatać ją z jakimś chłopakiem, gdyż dziewczyna ma jedną dziwną i niemiłą przypadłość, zdaje się bardziej lubić książki niż chłopców. Jak na rasowego mola przystało, bohaterka jest nie tylko inteligentna i oczytana, ale wszystkie wolne pieniądze przepuszcza na książki J. Jest zmęczona staraniami rodziny, chodzeniem na zaaranżowane randki i odnoszę wrażenie, potrzeba jej trochę więcej stanowczości. Głowę Armanusz zaprząta również podejście jej rodziny do Turków. 

    Obie dziewczyny, Asya i Armanusz spotykają się, gdy pierwsza z nich, przyjeżdża do Stanów, by spróbować poznać prawdę o przeszłości rodziny. 

    „Bękart ze Stambułu” obfituje w ciekawe zdarzenia, piękny język, niemal namacalny wschodni klimat, ogromne ilości jedzenia, którymi można wyżywić wojsko, spojrzenie nieco inne niż nasze europejskie, dywagacje o życiu oraz historyczny wątek trudnych relacji Turecko-Ormiańskich, które jak dla mnie zakończyły się bardzo mądrym wnioskiem bohaterów. Wszystko to składa się w magiczną całość, która całkowicie mnie pochłonęła. Wszystkim mającym trochę wolnego czasu na czytanie, gorąco polecam!!! 


Elif Safak, Bękart ze Stambułu, przeł. Michał Kłobukowski, wyd. Literackie, Kraków 2010. 



piątek, 11 lipca 2014

Odetchnąć na nowo - Charles Martin „Kiedy płaczą świerszcze”



„Nadzieja nie jest efektem oddziaływań medycznych lub czymś, co tylko nauka może zapewnić. To jest kwiat, który zakwita i rośnie, gdy inni do podlewają. Myślę czasami, że spędziłem tak wiele czasu, martwiąc się, jak chronić i wzmacniać ten kwiat – posuwając się nawet do przeszczepiania mu odnóg lub elementów systemu korzeniowego – że zapomniałem po prostu go podlewać”.



On był człowiekiem, który pragnął zapomnieć, uciec od swojej przeszłości. Ona małą dziewczynką, która chciała mieć przyszłość. On zna sposób na jej uratowanie, ona z nadzieją modli się o to, by znalazł się lekarz, który uratuje jej życie. Połączył ich los, jak to zwykle bywa w historiach. Jednak „Kiedy płaczą świerszcze” Charlesa Martina nie jest banalną historią. Daje do myślenia i zaskakuje.

Reese wraz ze szwagrem Charliem zajmuje się remontowaniem łodzi. Jest on człowiekiem cichym, unikającym innych, przemykającym nawet wówczas, gdy musi wybrać się na zakupy. Kiedy jednak pewnego dnia spotyka Annie, siedmiolatkę sprzedającą lemoniadę, by opłacić swoją operację przeszczepu serca, nie może przejść obok niej obojętnie. Przypadek sprawia, że dziewczynka ulega wypadkowi i to właśnie on ratuje jej życie. Tak zaczyna się znajomość nie tylko z Annie, ale i z ciocią Cici, która opiekuje się dziewczynką po śmierci rodziców.

Zmagania Annie, bardzo pogodnej i niezwykle dojrzałej jak na swój wiek siedmiolatki splatają się z losami Reesa oraz opowieścią o przeszłości bohatera. Poznajemy historię jego miłości do Emmy, niezwykły talent do przyswajania sobie informacji i sukcesy, jakie odnosił nim wszystko się załamało.

Małe miasteczko, w którym ludzie się znają, ranne wyprawy rzeką, restauracja „studnia” prowadzona przez byłego mnicha, która pełni nie tylko gastronomiczną, ale również ewangelizacyjną rolę oraz ciekawa akcja, to wszystko składa się na klimat książki.

Czytałam już kilka pozycji Charlesa Martina i nie zawiodłam się na tym pisarzu. „Kiedy płaczą świerszcze” urzeka mądrością słów Charliego, niewidomego szwagra Reesa, który nieraz przypominał mi mentora. To obraz zmagań z tragedią i wyrzutami sumienia człowieka, który ma prawdziwy dar od Boga i wielki talent. W końcu to historia o powrocie do życia, odnajdywaniu w sobie siły, nadziei, miłości. Charles Martin stwierdza, że powinniśmy słuchać swojego serca, bo jak słusznie zauważył Charlie: „(…) tego, co najlepsze i najpiękniejsze na świecie, nie można zobaczyć, a nawet dotknąć; trzeba to poczuć sercem”. Jeśli zatem lubicie piękne i poruszające historie, to pozycja obowiązkowa. 


Charles Martin, Kiedy płaczą świerszcze, przeł. Jacek Bielas, kolekcja prozy Labiryny, wyd. Wam, Kraków 2009

środa, 9 lipca 2014

Wyznania o lęku - Grażyna Jagielska "Miłość z kamienia"



„Wojtek nie mówił mi o tym, dopóki to było możliwe. Myślę, że gdyby nie potrzebował mojej akceptacji, w ogóle by mi o tym nie powiedział. Czekał, krążąc wokół mnie, jakby szukał do mnie lepszego dostępu, jakiejś innej drogi, która zaprowadzi do takiej Grażyny, jaka była mu w tej chwili najbardziej potrzebna. Szukał jej przed każdym wyjazdem, próbował ciągle od nowa i jak każdy optymista wierzył, że tym razem będzie inaczej, przecież ona musi gdzieś być. Uśmiechnie się i będzie go wspierać, ta kobieta, której we mnie szukał, tak właśnie robiła. Mówiła, że będzie jej smutno podczas jego nieobecności, to zupełnie naturalne, ale trudno przecież taki ma zawód, nie można inaczej. Chciał, żebym była wtedy po jego stronie, potwierdziła, że nie ma wyboru, musi to robić, naprawdę. Szliśmy razem na tę wojnę, tylko że ja miałam pozostać w domu, jakoś tak to sobie wyobrażał”.

     Czasami zastanawiam się, czy są gdzieś granice miłości, a jeśli tak, co je wyznacza. Czy można realizować się i kochać w pełni? Są przecież sytuacje, które choć wznoszą nas na wyżyny, dla naszych bliskich mogą być koszmarem. Tak było z Grażyną Jagielską, która prestiż, sławę, poważanie i wiele nagród męża przypłaciła zdrowiem. Wojciech Jagielski światowej sławy reportażysta i korespondent, człowiek szanowany, który nierzadko jako pierwszy informował o zdarzeniach i wojnach, który docierał do miejsc, do których inni woleli się nie zbliżać, za swój sukces poniósł wysoką cenę. 
   „Miłość z kamienia” to książka przede wszystkim o lęku, samotności i próbie dochodzenia do siebie. Autorka opowiada o swoim pobycie w szpitalu, o kondycji psychicznej, rozmowach z lekarzem a także Lucjanem – jednym z pacjentów. I choć wydaje się, że między nimi zawiązała się jakaś nić porozumienia, ciężko mi nazwać tę relację czymś głębszym. Przypomina ona bardziej dość okrojoną sesję terapeutyczną, gdzie człowiek może się wygadać, ale nie pozwala na zadawanie zbyt dużej ilości pytań. Nie chce też być oceniany. Wystarczy wypowiedzieć to, co w środku, choć nie jest to takie proste. Wyznania, jakie czyni, a właściwie opowieści o sobie, których słucha Lucjan, są swego rodzaju autoanalizą, próbą zrozumienia siebie, swojego życia, szukaniem niewłaściwych dróg i dobrych wyborów. To także zmaganie się z własnymi lękami, obawami, próba uwierzenia, że wszystko się skończyło, że można w końcu poczuć się bezpiecznie.
       Podczas, gdy Wojciech Jagielski wyjeżdżał na liczne misje, w domu pozostawiał swoją żonę i dzieci. Kobieta jak mogła próbowała radzić sobie z własnymi obawami o męża, godzić pracę, bycie matką i tęskniącą oraz zaniepokojoną żoną. Łatwo było wyłączyć telewizor, nie słuchać wiadomości, jednak z czasem Grażyna Jagielska ograniczyła kontakty towarzyskie, zamknęła się w swoim świecie, zapominając o pracy, a nawet o obowiązkach matki. Przerażona i wyczekująca na telefon z wiadomością o śmierci męża, żyła na granicy zdrowia i szaleństwa. On realizując się jako reporter, zdobywając informacje, będąc w centrum wydarzeń, czuł się jak ryba w wodzie. Nie można powiedzieć jednak, by nie doceniał ogniska domowego i rodziny, to ona dawała mu siłę i była gwarantem bezpieczeństwa. Pragnął po prostu dzielić niebezpieczną pracę korespondenta z życiem rodzinnym. Ona ambitna, kochająca, stale zamartwiała się o swojego męża. Sytuacja pogorszyła się, gdy na własne oczy przekonała się, jak wygląda praca ukochanego. To tylko podsyciło jej wyobraźnię i otoczyło coraz większym lękiem. Z biegiem lat coraz bardziej samotna, bliższa rozpaczy i niemal wyczekująca na wiadomość, która wreszcie pozwoli jej odetchnąć i skończy jej pełne niepokoju wyczekiwanie, w końcu znalazła się w szpitalu, gdzie leczono u niej zespół stresu bojowego, chorobę znamienną dla żołnierzy. 
       Pomimo powrotu męża, jego zapewnień o zakończeniu pracy w charakterze korespondenta, trudowi, jaki włożył w naprawę swojego małżeństwa, Grażyna Jagielska potrzebowała czasu, nie tylko na to, by uwierzyć w realność sytuacji, ale by poradzić sobie z emocjami i lękami skumulowanymi przez lata. 
      „Miłość z kamienia” jest szczerym wyznaniem autorki. Historią o miłości, samotności i o nieukojonym strachu o ukochanego. To spojrzenie na psychikę kobiety, która zostaje postawiona w trudnej roli matki, żony, pracownika a przede wszystkim kobiety, próbującej akceptować ciągłe niebezpieczne podróże męża. Choć książka mną nie wstrząsnęła, to daje ona ciekawy wgląd w psychikę człowieka zmagającego się z paraliżującym go lękiem. Obrazuje jak strach potrafi obezwładniać i jak wiele miłości trzeba, by zaleczyć wcześniejsze niedopatrzenia, niedopowiedzenia i rany. 

Grażyna Jagielska, Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym, wyd. Znak, Kraków 2013.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Szukając siebie - Markus Zusak "Posłaniec"



Co dzieje się, kiedy na człowieka przeciętnego, a może nawet bardziej przeciętnego niż taki zwykły szarak, spada nagle coś niesamowitego? Jak wobec niebezpieczeństwa i wyzwań zachowa się ktoś, kto ma o sobie przekonanie, by rzec nienajlepsze? 


Główny bohater książki Markusa Zusaka „Posłaniec” to kwintesencja nie tylko przeciętności, ale człowieka, który nie ma swojego miejsca w świecie. Ed jest taksówkarzem, człowiekiem nieznającym ani siebie ani własnych możliwości. Żyje z dnia na dzień, nieco odizolowany od rodziny, która mówiąc eufemistycznie nie traktuje go najlepiej, jest zakochany w przyjaciółce z pracy, która absolutnie nie chce słyszeć o związkach, a do tego jego relacje z przyjaciółmi choć dobre, są dość powierzchowne. Można powiedzieć, że umie nie tylko wtopić się w otoczenie, on po prostu jest niemalże niewidzialny. Nie nazwałabym go szczęśliwym, raczej zagubionym na tyle, że nie ma pojęcia, co zrobić, by być szczęśliwym.

Wszystko zmienia się jednak, kiedy dostaje od nieznajomego kartę – Asa. Od tego moemntu zaczyna się jego przygoda, która pozwala mu przekonać się, ile w nim dobra, pomysłowości, odwagi. Z biegiem czasu główny bohater poznaje inną stronę życia, która z trwaniem z dnia na dzień nie ma nic wspólnego. Spotykając się z wyzwaniami, jakie stawia przed nim tajemnicza osoba posługująca się kartami, Ed odkrywa w sobie siłę, dobitnie przekonuje się, że nie można użalać się nad własnym życiem, ale należy działać, by zmieniać swój los i świat dookoła siebie. Perypetie bohatera pozwalają mu dostrzec wiele nowych rzeczy, lepiej zrozumieć siebie a także swoich przyjaciół. Zakończenie historii zależy jednak od niego.

Czytając „Posłańca” chciałam się dowiedzieć, kto stoi za całym przedsięwzięciem, które spadło na Eda oraz jak skończy się jego historia. Czasami można mieć wrażenie, że jest on nieco irytującą postacią, niepewną siebie do granic możliwości, jeśli jednak ktokolwiek zna człowieka, mającego niskie mniemanie o sobie i potrafi zrozumieć konstrukcję psychiczną takiej osoby, myślę że polubi Eda i będzie mu kibicował, choć nie jest on jedyną zagubioną w książce postacią.

Przyznam, że sięgnęłam po tę pozycję, zanim zaczęłam czytać „Złodziejkę książek”, by ocenić ją sprawiedliwie. Niektórzy porównywali obie książki, całkiem różniące się tematami, choć bliskie sobie w niepewności i niektórych rozterkach bohaterów. Ja postanowiłam zacząć od tej, którą wiele osób uznało za słabszą. Powiem, że nie zawiodłam się. Książka Zusaka to ciekawa historia o odnajdywaniu w sobie siły i chęci do życia oraz zmian. Opowieść o wychodzeniu poza swój mały, ciasny, zamknięty we własnych ograniczeniach świat oraz o rodzącym się pytaniu, co dalej. Pełna zwykłych, przeciętnych, borykających się z przyziemnymi, tak znanymi wszystkim problemami, bohaterów, którymi mógłby być każdy. Myślę, że to jedna z pozycji obowiązkowych dla wszystkich pragnących zmian, a nadal niewierzących we własne siły.


Markus Zusak, Posłaniec, przeł. Anna Studniarek, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2009.